Karpie i ... wiadro - Wojciech Łyszczarz
Zasiadając się na karpie, wybieramy miejsca, w które według naszej wiedzy i doświadczenia, ryby te prędzej czy później przypłyną. Prawie każdy zna takie miejsca, gdzie używając dobrej jakości zanętę, można mieć wyniki przez cały sezon. W takich miejscach nie martwi czasowy brak brań. Ograniczamy tylko ilość zanęty, czekamy aż karpie załatwią swoje sprawy i wrócą na nasze łowisko.
Gdy jednak pojawiamy się nad nieznaną nam wodą i wiemy, tylko, że są tu "jakieś" karpie. Musimy polegać na dobrym wytypowaniu łowiska.










Jak już mamy to za sobą, nęcimy wybrane miejsca aromatyczną zanętom. Po zanęceniu mamy nadzieję, że zapach naszych kulek ściągnie karpie w łowisko lub przynajmniej zainteresuje inne gatunki ryb, a ich zachowanie zachęci karpie do przypłynięcia w to miejsce. Czyli to aromat ma spowodować, żeby karpie poznały smak i wartości odżywcze naszych kulek.
Ale zasięg działania aromatu, czy ostatnio również feromonów, jest ograniczony i będzie skuteczny pod warunkiem, że karpie znajdą się w strefie jego działania.
Trzeba brać pod uwagę fakt, że być może, nikt wcześniej nie próbował skusić karpie do brań w tym miejscu, a pech chciał, że nie trafiliśmy na szlak karpiowej marszruty. Czas oczekiwania na branie może się znacznie wydłużyć. Po prostu będą żerować w atrakcyjniejszych dla siebie miejscach. Nie mając pojęcia o tym, że my wsypaliśmy do wody specjalnie dla nich przygotowany pokarm. Nasuwa się, więc pytanie jak poinformować karpie, że właśnie tu i teraz "otworzono" dla nich nową stołówkę i zachęcić je do szybkiego skorzystania z niej? Przecież nasze zasiadki są zawsze za krótkie.
W małych zbiornikach sam odgłos wpadania kulek czy ziaren jest takim zaproszeniem i jeśli płoszy ryby, to nie na długo. Mamy, więc pewność, że ryby wiedzą, że na dnie czeka na nich świeża porcja jedzenia. Reszta zależy od nich. W większych akwenach to już może nie wystarczyć. ścieżki zanętowe są skuteczne w raczej płytkich zbiornikach. Ale gdy naszym łowiskiem jest np. podwodna górka otoczona głębiną, nie będą spełniać swojego zadania i tu czas na wyjaśnienie tytułowego "wiadra". A ściślej wytwarzania w wodzie dźwięku przy jego pomocy. Ale od początku...
W przydomowym oczku wodnym mam 5 kg karpia. Obserwowanie go sprawia mi wielką frajdę i dzięki niemu wiem, które są dobre i chętnie zjadane przez dłuższy okres, a na które daje się nabrać tylko raz. Codziennie dopuszczam do oczka świeżą wodę dużym strumieniem. Robi to dużo hałasu w podwodnym światku (2m głębokości). Gdy zakręcę kran serwuję mojemu ulubieńcowi parę kulek i kukurydzę. Wystarczyło parę dni, aby skojarzył odgłos dopuszczanej wody z jedzeniem i niemal od razu zaczyna żerować. Często, pomimo, że np. jeszcze przed chwilą stał bez ruchu pod powierzchnią wody, wygrzewając się. Oczywiście są dni, że nie ma ochoty na jedzenie, ale i tak po ustaniu strumienia wody, pojawia się w miejscu, gdzie jest karmiony. Muszę zaznaczyć, że oprócz tego, czym ja go raczę, ma do swojej dyspozycji całą gamę fauny podwodnej (racicznice, ślimaki larwy).
Innym przykładem, gdzie dźwięk skłania ryby do żerowania czy choćby przypłynięcia w pobliże źródła tego dźwięku, w dużo większych zbiornikach, jest odgłos kąpiących się ludzi. Chodzenie po dnie, czy pływanie tuż nad nim, wypłukuje atrakcyjne dla ryb kąski. A dźwięk pluskania czy pływania informuje ryby, że tu można coś zjeść. Wędkarze polujący na sumy, używając kwoka, ale to nie ta bajka. Dlaczego nie użyć dźwięku jako dodatkowego sygnału w naszym karpiowym łowisku? Słyszałem coś o muzyce puszczanej pod woda i temu podobne rzeczy. Ja wybrałem wiadro.










Wiem, że to, o czym napisze poniżej, sprawi, że parę osób różnie o mnie pomyśli. Postanowiłem, bowiem oczkowe doświadczenie przetestować na kilkunastohektarowym wyrobisku. Wodę lejąca się z węża zastąpiła woda lejąca się z wiadra reszta bez zmian jak kukurydza i kulki. Na żwirowni tej byłem po raz pierwszy. Zarybiania karpiem zaprzestano tu parę ładnych lat temu. A te nieliczne, które przetrwały, nabrały słusznej wagi. Miałem do dyspozycji 4 dni. Wytypowałem dwa miejsca w pobliżu wysepek.
Pierwsze oddalone od brzegu ok. 100 m, drugie o 150 m. przy pierwszej wyspie dno dość łagodnie schodziło do 4 m, przy drugiej bardziej stromo. Oznaczyłem bojkami łowiska na głębokościach 1,5 m i 2,5 m. zapakowałem na ponton porcje zanęty i wypłynąłem nęcić.
Brzeg przy pierwszej wysepce był idealny do zrealizowania mojego planu. Po wysypaniu zanęty do wody wyszedłem z pontonu i nabierając wodę do wiadra, wylewałem ją z łoskotem w okolicach bojki. W zasięgu wzroku nie było żywej duszy, więc poszło bez przeszkód. Przy drugiej bojce nęciłem już bez udziwnień. Wywiozłem zestawy i czekałem. Czynności te powtarzałem przy każdym donęcaniu czy wymianie przynęty. Branie 7 kilogramowego karpia nastąpiło 24 godz. od pierwszego nęcenia i po czwartym "płukaniu wiadra". Drugi, również 7 kg wziął 2 godz. później. Do końca zasiadki złapałem jeszcze trzy ok. 10 kg karpie i jednego 13,3 kg. Co ciekawe wszystkie wzięły z miejsca przy pierwszej wyspie. Z miejsca przy drugiej wyspie nie doczekałem się brania. Może zdecydowała o tym różnica w głębokości lub jakieś inne względy. A może pomogło wiadro?
Jedno jest pewne przelewana woda w łowisku nie płoszyła ryb, ale czy traktowały ten dźwięk tak jak karp z oczka, jako informację o kolejnej porcji jedzenia?







Kolejne dwie trzydniowe zasiadki w tym miejscu oprócz paru leszczy i wysłuchania uwag typu:, "Co ty wodę dotleniasz?" nie przyniosły brania karpia. Mam zamiar dalej próbować dotleniać wodę gdzieś nad jakimś odosobnionym jeziorze. Nie wymyśliłem, jak dotąd, subtelniejszej metody "na dźwięk" i pozostanę przy wiadrze.
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama