Przywiązani do łowiska - Wojciech Łyszczarz
Każdy z karpiarzy ma swoje ulubione metody połowu i łowiska, nad którymi spędza większą część sezonu. Niewielu jednak łowi regularnie kilka godzin wciągu dnia i to w dodatku w tym samym miejscu. A przecież jest to świetna recepta na ciągły brak czasu i większa szansa trafienia na intensywne żerowanie cyprinusów.

Opisy połowów karpi umieszczanych w prasie wędkarskiej można podzielić na dwa rodzaje:
1 - Karp został złowiony podczas trwającej kilka dni zasiadce,
2 - Karp został złowiony podczas trwającej kilka godzin zasiadce.







W pierwszym przypadku wszystko jest jasne, zgrana paczka spotyka się nad wybranym jeziorem w weekend i m.in. zajmuje się łowieniem karpi. W drugim natomiast przypadku mamy do czynienia albo ze szczęściarzem, który od tak sobie pojechał nad wodę i wyjął wielkiego karpia lub też z "przywiązanym", czyli typem karpiarza, który jakby przyrósł do jednego miejsca i jeśli już wybiera się na krótką zasiadkę to właśnie tam. Przyczyny, które powodują, że czasami stajemy się amatorami takiego rodzaju polowania na karpie są różne, np. brak czasu i możliwości wyjazdów na dłuższe zasiadki (albo wręcz odwrotnie chęć odpoczynku od nich), lub posiadanie w pobliżu ciekawego zbiornika, któremu warto poświęcić parę godzin dziennie. Przez większą część sezonu sam jestem tego typu karpiarzem, a miejsce, do którego jestem przywiązany znajduje się przy trasie, którą codziennie jadę do pracy, a jest to 35 hektarowa żwirownia. Mam, więc możliwość codziennego zanęcania tam jak i odbywania krótkich kilkugodzinnych zasiadek po pracy. Miejsce to przez lata prób kuszenia karpi w różnych częściach tego zbiornika okazało się najefektywniejsze i teraz ograniczam się wyłącznie do niego.










Ta żwirownia podobnie jak inne tego typu wody, jest trudnym łowiskiem i przyciąga większą rzeszę wędkarzy bezpośrednio po zarybieniach, czyli raz lub dwa razy w sezonie. Potem przenoszą się na pobliskie naturalne jeziora, gdzie zawsze coś "skubie". A z tymi, którzy próbują zmierzyć się tu z karpiem znam się bardzo dobrze, wymieniamy uwagi nie przeszkadzając sobie wzajemnie.
Tak więc, sytuacje, że "moje" miejsce jest zajęte przez innego wędkarza zdarzają się sporadycznie.
Nęcę wyłącznie kulkami za pomocą rury zanętowej, bez konieczności używania pontonu. Cały niezbędny sprzęt mieści się w bagażniku i pozostaje tam w gotowości do użycia prawie przez cały sezon. Ilość wsypywanych kulek w łowisko uzależniam od aktywności karpi, raczej nie więcej niż ok. 300 szt. tygodniowo. Niektórym wyda się to śmiesznie mała ilość, ale uważam, że lepiej pozostawić niedosyt niż przedobrzyć, a z doświadczenia wiem, że taka porcja kulek wystarcza żeby karpie powracały w to miejsce. Zasiadki trwają z reguły 5 - 7 godzin. Zdarzyło mi się parę razy zachęcony braniami, zrobić tu dłuższą zasiadkę łącznie z nęceniem ziarnami. Efektem tego była wprawdzie większa ilość brań, ale kleni, krąpi, leszczy i z rzadka karpiowej młodzieży.
Potem musiał upłynąć jakiś czas, żeby wszystko wróciło do normy tzn. do długiego czekania, ale na branie większego karpia.










Częste przebywanie w jednym miejscu powoduje, że niemal podświadomie czujemy, że za chwilę może "odjechać" i mimowolnie częściej spoglądamy na swingery. Na tym łowisku brania można się spodziewać tylko podczas wiatru marszczącego powierzchnię wody. Przesuwające się niskie chmury, od czasu do czasu odsłaniające słońce a temperatura otoczenia nie przekracza 25° C kierunek wiatru czy fazy księżyca nie mają tu większego znaczenia. W bezwietrzne, upalne dni, czy też podczas obfitych opadów deszczu szansa na branie spada prawie do zera.
W sprzyjających warunkach parę razy zdarzyło mi się mieć serię brań, a niekorzystnych bywało, że nie brały przez miesiąc.
Będąc tu prawie codziennym gościem zapoznałem się z wszelkim ptactwem, które ma tu gdzieś w pobliżu swoje gniazda, a wędki traktują jak gałęzie, które raz są, a potem gdzieś znikają, żeby pojawić się znowu.
Długi okres bez brań, coraz więcej ptaków odpoczywających bez przeszkód na wędkach to znak, że czas zorganizować parodniowy wyjazd nad inną wodę. A po powrocie znów wcielić się w rolę "przywiązanego" planując już następną "poważną" zasiadkę.

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama