Leniwe Karpie -Bolesław Michalski
Leniwe Karpie -Bolesław Michalski

Był upalny czwartek pierwszej dekady sierpnia. Rosyjski wyż doprowadzał do szału. Nawet ten lekki wiatr, zamiast chłodzić, jeszcze pogarsza sytuację, smagając żarem po twarzy. Do roboty całkiem nie mam ochoty iść. Syn dodatkowo buntuje - zostań, ja sam sobie poradzę, pomyśl może wieczorem wyskoczyłbyś na rybki. No i zacząłem myśleć. Choć cyrkulację wschodnią zawsze uważałem za beznadziejną, to po namyśle dochodzę do wniosku, że jeżeli mam jakąś szansę na spotkanie z rybą, to z pewnością może być to tylko sum lub karp. Sprzęt na karpia w zasadzie jest gotów do boju. Decyzja zapada.

Tylko na co te karpie łowić. Jak je zachęcić do przygody ze mną. Na pewno przy tej pogodzie, ich lenistwo dorównuje mojemu. Postanawiam użyć czegoś słodkiego, owocowego i nie tuzinkowego. Moja żona zrobiła właśnie ser biały z mleka. Chciała zrobić twarożek na śniadanie. Nie, takiego towaru nie można zmarnować. Po głowie już chodzi podstęp. Zaglądam do lodówki. Widzę kartofle z wczorajszego dnia. Teraz już cały przepis jest gotowy. Podpuszczam żonę, by poszła kupić mi jakieś świeże bułeczki, konserwy i dobre jasne w puszkach na wyjazd.

Zostałem sam i zaczynam zachowywać się jak ta małpa w kąpieli, bo o gotowaniu całkiem nie mam pojęcia. Ale czasu nie wiele. Maszynka do mięsa już przykręcona do blatu i serek wraz z gotowanymi ziemniaczkami ląduje w środku. Teraz myszkuję po szafkach co by tu jeszcze do tego dołożyć. Muszę się spieszyć, zanim staruszka wróci, bo mogą być nici z przepisu. Jest już puszka ananasów, przyda się również ta z brzoskwiniami. Miącham teraz w misce do kupy skręcone kartofle, ser, i te soki.

Część soku pakuję w słoik, przyda się do zanęty. Owoce zostawiam dla żony. Przecież trzeba ją czymś udobruchać jak wróci. Jeszcze trochę mąki kartoflanej, trochę pszennej, jajko. Wyrabiam ciasto i co chwilę wącham. Czegoś mi brakuje. Teraz z szafki wędkarskiej sięgam zapach truskawkowy i migdałowy. Dochodzę do wniosku, że starczy już tych "grzybków w tym barszczu".

Ciasto już było na stolnicy gdy weszła moja luba. Popatrzyła tylko i ręce jej opadły. Cała kuchnia w mące. Zaczęła się śmiać. Już wiedziałem, że mi się upiekło za ser i te puszki. Gar z wodą już się gotuje, a ja wałkuję i kroję leniwe kluski (chyba tylko z nazwy, bo roboty przy nich jest). No wreszcie odparowują. Słodki zapach rozchodzi się na całe mieszkanie. Ostygły i lądują w lodówce, by nabrały odpowiedniej konsystencji.

Nadszedł czas zabrać się za siebie. Do południa, no może do 13 jestem spakowany w samochodzie. Jeszcze tylko odświeżający, chłodny prysznic i w drogę. Wyjeżdżam z Warszawy w kierunku Piaseczna. Jest duszno, a od asfaltu bije niemiłosierny żar. Jadę bardzo wolno. Pełne lenistwo. Po chwili już nie czuję, że dopiero co siedziałem pod prysznicem. Wreszcie ląduje nad jeziorem.

Pierwsza myśl jaka przelatuje mi przez głowę, to czy w barku dostanę chłodnego żywca. Jest, wypijam dwie szklanki tego złotego napoju. Co za ulga takie chłodne piwko w cieniu. Rozglądam się i pytam wędkarzy jak tam dzisiaj biorą? Słyszę same złe wieści. Tylko jeden spec od karpi złapał takiego dwa kilo. Karpie całkowicie się rozleniwiły, czy zechcą brać na leniwe?

Woduję łódkę i płynę na górkę postawić bojkę. Jest 17,30 , więc decyduję się od razu wyposażyć antenkę w świetlik. Mocuję łódź przy pomoście i idę po samochód. Dojeżdżam i parkuję przy zejściu do pomostu. Teraz od wody dzieli mnie tylko skarpa. Zaczynam szykować zanętę i sprzęt. Do 18.30 jestem gotowy. Zakładam moją 3cm kluchę na hak, biorę zanętę i do łodzi. Wywożę zestaw jak zwykle około 10m. w lewo od górki. Karp jeżeli bierze w tym miejscu zawsze ucieka w tą stronę w głąb jeziora i nie wpada w linkę od boji na górce.

Zestaw w wodzie, łowisko zanęcone można usiąść i odpocząć po ciężkiej przecież pracy. Słońce jeszcze piecze choć jest nisko. Wyjmuję piwko z turystycznej lodówki. Pomału nadchodzi zachód słońca. Nagle sygnalizator piknął, a żyłka poczęła się luzować. Zacinać czy jeszcze poczekać? Karpie dziś są przecież leniwe, a w ten sposób z reguły brały małe sztuki. Postanawiam chwilę poczekać.

Biorę kolejny łyk z puszki i widzę jak żyłka na wodzie zaczyna się prostować. Nie czekam już na sygnalizator. Biorę kij, zakręcam korbkę i napinam żyłkę. Przy podnoszeniu wędziska gwałtownie zawył brzęczyk na podpórce. Okoliczni wędkarze się ożywili. Teraz oczy ich skierowane są na mój pomost. Miałem racje. Po chwili niespełna trzy kilowy karp leży w podbieraku. Słyszę rozlegające się głosy zadowolonych wędkarzy. Po cichu mruczę - i z czego się tu cieszyć? Przecież na taką kluchę to ja oczekuję na te od pięciu wzwyż.

Karp odpłynął nowy zestaw wylądował na swoim miejscu, a ja zastanawiam się jak tu pobudzić te misiaczki. Dziś wykazują całkowite lenistwo. Nawet leniwe ich nie kuszą. Tyle pracy miałoby się zmarnować? Powoli się ściemnia. Zapalam lampę gazową. Gdzie niegdzie siedzą jeszcze uparci wędkarze. Zbliża się dziesiąta. Myślę sobie - jeśli nie będzie brań do 23 to już chyba nie będzie. No cóż za to trochę sobie odpocznę na świeżym powietrzu. Koło jedenastej zakładam polar. Robi się nareszcie chłodno. Można wreszcie odpocząć od tego żaru. Spokojnie kołyszą łodzią drobne falki. Siedzę i powoli ogarnia mnie znużenie.

Nagle tuż przed dwunastą rozlega się przeraźliwy, przenikliwy dźwięk sygnalizatora. Żyłka idzie na wodę. Podrywam się, kasuję luz i wędka wygina się. W świetle lampy gazowej jestem doskonale widoczny, dla pozostałych wędkarzy. Słyszę - jest, siedzi. I faktycznie karp wyciąga kolejne parę metrów. Wiem już, że ma więcej niż 2-3kilo. Powoli karp słabnie, a ja zaczynam pompować i przyciągać go do siebie. Jest jeszcze około sto metrów ode mnie. Jeszcze kilka minut i widzę go przy pomoście. Sięgam po podbierak. Wywija parę oberków wykłada się i ląduje w koszu. Wynoszę go na pomost i pytam - no jak smakowały ci moje leniwe? Odhaczam i miarkuję. Ma z pewnością ponad pięć kilo. Puszczam go do wody, a sam zadaję sobie pytanie - czyżby się zaczęło?

Wywożę kolejną kluchę z nadzieją na następne brania. Z powrotem siadam na stołeczku zapalam marsa i czekam. Nie zdążyłem wypalić, gdy szpula znów się zaczęła obracać, a sygnalizator wyć. Znów na równe nogi, wędka w rękę i już czuję przyjemne szarpnięcia karpia. Idzie na głęboką wodę, to dobrze - pomyślałem. Hamulec gra przyjemną muzykę i znów mam życzliwych widzów jak poprzednio.

Po paru minutach pokazuje się w całej swej okazałości. Jest większy, tylko o ile. Wstępnie oceniam go na jakieś 6 do 7. Karp nie daje za wygraną tańczy to w lewo to w prawo, ale powoli słabnie. Przyklękam i wysuwam podbierak. Podciągam wędziskiem misiaczka nad obręcz. Podrywam kosz do góry. Ryba jest w siatce. Włączam wolny bieg i odkładam wędzisko. Wynoszę swoją zdobycz na pomost. Już nie pytam czy smakowało. Przecież to widać. Inni w tym czasie nawet stuknięcia nie mieli. No siódemki nie ma, ale to dobra szóstka. Biorę na ręce. Brzucho już ma dobrze wypukłe i spasione. Wkładam prosiaczka do wody i patrzę jak odpływa.

Najpierw muszę zapalić i wypić parę łyków piwka bo w gardle zaschło. Choć do rana nie mam już brań, to jestem zadowolony. W nocy nawet trochę przysnąłem. Obudził mnie sygnalizator. Słońce już świeciło żółtym blaskiem. Zaciąłem, ale pusto. Co ustawię nowy zestaw to samo. Karpie najwyraźniej zaczęły się ze mną bawić w kotka i myszkę. Wiedziałem, że to karpiowa młodzież popycha przynętę i nie ma siły wziąć jej do pyska, albo też bierze końcem pyska i odpływa przed innymi. Kluski więc smakują.

Nadeszła także pora na moje śniadanie. Otworzyłem konserwę mielonki i układam jej zawartość na pieczywo. W wyspanej głowie znów coś świta. Już wiem jak te dowcipnisie przechytrzyć. Zakładam kostkę tyrolskiej na hak i wywożę. Długo nie czekam. Tym razem cię mam - mówię sam do siebie holując karpia. Był mały, może miał ze dwa kilo. Ale zabawa trwała krótko. Dopóki konserwa była ścisła, bo wyjęta świeżo z lodówki, dopóty nie spadała z haczyka.

Ale i tak byłem pełen szczęścia ze swych połowów. Jak okiem sięgnąć po jeziorze, z kim tylko nie zamieniłem słówko, nikt nic nie złapał. Nie pomogła kukurydza, ani kulki proteinowe. Tak to leniwe karpie skusiłem do roboty na leniwe. W piątkowe południe wróciłem do domu, a w sobotę robota szła mi jak z nut, pomimo upału.

Bolesław Michalski
http://www.lakefishing.com.pl/
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama