Początek - czyli jak to się z karpiem zaczęło - Michał Polguj
Karpiomaniak- nie jestem pewien do końca, czy to określenie odpowiada mojej pasji łowienia tych walecznych ryb. Wolałbym, raczej określenie "człowiek zafascynowany łowieniem karpi". Brzmi to bardziej normalnie i nie trąca nutką patologii związanej z psychiatrią. Uwzględniając fakt, że jako lekarz niestety przesiąknięty jestem medycyną w chwilach relaksu wolałbym stronić od tego słownictwa.
Obecnie patrząc z perspektywy tych kilkunastu lat spędzonych nad wodą na przysłowiowym "moczeniu kija", wyspecjalizowanie się w połowie karpia było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać w mojej wędkarskiej karierze. Wielodniowe zasiadki lub pojedyncze wyjazdy pełne były różnorakich wędkarskich przygód. Ale zacznijmy od początku.....
Wszystko rozpoczęło się, gdy chodziłem jeszcze do liceum. Na nadmiar czasu nigdy wtedy nie mogłem narzekać, ale dla karpia zawsze się wygospodarowało kilka dni w tygodniu. Na początku była fachowa literatura. Wśród tygodniami wertowanych artykułów znajdowały się: opisy sprzętu, receptury na domowe sporządzanie kulek proteinowych, sposoby nęcenia i zakładania "cudownej" przynęty na włos. Większość materiałów pochodziła z Wielkiej Brytanii, ponieważ niezaprzeczalnymi ekspertami w łowieniu karpia byli wtedy Anglicy. Wszystkie te porady przyjmowałem z wielkim sceptycyzmem, może, dlatego, że co roku łowiłem od kilku do kilkudziesięciu karpików o maksymalnej wadze do 2 kg. Nie wierzyłem w to, że można systematycznie łowić sztuki powyżej 10 kg. Pewnego dnia postanowiłem spróbować.....
Pierwszym etapem operacji KARP, było "kręcenie kulek". Zabraliśmy się do tego z samego rana. Piszę My, bo moim kompanem w łowieniu karpi był kolega Marcin, który niestety obecnie z powodów rodzinnych nie łowi ryb (bliźnięta i nietolerancyjna żona). Przepis na kulki był prosty: mąka kukurydziana, mleko w proszku, mąka tortowa, zapach waniliowy i 10 jaj kurzych. Wszystkie artykuły potrzebne do wyrobu ciasta kupiliśmy w sklepie (może za wyjątkiem tych 10 kurzych jaj, które zabrałem z lodówki zirytowanej Babci, która szykowała właśnie wakacyjny wypiek pączków).Wszystkie składniki zagnietliśmy i uformowali za pomocą świeżo kupionego rolera kulki o średnicy 14mm.Tygodniowe suszenie, a następnie pięciodniowe nęcenie.

















Przyznaję, niestety, że nerwy puściły mi już czwartego dnia. Nie wytrzymałem i założyłem zestaw z kulką. Niestety, wynik był zerowy. Przeczuwałem sromotną porażkę.
Piąty dzień nie różnił się niczym od czterech dni poprzednich. Może za wyjątkiem wczorajszego wędkarskiego sąsiada z nad wody, który widząc dnia poprzedniego nasze nęcenie usilnie chciał zająć nasze miejsce. Na szczęście byliśmy szybsi o kilka minut. Nad wodą unosiła się niewielka mgiełka. Słońce już pięknie stało nad widnokręgiem. Nocą przeszła burza. Po przybyciu nad wodę spokojnie rozstawiliśmy podpórki i rozłożyliśmy wędki. Następnie zapiąłem na agrafce poniżej krętlika wcześnie misternie wykonany przypon z dwoma ręcznie natartymi zapachem waniliowym kulkami proteinowymi na włosie. Precyzyjny rzut, zatopienie żyłki i podwieszenie piłki. Następnie kolejno wszystkie czynności tylko na drugiej wędce. Wszystkie za wyjątkiem podwieszenia piłki......A dlaczego? Po prostu nie zdążyłem, przerwał mi głos Marcina krzyczącego abym zacinał. Piłka na pierwszej wędce cudownie przykleiła się do wędki, zagrał przepięknie kołowrotek (sygnalizatorów wtedy jeszcze nie posiadałem). Szybko podbiegłem do wędziska i zaciąłem. Poczułem wspaniały pulsujący opór na końcu zestawu. "Jest!! Siedzi!!"- krzyknąłem z zadowoleniem. Dalej nastąpił długi odjazd i murowanie do dna. "Spokojnie, tylko spokojnie" powtarzałem sobie w myślach. Czułem przypływ krwi na twarzy i w rękach. Dokręciłem lekko hamulec kołowrotka i zacząłem pompować. "Pomału, bez zdenerwowania"- krzyczał Marcin. Teraz łatwo to opisać, lecz wtedy to była przecież ryba życia!!! Ogromne zdenerwowanie i brak doświadczenia. Po kilku metrach pompowania ryba zmieniła taktykę wypruła w kierunku licznych wystających ponad wodę roślin znajdujących się w odległości 15 metrów w prawo od nęconego stanowiska. Na szczęści stanęła kilka metrów przed nimi. Wystraszony możliwością utraty tak wspaniałej zdobyczy zacząłem ponownie agresywniej niż wcześniej pompować. Wszystko szło dobrze. Dystans między mną a moją wymarzoną rybą systematycznie się skracał. Już niedaleko. Jest! Widzimy Go. Karp!!! Ale olbrzym! On nas też zobaczył i wyrwał wystraszony przed siebie. Hamulec kołowrotka gra przecudowną melodię dla uszu karpiarza. Ryba odjechała na kilkadziesiąt metrów lekko w lewo. Niedobrze! Właśnie po lewej stoi boja, do której ratownicy cumowali rowerki wodne. Na szczęście karp jest już zmęczony. Daje się pompować.Znowu Go widzimy. Przepiękny królewicz! Ponownie niewielki odjazd. Ale już niedługo. Ryba słabnie. Marcin nastawia podbierak. Jeszcze jeden odjazd. Emocje sięgnęły zenitu! "Tylko, żeby teraz się nie wypiął, proszę"- myślałem sobie w duchu! Moja prośba została wysłuchana i w końcu karp ląduje w podbieraku. Sukces!!! Szybkie wypięcie i ważenie- 4,8kg! Super!! Największy do tej pory złowiony karp.













Mijają emocje. Marcin gratulował mi wygranej walki, ja podziękowałem Mu za pomoc w zręcznym podebraniu ryby. Założyłem kolejne kulki. Rzuciłem i zestaw wylądował prawie w tym samym miejscu jak poprzednio.Ustawiłem drugą wędkę, zawiesiłem obie piłki. "Fajnie, mam udany dzień" -zacząłem myśleć, gdy kątem oka widzę jak piłka na prawej wędce ponownie przykleja się do wędki. Podbiegłem i zaciąłem. Siedzi!!! Tym razem nie odbija w bok, ale pruje prosto przed siebie. Wybiera około 20 metrów i muruje do dna. "Tak szybko! Nie do wiary! Drugi karp?" krzyczał sąsiad łowiący po prawej stronie naszego stanowiska. Zacząłem ponownie pomału pompować, ale gdzie tam po kilku metrach ponowny odjazd, nie tak długi, ale silny. Nie ma rady, trzeba mocniej pompować. Opornie, ale stopniowo idzie. Mijają kolejne minuty. Ryba słabnie. Nie daje jednak za wygraną! Kolejny odjazd! Minęło już 10 minut od brania a ja nie widziałem jeszcze ryby. Jest silniejsza od pierwszej! W końcu jest! Widzimy Go! Pięknie wykłada się na bok. Kolejny karp, ale większy od poprzedniego. Pełnołuski. Teraz ożywa i odbija w lewo. Ale boja jest daleko. Nie da rady. Jeszcze minuta i wpada do szeroko rozstawionego przez Marcina mojego ogromnego karpiowego podbieraka. Ważenie- 6,9 kg. Nowy rekord osobisty!










Ale nic to!! Kolejne kulki na włos i zestaw trafia już nie tak idealnie, ale też w dobre miejsce.
Emocje opadają. Jest bardzo dobrze. Dwa takie ładne karpie w jeden dzień. świetnie po prostu świetnie!Minęła godzina od pierwszego brania. Mimo lata i teoretycznie ciepłego lipca robi się naprawdę bardzo zimno. Zaczyna wiać zimny, nieprzyjazny wędkarzom wschodni wiatr. Aby się rozgrzać zbieramy drewno na ognisko. Zacząłem rozmawiać z Marcinem o wyrobie kolejnych serii kulek proteinowych, gdy nagle usłyszałem jazgot mojego hamulca. Rzuciłem drewno i pobiegłem w kierunku wędek. Konsekwentnie kolejne branie na prawej wędce. Zacięcie! Siedzi! Tym razem bez odjazdu! Pomału pompuje! Kwestia kolejnych kilku minut i kolejny karp ląduje w podbieraku. Tym razem 2,1 kg.
Co prawda nie jest tak duży, ale też bardzo cieszy? Za 10 minut kolejny troszkę większy 2,2 kg. Tym razem u Marcina.
Czwarta złowiona przez nas ryba wywołała duże emocje wśród wędkarzy na przeciwnej stronie zalewu. Zgromadzili się w kilkuosobową gestykulującą grupkę.
Kolejne trzy godziny mijają bez brań. To znaczy brań karpia, bo po kolei "biorą" wędkarze, którzy widzieli nasze zmagania. Podchodzili, podpytywali, ukradkiem spostrzegawczo spoglądali na wiadra z zanętami i przynętami (stała w nich otworzona dla niepoznaki i ewentualnego połowu leszcza puszka kukurydzy konserwowanej).Rezultatem tych "braterskich" odwiedzin, o którym mieliśmy się dowiedzieć nazajutrz była istna okupacja naszego miejsca przez cały kolejny tydzień oraz kosze pełne puszek po kukurydzy. Nie wspomnę o innych niecenzuralnych określeniach i epitetach pod naszym adresem. Wyniki wędkarzy łowiących w naszym miejscu były mierne- kilka leszczy i jeden kilogramowy karpik.







Do końca tej zasiadki złowiliśmy w południe jeszcze jednego 2-kilowca. Po czym zadowoleni z tak udanego pierwszego dnia karpiowej zasiadki pojechaliśmy do domów, gdzie opowiadaliśmy zaciekawionym rodzinom o tym jak to zafascynowani karpiarze łowią chytre ryby niemalże tonami.
Rezultaty były dla nas tak oszałamiające, że nikt nam nie chciał wierzyć! Dodam tylko jeszcze, że przez całe wakacje złowiliśmy łącznie 80 karpi o masie od 2 do 7,2 kilogramów. Połowy kontynuowaliśmy po dziesięciu dniach od opisanej zasiadki. Ponowne nęcenie, no i później łowienie! I to, jakie!!! Dodam tylko, że tylko dwa razy zdarzyło się, że nie złowiłem żadnego karpia.
Tak było kiedyś, gdy kulki proteinowe stosowaliśmy tylko my karpiarze!!! Z czasem karp się wycwanił, brać wędkarska zaczęła stosować proteinę na szeroką skalę, niejednokrotnie partoląc domową produkcję zagniatając mąkę kukurydzianą z kaszą manną. To, że łowili na tzw. tanią, domową proteinę to była ich osobista sprawa, lecz gdy nęcili takim "czymś" na moim przygotowanym łowisku powodowali, że nie raz byłem mocno zdenerwowany na takich "specjalistów". Obecnie uważam, że jednym słowem jest trudniej łowić. Myślę jednak, że w związku z zakazem zarybiania wód PZW karpiem będzie jeszcze trudniej!!! Z pozdrowieniami.
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama