Fizjologia nęcenia-Marek Hallas
Dla przeciętnego moczykija celowe złowienie dużego karpia więcej ma wspólnego z czarną magią niż rzetelnš wiedzą, opartą o jak najbardziej racjonalne przesłanki. Natomiast regularne łowienie okazałych cyprinusów, z całą pewnością kwalifikować powinno "sprawcę" do spalenia na stosie.
Czasy świętej inkwizycji mamy już za sobą i pewnie tylko dlatego karpiarze mogą czuć się dzisiaj w miarę bezpiecznie. Tym niemniej większość wędkarskiej braci skłonna jest postrzegać ich raczej w kategoriach diablich sprzymierzeńców niż chłodno myślących strategów. Łatwiej też przychodzi im uwierzyć w to, że pośród podejrzanie wyglądających tobołów taszczonych nad wodę znajdą zwitek cielęcej skóry skreślony dziwnym, czerwonym atramentem, niż termos z herbatą. Rzeczywistość jest zaś taka, iż rzeczony diabeł owszem pojawia się w karpiowym plecaku, lecz tylko jako symbol roli szczegółów dla końcowego wyniku wędkowania. Jednym z owych szczegółów jest sposób, będą jak kto woli -taktyka nęcenia-, której poświęcony jest ten tekst.Proponuję spojrzeć na zagadnienie z nieco innej perspektywy, niż to jest standardowo czynione. Punktem odniesienia niech będzie dla nas układ pokarmowy karpia, a co za tym idzie, jego potrzeby żywieniowe. Sądzę, że podstawowe, rodzące się w związku z tym pytania zabrzmią znajomo: Ile nęcić? Czy dawka zanęty, która wylądowała w wodzie, jest optymalna? A może jest jej za mało, albo zbyt dużo? Oczywiście idealną jest sytuacja, w której mamy możliwość bezpośredniego sprawdzenia tego, w jakim stopniu zanęta jest pobierana przez ryby. Nie ma z tym większego problemu, jeżeli jego głębokość nie przekracza 3 m. Możemy wówczas samodzielnie wykonać niewielki czerpak na kształt małego podbieraka za pomocą którego (dysponując oczywiście środkiem pływającym) nabieramy niewielką ilość osadów dennych i stwierdzamy obecność zanęty w łowisku. Osobiście wykonałem taki przyrząd z trzech dolnych elementów starego rosyjskiego teleskopu do którego przymocowałem obręcz wykonaną z mocnego stalowego drutu w kształcie trójkąta i obszyłem siatką od podrywki. Istotne jest to, by oczka siatki były na tyle małe aby zatrzymać ziarna kukurydzy. Kłopot pojawia się wtedy, gdy przychodzi nam wędkować powyżej wspomnianej głębokości. Jeżeli nie dysponujemy kamerą podwodną, pozostaje nam tylko nurkowanie, które nie zawsze jest przecież możliwe. Zmusza nas to do swoistej loterii, a zatem nęcenia na "czuja". Będzie ono tym trafniejsze im lepiej poznamy zbiornik i wiedzę o żyjących w nim rybach. W tym celu musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: ile karp potrafi zjeść? Otóż decyduje o tym kilka czynników, a do najważniejszych należą: wiek ryby, temperatura wody i kaloryczność pokarmu. Im ryba mniejsza, tym więcej pokarmu potrafi skonsumować w stosunku do masy swego ciała. Przykładem może tu być karpiowy narybek. Każdy z jego przedstawicieli potrafi w cišgu doby spożyć pokarm w ilości 6-7 % swojej masy. Tymczasem dla dorosłego karpia, ważącego np. 10 kg będzie to już tylko 2-3% owej masy. Oczywiście podane wartości dotyczą sytuacji, w której temperatura wody przekracza 200C, zatem jest optymalną dla żerowania karpia. Wszystko to zmienia się w przypadku jej spadku, będą znaczącego wzrostu, tzn. powyżej 280C. Posiadając taką wiedzę możemy sobie uzmysłowić, że 5 karpi o średniej masie 10 kg w ciągu doby z łatwością może pochłonąć 1,5 kg kulek, a to przecież zaledwie 5 karpi! Oczywiście jest to sytuacja czysto teoretyczna, dlatego że istnieje przecież pokarm naturalny częstokroć bardziej atrakcyjny dla ryb niż nasze smakołyki. Obrazuje to jednak możliwości fizjologiczne układu pokarmowego ciprinusa. Jak sobie z tym poradzić ?

Prześledzmy to na przykładzie dwóch łowisk. Pierwsze to takie, gdzie mamy możliwość sprawdzania stopnia wyjadania podanej przez nas zanęty. Zastosujmy tu standardowe podejście czyli nęcimy 5-7 kilogramami kukurydzy, 1 kg pelletu i 1 kg kulek proteinowych. Następnego dnia sprawdzamy czy została ona wyjedzona. Jeżeli okaże się, że wyjedzona została tylko jej część, oznacza to, że nasze łowisko odwiedziła zbyt mała populacja ryb. Nie należy się jednak tym zbyt mocno przejmować. Był to przecież dopiero pierwszy dzień nęcenia. Większość karpiarzy w takiej sytuacji ogranicza następną dawkę, lub robi jednodniową przerwę. Proponuję jednak, aby zmniejszyć ją dopiero wówczas gdy sytuacja słabego żerowania powtórzy się trzeciego dnia. Możemy też zrobić dzień przerwy. Pamiętajmy jednak o tym, że jeżli ograniczamy ilość zanęty, to raczej kosztem kukurydzy i pelletu. Ilość podawanych kulek pozostawmy na tym samym poziomie. Dlaczego? Odpowiedź jest dość banalna. Otóż obiektem naszego polowania są karpie, a jak wiemy kulki charakteryzują się znacznie wyższym współczynnikiem selektywności wabienia dużych ryb niż różnego rodzaju ziarna, czy wspomniany pellet. Dlatego to właśnie kulek nie powinno w łowisku zabraknąć. Mam nadzieję, że po opisanych zabiegach czwartego dnia nęcenia nasze łowisko zostanie ogołocone z podanych smakołyków. Jeżli tak, to do wody trafia standardowa ich ilość. W przypadku gdy zastaniemy niewyjedzony pokarm powinniśmy zaprzestać nęcenia, ponieważ oznacza to, że najprawdopodobniej źle wytypowaliśmy łowisko. Dalsza kontynuacja tego zabiegu mija się zatem z celem i narazić nasz może na niepotrzebne koszty i rozczarowanie spowodowane brakiem brań.

Zgoła odmienne postępowanie czeka nas w przypadku, gdy już po pierwszym dniu stwierdzimy, że całość zanęty została wyjedzona. Tajemnicą jednak pozostaje to, w jakim tempie ryby opustoszyły nasze łowisko. Mogło im to równie dobrze zająć całą dobę, jak zaledwie kilka godzin. Pamiętam sytuację sprzed trzech lat. Nęciłem wówczas łowisko dość sporą ilością kukurydzy i kulek przez okres 3 dni. Czwartego dnia przed nęceniem sprawdziłem czy zanęta z poprzedniego dnia została wyjedzona, oczywiście nie było po niej ani śladu. Pomyślałem sobie: jest dobrze! Zwiększyłem nieco ilość kulek i kukurydzy. Piątego dnia nadszedł dzień zasiadki. Rutynowa kontrola, oczywiście wszystko wyjedzone do ostatniego ziarenka, czyli nadal jest dobrze! Z bardzo optymistycznym nastawieniem rozbijam obozowisko i zarzucam zestawy. Nadchodzi noc, kładę się do snu z nadzieją na rychłe z niego wybudzenie. Około godziny drugiej w nocy słyszę pojedynczy pisk sygnalizatora. Sądząc, że to tylko preludium na efektowną kontynuację osobliwego elektronicznego koncertu, z karpiem w roli głównej - niestety daremnie. Około trzeciej sytuacja się powtarza. Pojedynczy pisk i nic więcej. Obudził mnie słoneczny poranek. Myślę sobie: człowiek to ma pecha, cały tydzień ryby dobrze żerowały, a gdy nadchodzi weekend to robią sobie pauzę. No cóż, pech to pech. Przed południem zwijam zestawy i co widzę? Kulka, która jeszcze wieczorem miała średnicę 20 mm jakimś cudem została odchudzona do zaledwie 10mm. No tak, drobnica! Postanowiłem sprawdzić też jak wygląda łowisko. Bardzo zdziwił mnie fakt, że po zanęcie nie pozostał nawet ślad. Przed następną zasiadkę podwajam jej ilość. Sytuacja się powtarza około godziny drugiej w nocy, budzi mnie pojedyncze pisknięcie sygnalizatora. Za chwilę następuje kolejne, potem jeszcze jedno. Myślę sobie: coś wisi! Delikatne podcięcie i czuję opór. Od razu wiem, że to nic wielkiego. I rzeczywiście, po krótkim holu moim oczom ukazuje się piękny, ponad kilogramowy karaś. Wszystko było jasne. Nie muszę chyba dodawać, że z podwojoną ilością zanęty te żarłoczne ryby poradziły sobie doskonale. Co chyba najciekawsze poradziły sobie również z kulkami o średnicy 20mm!

Dopiero zupełna zmiana taktyki przynosi pożądany rezultat. Do wody powędrowało jednorazowo około 20 kg kukurydzy i 3 kilogramy kulek, ale tym razem z dodatkiem 3% bentonitu jako utwardzacza. Następny weekend był już zdecydowanie bardziej owocny.

Historia ta świadczy o tym, że nie należy popadać w zbytni optymizm w sytuacji, gdy ryby wyzbierają całą podaną wcześniej zanętę, gdyż często zdarza się tak, że duża jej część pada łupem innych ryb niż karpie. Dlatego tak ważną jest dobra znajomość zbiornika, a szczególnie składu jego ichtiofauny. Przy znacznej populacji karasia srebrzystego lub leszcza zachodzi obawa, że to właśnie te gatunki uprzedzając karpie, jako pierwsze dobiorą się do naszych kulek. Co na to nasza taktyka?

Otóż jeżeli stwierdzimy, że zanęta została wyjedzona musimy następnego dnia zwiększyć jej ilość o połowę. W przeciwnym wypadku może być tak, że zanim w łowisko wpłynš karpie, po naszych smakołykach nie ma już ani śladu.
Jak już wspomniałem praktyka pokazuje, że nawet kulki nie gwarantują nam 100% skuteczności w selekcjonowaniu ryb. Stąd jeżli sytuacja się powtórzy w dniu następnym to postępujemy analogicznie jak dzień wcześniej zwiększajšc dawkę o kolejne 50%. Zaprzestajemy tego dopiero w momencie, gdy stwierdzimy, że w łowisku pozostaje niewielka ilość niewyjedzonego pokarmu. Mamy wówczas pewność, że jest on obecny w łowisku przez okrągłe 24 godziny. Jest to szczególnie istotne w pierwszym etapie nęcenia, kiedy nie znamy jeszcze pory odwiedzania naszego łowiska przez karpie, a szkoda byłoby gdyby zastały "pusty stół".
Wszystko to jest stosunkowo łatwe wówczas, gdy możemy bezpośrednio kontrolować to, co dzieje się na dnie. Stopień trudności znacząco wzrasta w przypadku łowisk głębokich. W takim przypadku bardzo przydaje się wiedza o zbiorniku, a w szczególności o liczebności pływających w nim karpi. Da nam to podstawę do ustalenia w miarę optymalnej dawki zanęty. Sugerowałbym, aby w przypadku nęcenia np. kukurydzą i kulkami zwiększyć ilość kulek kosztem kukurydzy. Tutaj pojawia się kwestia nader często stawianego pytania o to, czy kukurydzę gotować czy też nie? Jest to dobry moment by na to pytanie odpowiedzieć. Otóż gotowanie kukurydzy doprowadza do tzw. żelatynizacji skrobi zawartej w jej ziarnach. Jest to nic innego jak rozerwanie łańcuchów cząsteczkowych skrobi. Dobrą stroną tego zabiegu jest to, że kukurydza staje się bardziej strawna. Ponadto gotowanie intensyfikuje swoisty zapach kukurydzy, przez co jej siła wabienia wzrasta. Minusem jest to, że staje się zdecydowanie bardziej podatna na procesy psucia i wyjadanie przez drobnicę. Dlatego w przypadku głębokich łowisk sugerowałbym nęcenie surową kukurydzą. Minimalizujemy wówczas możliwość zaśmiecenia sobie łowiska przez szybko psujące się ziarna. Kulki proteinowe pod tym względem sś zdecydowanie bardziej bezpieczne. Powstające w wyniku ich rozkładu gazy organiczne powodują zmniejszenie ich ciężaru właściwego, przez co wypływają one na powierzchnię i niesione prądem wody odpływają z dala od łowiska.

Mam nadzieję, że poczynione przeze mnie uwagi pomogą wam w kuszeniu dorodnych cyprinusów i zminimalizują liczbę "pustych" zasiadek. Niestety będzie to miało także swoją złą stronę. Utwierdzi bowiem wielu waszych "sąsiadów po kiju" w przekonaniu o tym, że bynajmniej nie wędkowaniu zaprzedaliście duszę .

WNIOSKI

-Planując nęcenie powinniśmy wziąć pod uwagę nie tylko liczebność samych karpi w danym akwenie, ale również liczebność pozostałych gatunków będących konkurentami pokarmowymi karpia.

-Z punktu widzenia taktyki nęcenia idealnymi łowiskami są takie w których możemy stwierdzić stopień wyjadania zanęty przez ryby.

-Jeżli ograniczamy ilość podawanej zanęty, to zróbmy to kosztem kukurydzy i pelletu, a nie kulek.

-Częstokroć kulki proteinowe padają łupem innych ryb niż karpie.

-Jeżli nie znamy jeszcze dokładnej pory odwiedzania naszego łowiska przez karpie to starajmy się nęcić taką ilością zanęty, by była ona obecna w łowisku przez większą część doby.

-W przypadku głębokich łowisk ograniczmy w składzie zanęty kukurydzę kosztem większej ilości kulek proteinowych i pelletu, unikniemy w ten sposób zaśmiecenia sobie łowiska przez psujące się ziarna.

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama