Moja ulubiona woda. Jak zmieniłem sposób nęcenia? -Cezary Ostrzycki
MOJA ULUBIONA WODA- JAK ZMIENIŁEM SPOSÓB NĘCENIA- I JAK TO WPŁYNĘŁO NA ILOŚĆ BRAŃ ?


Żeby szczerze odpowiedzieć na to pytanie muszę wrócić do roku 2005. Wtedy zmieniliśmy razem z Piotrem stałym kompanem moich wypraw karpiowych wodę. Działo się to jesienią we wrześniu. Czasu na łapanie nie zostało za wiele ale w sam raz aby trochę poznać zbiornik. Woda ta jest starym zalanym wyrobiskiem kamienia. Zalanie woda nastąpiło jakieś 20 lat temu w sposób zupełnie nieplanowany. Przy kolejnym odstrzale urobku odkryto źródło wody. Zalało ono dość szybko całe wyrobisko. Tak szybko, że niektóre sprzęty pozostały na jego dnia. Znajdziemy więc na dnie elementy metalowe przenośników taśmowych, mniej lub bardziej zdekompletowaną małą koparkę, liny stalowe itp. przedmioty. Poza tym z wody wystają gałęzie zwalonych drzew. Pełno sporych głazów o ostrych krawędziach.



Widok zbiornika ze skarpy





Z tego cypla łapiemy




Wystające z wody gałęzie - miejsce najlepszych brań


Tak więc zaczęliśmy we wrześniu od obserwacji wody ze skarpy. Wcześniej oczywiście zasięgaliśmy języka u miejscowych wędkarzy co do miejsc żerowania ryb, rybostanu i głębokości. Rozbieżności były znaczne. Nie pozostało nic innego jak pożyczyć echosondę i "zygzakować" po całej wodzie w poszukiwaniu odpowiednich miejscówek na położenie zestawów. Wytypowaliśmy 2 miejsca. Jedno przy wystających z wody gałęziach drugie w zatoce po prawej od nich. Na miejsce zasiadek wytypowaliśmy cypel. Zrobiliśmy to z kilku powodów. Wędkujący na tej wodzie, zawsze wybierali brzeg gdzie mogli wbijać podpórki. Nie mieli stojaków pozwalających im na ustawienie kijów na litej skale. Łapali najczęściej feederami i pikerami w odległości nie większej niż 40m. Dojazd do cypla był tylko od jednej strony. Pieszo można było się dostać do niego od strony najwyższej skarpy pokonując wysoko położoną ścieżkę dla kozic i ryzykantów. Po wytypowaniu łowisk zaczęliśmy przyjeżdżać najczęściej na zasiadki 12-24 godzinne. Nęciliśmy kukurydzą, zanętą sypką i kulkami. Zbyt dużo brań nie zaliczyliśmy. Brały najczęściej karpiki od 2 do 6 kg. Widzieliśmy potężne spławy dużych sztuk Widzieliśmy wielkie "cielska" amurów. Niestety nie udało się żadnego skusić.



I tak nie spełniły się nasze oczekiwania co do wody w 2005 r. Przynajmniej udało nam się zorientować jakie smaki i zapachy kulek interesują miśki. Zawsze to coś. Po przeanalizowaniu zimą wszystkich naszych jesiennych niepowodzeń doszliśmy do wniosku, że należy zmienić sposób nęcenia wody. Zamiast zasypywać ją kukurydzą i kulkami uknuliśmy chytry plan zwiększenia średniej wagi łapanych ryb i częstotliwości brań.

Do sezonu 2006 przygotowaliśmy się i zanętowo - przynętowo i sprzętowo. Uzupełniliśmy także swoją wiedzę o rybostanie zbiornika nawiązując bezpośredni kontakt z Prezesem Koła PZW. Dowiedzieliśmy się na jakie gatunki ryb możemy liczyć oraz w jakim przedziale wagowym są najwięksi mieszkańcy tej wody.

Tak więc mogliśmy liczyć na karpie w górnej granicy 15-20 kg i amury 25 kg . Poza tym z bardziej egzotycznych gatunków mogliśmy liczyć na branie jesiotra, który został wsiedlony do wody w roku 2004.

Nasze kombinacje w sprawie nęcenia stanęły na tym, że wykorzystamy jako główną część mieszankę ziaren. Po próbach z gotową mieszanką z firmy TB o nazwie Party Mix zrezygnowaliśmy z niej. Dużo za duża zawartość ryżu spowodowała bardzo konkretne przypalenie garnka. Przypadkiem na giełdzie owocowo - warzywnej znalazłem mieszankę ziaren do karmienia gołębi. Zawierała kukurydzę, groch, konopie, nasiona traw. Była na dodatek tania bo tylko 2,5 zł kg. Poddaliśmy ja pewnej modyfikacji polegającej na zwiększeniu ilości ziaren kukurydzy i konopi. Drugim składnikiem poza mieszanką był granulat Allegr Aqua o zwiększonej ilości białka. Reszta to już tylko dodatki typu booster, kulki proteinowe, zanęta sypka. Wiedzieliśmy, że na kulki typu śmierdziuch nie mamy szans szybko doczekać się brań. Do zanęty dodawaliśmy więc wszelkiego rodzaju kulasy owocowe: miód, truskawka, wanilia, brzoskwinia, morwa. Jednak w odróżnieniu do roku poprzedniego nie dawaliśmy ich dużo. Na 4 zestawy było wszystkich kulek max 1 kg.

Do tego donęcanie punktowe przez worek PVA z granulatem zalanym boosterem lub koszyk do metody z zanętą

Teraz zestawy. Z uwagi na dużąiloś zaczepów wykorzystywaliśmy ciężarki na klipsie. Przypony krótkie wiązane na miękkich plecionkach oraz sztywniaki z Fluorocarbonu.

Stwierdziliśmy, że najlepiej ryby reagują na kulki o pływalności zbliżonej do neutralnej. Sporo czasu poświęciliśmy na wyważanie zestawów przy wykorzystaniu pianki lub dobieraniu 2 kulek tak aby bałwanek "tylko tylko" podnosił się nad dno. Kulki na włosie rasowaliśmy ponadto dipami w płynie lub proszkowymi oraz atraktorami w sprayu. Dodatkowo zakładaliśmy na haki piankę PVA. Zanęta wywożona była pontonem jak też zestawy za pierwszym razem. Potem wywózka stosowana była tylko przy zestawach na dalszym łowisku.

Podzieliliśmy się łowiskami tak, że ja łapałem w pobliżu gałęzi a Piotrek wywoził swoje zestawy w zatoka po prawej. Po wysypaniu około 5 kg zanęty w 2 miejscach zazwyczaj mieliśmy jakieś 2 godzinki czasu na przygotowanie sobie terenu do nocnych łowów, posiłek, obserwację wody. Najczęściej zasiadki zaczynaliśmy popołudniem. Do wieczora był spokój a brania zaczynały się w nocy. Sprawa była trudna z uwagi na panujące egipskie ciemności i w moim przypadku przy każdym braniu sprint po kamieniach na koniec cypla. Margines czasu był niewielki. Już na pierwszy sygnał sygnalizatora zrywałem się na równe nogi i zapychałem co sił świecąc czołówką pod nogi i na koniec cypla. Zacinać trzeba było szybko i równie szybko odciągać siłowym holem karpia od zaczepów. Chwila spóźnienia i misiek wpadał slalomem w gałęzie. Czasami udało się go wyciągnąć na czystą wodę. Najczęściej jednak ryba w gałęziach to była ryba stracona. Tak więc testowaliśmy wodę i swój refleks oraz krótkodystansowe sprinty po kamieniach w kierunku stojaków.

Wreszcie przyszedł dzień, kiedy spotkaliśmy się na dłuższa zasiadkę 5 dniowa. Dołączył do nas Krzysztof. Lato tego roku było upalne więc raczej nastawialiśmy się wyłącznie na brania nocne. Wielkie było nasze zdziwienie kiedy ryby nic nie robiąc sobie z temperatury 40 stopni brały w samo południe. Było prawie bezwietrznie więc od rana mogliśmy obserwować amury wygrzewające się pod lustrem wody. Widzieliśmy "ruch w interesie" kiedy ryby zaczynały żerować jeszcze podczas wysypywania zanęty w łowisko.

Brań było całkiem sporo. Od karpi i amurów 3-4kg do 6kg. My jednak czekaliśmy na te większe okazy. I nagle w samo południe odjazd na moim kiju. Zasuwam galopem na cypel, zacinam. Siedzi i ciągnie jak cholera. Całe szczęście , że nie wszedł w gałęzie. Idzie na czysta wodę, trzyma się dna. Kij wygięty, hamulec oddaje żyłkę. Twardy zawodnik nie popuszcza. Cały czas przy dnie. No już w duchu myślę masz bratku z 10 kg jakieś taki zawzięty. Powoli ryba słabnie i daje się podciągnąć bliżej. Jest 4 m od brzegu. Zawinął młynka, strzelił ogonem o wodę aż nas ochlapał. I znowu wyciąga żyłkę. Podejście drugie pod brzeg i znowu młynek tym razem już słabszy, wolniejszy i mniej dziki. Trzecie podejście i jest w odbieraku. W sumie nie za wielki lekko ponad 90 cm , ale swoje waży. Teraz na matę i polewanie wodą. Upał jak cholera a mnie się od tego przeciągania łapy ze zmęczenia trzęsą.

Ważymy drania. Waga pokazuje 11,8 kg. Teraz szybkie fotki i do wody. "Zapychaj po dziadka"



Niestety do końca dnia nic większego nie zaczepiło się na naszych hakach.

Dopiero następnego dnia jest potężny odjazd. Na kiju Piotrka. Krzysiek zacina. Kij w pałąk. Hamulec Rawie do oporu. Coś wyciąga żyłkę ze szpuli nic sobie nie robiąc z tego, że za chwilę podkładki Biga zaczną się fajczyć. Jakby mały samochodzik przyczepił. Dobiegamy Piotrkiem. Krzysiek trzyma dalej kij usiłując to coś zatrzymać. Piotrek woduje ponton. Płyną w kierunku ryby. Nagle ryba przestała uciekać. Żyłka napięta. Dopływają. Wszystko jasne. Cokolwiek to było nie było małe. Popłynęło sobie w miejsce gdzie znajduje się gruba lina stalowa. Co dalej nie trzeba mówić. Zawinął na niej żyłkę. Ale widać, że wciąż jest na haku. Uciekając ryba zgarnęła marker, który podryguje na powierzchni wody. Płyną w jego stronę pontonem. Nagle marker chowa się pod powierzchnie a żyłka dostaje luzu. Poszedł. Niech go!!!.Trudno. Wracają na brzeg źli jak "osy", ale dużych szans to raczej nie mieli na odzyskanie tej rybki. Krzysiek zły bo nie zatrzymał kolosa, Piotrek zły bo stracił fartowny marker.

Stawiają nowy marker, zanęcają, wywożą zestaw. Potem nic się specjalnie nie dzieje. Jakieś małe "szkuty" wieszają się na hakach. Ale następnego dnia Piotrek dostaje nową szansę.

Wcześniej odwiedza nas Prezes koła spytać jak nam idzie. Przy okazji informuje nas, że zostaliśmy przez miejscowych ochrzczeni mianem "Koczownicy". Tak długo nikt tam podobno jeszcze nie siedział na rybach. A wieczorem u Piotrka branie. Dopada do kija, zacina. Idzie do brzegu jak śledź. Wszyscy pogotowiu na kiju amur. Wiemy co się będzie działo. Przy brzegu jak zwykle zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Odjazdy, odjazdy i odjazdy, W końcu jednak jest w odbieraku. Ważymy. Ma równo 11 kg. Fotki i do wody.



I tym optymistycznym akcentem zakończyła się nasza karpiowa zasiadka. Nie złapaliśmy tych największych. Znowu się nie udało. To nic. W 2007r planujemy zasiąść bity tydzień lub dłużej i skusić największe z największych. Już zima, więc czas przemyśleń nad minionym sezonem. Analiza błędów, plany jak to poprawić. Jednak zmiana sposobu nęcenia dała efekt. Może jeszcze coś zmienić ? Pomyślimy, pokombinujemy. Te największe czekają , a nam nie daje to spokoju. Chcemy je złapać. I złapiemy.

Wy też spróbujcie coś zmienić w Waszym sposobie nęcenia i podawania przynęty.


My poprawiliśmy swoje wyniki z ubiegłego sezonu a w następnym będzie jeszcze lepiej.


Pozdrawiam Cezary Ostrzycki - Karpiarz


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama