Małe, często zapomniane...
Co zrobić, gdy nie ma czasu na kilkudniowy wypad na karpie ? Brak funduszy na konkretne przygotowanie łowiska na dużym akwenie ? Każdy kto próbował wie, że to nie takie proste jakby się wydawało. Tu nie wystarczy przyjechać nad wodę znaleść wydeptane miejsce, wsypać kilka garści tego czy owego .... niestety to nie te czasy ! Kiedyś może tak było. Nasi dziadkowie, czy też ojcowie ponoć pamiętają takie czasy. Degradacja środowiska, presja wędkarska, kłusownictwo .... takie są realia. Lecz trochę optymizmu ! Moim sposobem są niewielkie zbiorniki wodne często zapomniane, nieopodal naszego miejsca pracy czy też zamieszkania, często nie przekraczające wielkości 1-3 ha.Wędkarzy tam mało, a już karpiarzy najczęściej prawie wcale. Można by powiedzieć istny raj. Żadnej konkurencji. Ryba nie jest tam przyzwyczajona do niczego (najczęściej nie zna kulek i innych kuszących kolorowych przynęt). Ja mam taki staw nieopodal Gliwic ok. 5 km od mojego domu. Oczywiście trzeba uważać na mięsiarzy !


Jak taki zobaczy rybę większą jak 1 kg to z pewnością oszaleje, powiadomi kolegów i już tam nie siądziemy. Niestety takie czasy. Ja mam to szczęście, że na zbiorniku, którego nazwy nie zdradzę jeszcze teraz nie ma aż tak wielkiej presji. Paru starszych panów łapiących płoteczki i leszczyki. Kilku młodych jeszcze nie zepsutych adeptów sztuki wędkowania, którym jeszcze coś mądrego i dobrego możemy wpoić. Zdradzajmy czasem troszkę naszych sekretów tym młodszym chrząszczykom ! W końcu to oni maja zmienić ten nasz wędkarski świat na lepszy. Ale w dużej mierze zależy to od nas. Jeśli pokusimy się o przygarnięcie młodego wędkarza pokażemy mu to i owo, jest szansa, że łapiąc 25 cm karpika czy szczupaczka nie wiele większego, wypuści go dając mu szanse dorosnąć by stał się godnym przeciwnikiem po drugiej stronie wędki. Takiego młodego człowieka ucieszy nowy zestaw, który od nas dostanie. Często sprawy dla nas oczywiste dla niego mogą być zupełnie obce. Łowiąc z nami nabierają nawyków - tych dobrych nawyków.


Czasem to trudne w końcu mamy zamiar odpocząć a nie bawić się w niańkę. Lecz ja sam miałem takiego nauczyciela i może dla tego tak podchodzę do tematu. To nasz wybór. Nic na siłę...Troszkę zboczyłem z naszego tematu. Więc...

Zaczęło się całkiem przypadkowo. Słyszałem od miejscowych "tubylców" o sporych rybach, które czasem rwały wszystko, łamały kije... Różne tam takie opowieści. Postanowiłem spróbować. Myślę sobie - nie mam czasu na dalsze wypady, nic nie stracę ! Trzy dni przed pracą wieczorem sypałem kawałki kulek kukurydze pastewną ... i to wszystko. Przyszedł piątek, biorę kolegę (Łukaszek - świeżo "zarażony" karpioman) nie mówiąc mu o "przygotowanym" uprzednio miejscu. Z oporami, ale decyduje się na łowienie. Ma sceptyczne podejście do tematu. Planem jest jedna noc i jak się uda to dzień. Jedyna przeszkoda to kąpiący się ludzie. Kije w wodzie, kiełbasa na grilu, cisza, spokój ! Nikogo w pobliżu ! Tylko my i woda.


Na pierwsze branie nie trzeba było długo czekać. Sielankowy spokój przerwał "karpik" około 4 kg. Na kukurydzę pastewną co prawda, ale nas ucieszył. Branie gwałtowne mocny odjazd jak na możliwości takiej czwóreczki. Karp wędruje do worka. Oczywiście w celi udokumentowania połowu. Mały porządek Na brzegu i wszystko wraca do normy. Cisza spokój. Niebo czyste bezchmurne. Co jakiś czas wpadnie w atmosferę mała gwiazda. Leżymy sobie tacy rozmarzeni. Nagle słyszę pik....pik i cisza. Kolega już przysypiał. Patrzę na zegarek 1:24. Podchodzę do kija, dotykam delikatnie żyłkę i w tym momencie rozlega się pisk sygnalizatora...jedzie ! Ostro jedzie ! Blokuje wolny bieg kij się gnie ! Kolega zrywa się, nie wie jeszcze co jest grane. Ja już wiem, że to nie kolejna "czwóreczka". Łukaszek łapie za latarkę. Łowisko jest przy odległym o ok. 40 m brzegu porośniętym trzcinami oraz krzaczkami. Zaczynają się "schody" karp z uporem podąża w kierunku zaczepów !


Hamulec ustawiony prawie na wytrzymałość żyłki (0,35mm) z którego słychać raz po raz: bzyyk, bzyk. Łukaszek świeci po żyłce w stronę drugiego brzegu. Nagle głośny plusk. Widzę miłe dla oka zakole na wodzie i fale podążającą w prawo wzdłuż trzcin. Ufff... Kamień z serca spadł ! Zakręcił ! Rozpoczynam pompowanie. Delikatnie i spokojnie. Podprowadzam go na jakieś 10-15 m od brzegu. Jest strasznie żywy. Poczuł brzeg i jazda z powrotem co prawda nie tak daleko. Czuję, że już długo to nie potrwa. Łukaszek idzie po podbierak. Niestety nie zabraliśmy typowego podbieraka karpiowego. Nie doceniliśmy tego maleńkiego łowiska mamy taki średni pozwalający podebrać bezpiecznie i bez żadnego uszczerbku 10 kilowego "bobasa". Karp kręci się jeszcze koło 10 minut w promieniu 15 m od brzegu. W końcu nie ma gdzie się spieszyć ! To najmilsza część wędkowania. Najbardziej ekscytująca. Jeszcze może samo branie... niespodziewane.....nagłe, wyrywające często ze snu.


Dwa podejścia i karp jest w podbieraku. Nie będziemy go warzyć. Wszystko rano. Nie będziemy kombinować. Wysuwam bobaska delikatnie na matę. Łukaszek moczy worek. Im dłużej patrzę, tym bardziej mnie korci żeby go zważyć. Jest piękny, gruby. Bass mu się wylewa. Oczom nie wierze. Pakujemy go do wora. Obstawiamy ile warzy ja: 12 kg Łukaszek mówi, że będzie lepiej. Kij z powrotem do wody. Idziemy się kimnąć jest już po 2.00. Czas się przespać.

Rano dostajemy jeszcze 2 lustrzenie po około 4 kg. Jest zaje....fajnie. W pełni usatysfakcjonowani wracamy koło południa do domu. Jeszcze w aucie ustawiamy następny wypad. Myślę, że będzie to to samo miejsce.

Reasumując napisze jedno. Sam pesymistycznie podchodziłem do małych bajorek myśląc: Co może kryć za niespodzianki taka mała woda ? Zawsze wolałem łowić na większych wodach, tam gdzie populacja karpia jest znaczna i są większe szanse na te większe.


Jak widać warto czasem połowić nie koniecznie na typowej karpiowej wodzie. Nic nie ryzykujemy. W końcu nie chodzi przecież tylko o ryby. Cisza spokój, bliskość przyrody. A jak się zdarzy jeszcze taka dyszka - będzie świetnie. Oczywiście nie ma co się spodziewać szału ! Nie będzie samych dużych karpi, choć kto to wie co tam pływa... Możemy się spodziewać średniej wielkości karpi i co jakiś czas tych większych takich jak ten z naszego pierwszego wypadu na nasze malutkie łowisko. Bym zapomniał o zakładzie. Łukaszek miał racje karp warzył więcej jak 12 kg - waga wskazała 13,70 kg !!! Byliśmy tam jeszcze kilka razy. Efekty możecie zobaczyć w mojej galerii CARP PASSION (Mariusz Rysiewicz). W sumie większość karpi jakie łowiliśmy była wielkości około 4-5 kg. Trzy sztuki powyżej 10 kg. Dwie duże sztuki wygrały walkę. Jeden z nich spiął się w końcowej fazie holu, drugi zaś "zaparkował" w trzcinach i niestety nie udało się go wyprowadzić na czystą wodę. Nie napisze jakie były duże, bo nigdy nie wypowiadam się na temat ryb, które nie trafiły na matę. Wiadomo, że największe według "karpiarzy - gawędziarzy" to te, które zostały w wodzie. Został mały niedosyt, ale dzięki temu na pewno nie dam za wygraną i nadal będę odwiedzał naszą miejscówkę.

RYCHO

P.s.
Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze. Zapraszam do dyskusji, z chęcią wymienię doświadczenia i poglądy. Pozdrowienia dla całej Braci karpiowej
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama