Carp Meeting Berlin 2007 - Cezary Karolczak
Nigdy nie byłem w Berlinie, choć to ogromne miasto od mojej rodzinnej miejscowości dzieli jakieś 150 kilometrów. Jeszcze na targach we Wrocławiu pojawił się pomysł wyjazdu na organizowany pod Berlinem czwarty już mityng karpiowy. Rano wraz z Arturem wyruszyliśmy na karpiowy podbój. Pierwsze rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po przyjeździe na miejsce był ogromny parking na samochody.










Przyjechaliśmy na miejsce tuż po otwarciu imprezy, więc odrobinę mniej zdziwiła nas kolejka do wejścia.









Choć było dopiero po 9, co chwila ktoś z hali wychodził taszcząc worki karpiowego pożywienia. Zaostrzyło to coraz bardziej nasz apetyt. W końcu upragnione wejście, szybko załatwione "formalności", pieczątka wielokrotnego wchodzenia na rączkę (z karpiem rzecz jasna) i hala jest nasza. Najpierw kilka rundek rozpoznawczych, a potem skupiliśmy się na oglądaniu i przebieraniu, zaglądaniu i podpatrywaniu. Wszystko trzeba było dotknąć, powąchać, posprawdzać językiem. Sprzęt wymagał gruntownego zbadania, spróbowania, wymacania. Na pewno nie tylko my wpadliśmy w przedsezonowy amok, wszyscy uczestnicy poruszali się jak w transie. Z rozstawionych gdzieniegdzie telewizorów bombardowały nas kolejne hole naszych milusińskich. Prezenter zapraszał przez głośniki na kolejne prezentacje filmowe, które odbywały się w obszernej sali z ekranem. Niestety amok był nad wyraz intensywny. Pozostało zrobić jedynie zdjęcie pustej w przerwie sali.







Mimo sporej grupy wystawców szybko udało nam się zlokalizować dość ciekawe propozycje. Trzeba jasno podkreślić, że na tych targach można było produkty kupować. Ba, chyba nie było stoiska, na którym by czegoś nie sprzedawano. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało i traktowano to jako coś normalnego. Dziwne, bardzo dziwne. Spośród ciekawostek cenowych, choć może to dla niektórych nie są żadne ciekawostki, wymieniłbym ceny kołowrotków Daiwy, sprzętu TNT, czy choćby pelletu Top Secret.













Ponadto znane i mniej znane firmy prezentowały swoje bogate oferty na najróżniejsze z możliwych sposobów. Jednym z bardziej oryginalnych pomysłów było stoisko firmy Imperial Baits, na którym grupa kucharzy z szefem kuchni Maxem Nollertem pichciła świetne produkty.













Niedaleko na stoisku Nutrabaits królował Bill Cottam.










Szereg innych firm robiło co mogło, aby skusić szerokie rzesze miłośników karpiowania.































Nie zabrakło także drobnych polskich akcentów, zarówno przynętowo-sprzętowych, jak i tych zwyczajnych ludzkich.










W sumie trzeba powiedzieć, że Polaków było sporo i stanowiliśmy chyba drugą, po wędkarzach niemieckich, grupę odwiedzających. Podczas ciężkiej pracy podglądacza można było chwilę odetchnąć w sporym barze.
Masy sprzętu wędkarskiego nie sposób opisać. Każdy kto był na pewno z czymś ciekawym wyszedł, a kto nie był, niech żałuje i przygotuje się do następnego spotkania pod Berlinem. Chyba, że odwiedzi pod koniec sezonu edycję w okolicach Bonn. Po kilku godzinach wędrówki między stoiskami wracaliśmy z targów zadowoleni przejeżdżając przez zakorkowane nieco miasto. W końcu trzeba było odwiedzić ten Berlin, czyż nie?


Na koniec jeszcze parę migawek z targów



























Szybki Kontakt
Reklama
Reklama