Karpiowa przygoda na Gran Canarii - Ireneusz Sadowski
Chciałbym przedstawić wam historię, która zdarzyła się naprawdę i choć miało to miejsce wiele lat temu, a całość odeszła w otchłań klęski suszy, w moich myślach i snach budzi się często do życia. Los sprawił, że nawet oryginalne zdjęcia zaginęły i jedyne, jakie mogę przedstawić to zapożyczone kopie.







Woda, która żyje w moich snach
Powróćmy do lipca 1998 gdzie wielu karpiarzy odnosiło swe sukcesy wakacyjne na typowych rzekach, czy jeziorach karpiowych. Ja i obecnie moja żona Ania postanowiliśmy zaczerpnąć słonecznej kąpieli na Gran Canarii. Lecąc w samolocie nie miałem pojęcia, co mi los przygotował. Po zakwaterowaniu w hotelu i zaaklimatyzowaniu się w okolicznych barach i plaży nadszedł czas, który zadecydował o wielu kolejnych odwiedzinach tej rajskiej wyspy. Kolejnego ranka przy śniadaniu przywitał nas człowiek, który zaoferował nam odwiedziny w najnowszym hotelu na wyspie. Po dotarciu na miejsce okazało się, że jest to próba agitacji na wykup pokoi w tym obiekcie. Ku ich zdziwieniu zamiast przedstawicieli krajów zachodnich okazaliśmy się pierwszymi Polakami (mieszkającymi w Szwecji), którzy mieliby dołączyć do grona członków. Po krótszych negocjacjach zjawiła się para polsko - austriacka mówiąca po polsku i szwedzku, którzy mieli nas przekonać do inwestycji. Byli biegli w czytaniu ludzkich słabości i nazajutrz siedzieliśmy w ich samochodzie kierując się na wędkowanie w górach a dokładniej w ruinach powulkanicznych. Gdy dotarliśmy na miejsce moje uszy doznały szoku od panującej ciszy, a oczy rozpoczęły analizę dziewiczej wody. Był to zalew z tamą regulująca górskie cieki, ok. 5 hektarów, 20 metrów nad poziomem morza, moje oczy szukały dowodów na opowiadania o karpiach, absolutnych władcach tej toni. Pożyczony teleskop, 20 metrów zwietrzałej żyłki i hak druciak nie napawały mnie optymizmem. Południowy upal rozbierał, a piwo już dawno nie było zimnym napojem aż nagle ktoś lub coś uderzyło w wodzie. Po kolejnych uderzeniach w wodzie dotarło do mnie, że to ryby i to ogromne. Nietypowe spławy przechodziły w ataki olbrzymich karpi. Cisza miażdżona tymi swawolami paraliżowała tok myślenia karpiarza. Bez pomysłu nie ma wyników. Powrót i reszta dni na Gran Canarii był pod wrażeniem tamtego widoku.










Kolejne 2 lata w Szwecji to kolejne noce marzeń. Aż nadszedł listopad 2001 roku i tydzień na Gran Canarii. Wynajęty samochód droga z San Augustyn kieruje się w góry, cel Soria. Po drodze postój, na którym gubię mapę samochodową, ale mam wizualny cel w głowie. Wraz z żona i synem 7 lat dojeżdżamy na pamiętny parking przy tamie. Moje oczy doznają kolejnego szoku, zamiast pięknej 5 hektarowej wody, głębokości ok. 25 metrów widzę sadzawkę, z wysokości tamy, to mała kałuża położona w kraterze wulkanu. Przygnębiony wracam i zatrzymuje się w pobliskim zajeździe, miejscowy barman Juan czyt. Huan widzi żal w moich oczach i pyta czy ja przyjechałem tu na karpie. Z zaskoczenia nogi mi się ugięły. Okazało się, że sam łowi karpie i po częściach ubioru mnie rozszyfrował. Po bardzo krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że zbiornik wysycha a w tej kałuży u podstawy tamy są karpie, duże i dużo. Jedyny problem to dojście do wody. Próbował dać nam wskazówki, ale nie zdążył, bo gnałem w krótkich spodniach z wędkami, plecakiem i dzieckiem na karku przez ciernie i urwiska. Po godzinie schodzenia w dół stylem kozicy dotarliśmy do kresu naszej wędrówki w dół. Urwany próg skalny oddzielał nas 1 metr od drugiego etapu wędrówki. Będąc w amoku wrażeń postanowiłem w szaleńczy sposób przeskoczyć przerwę z synem na karku. 15 metrów w dół czekało spełnienie marzeń ale czekała też śmierć. Tu z pomocą przyszła Ania i jej twarda reakcja na moja hipnozę, chyba wszyscy bogowie gór obudzili się po kobiecym lamencie. W czasie powrotu pod górę uspokajam się, próbuję się pogodzić z porażką. Schodzę do Juana i zaczyna się wszystko od nowa. Pokazał nam ścieżkę dla kóz górskich, którą widzą tylko istoty stworzone dla tego miejsca. Po godzince myje ręce w grzanej wodzie koloru kawy z mlekiem. Jest woda, są karpie, spławiają się na całej wodzie niczym karpie w stawie w gospodarstwie hodowlanym z tym, że wiele większe. Ta niewielka woda o średnicy 15m miała nadal ok.10m głębokości i dała nam 7 karpi poniżej 10kg. Podejrzewam, że starsze pokolenia cyprinusów były kwestią czasu, ale po 45 minutach zerwał się porywisty wiatr, który zasypywał nas całą lawiną głazów, być może Ania wzburzyła gniew skalnych bożków. Musieliśmy się ewakuować. Zapadała noc. Byłem zaspokojony, nadszedł kolejny czas oczekiwań na wczasy na Grann Canaria.











Po dwóch latach snów, doświadczony w karpiowaniu i wspinaczce górskiej pędzę autem do mojego raju. Niestety tu wszystko umarło, woda wyschła, nawet Juana nie spotkałem. Nie poddając się, szybko obrałem na mapce kolejny cel - oczko w górach. Po dwóch godzinach dotarliśmy do zbiornika wody. Tu niestety nie było tak dziko, woda obfitowała w karpie, na brzegu znalazłem dolnik od karpiówki, spławy średniaków odrywały mój wzrok w czasie rozmowy ze strażą obiektu. Oddaliliśmy się stamtąd kierując się do San Augustin nowa droga górska z myślą postoju nad trzecim ostatnim obiektem La Chira. To piękna woda, która powitała nas wygrzewająca się setką wielkoludów w jednej z zatok. Ponieważ czas nas ponaglał ograniczyliśmy naszego łowienia do godzinnego rozeznania terenu w czasie, którego miałem tylko jeden kontakt z ryba. Wiem, że był to jeden z tych, co podpływały do powierzchni, wziął na zgnieciony ze śliną chleb wielkości orzecha włoskiego. Nie żałowałem zerwanego zestawu, bo pojadę po niego już wkrótce.
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama