KOSZMAR POPRZEDNIEGO LATA..... - Marcin Janic
Do opisania mojej przygody skłoniły mnie przemyślenia dotyczące tego, ile my karpiarze i jak często musimy włożyć wysiłku w to, aby w końcu złowić tego upragnionego karpia, który pływa gdzieś tam w głębinach naszego jeziorka.

Było to na początku lipca 2008r, na moim zalewie zrobiło się tak bardzo tłoczno, iż łowienie karpi przerodziło się w zmagania z turystami i miłośnikami sportów wodnych.



Spokojne łowienie było możliwe tylko w nocy.




Nie chcąc odstawić kijów w kąt piwnicy, postanowiłem poszukać spokojniejszego łowiska. I tak po wielu przemyśleniach, argumentach za i przeciw, wybrałem śródleśne jeziorko w odległości ok 25km od mojego miejsca zamieszkania o powierzchni ok 15h. Jezioro to nie słynęło z dużych karpi, jednak łowiąc tam 3 lata temu udało mi sie wyholować 8-kilowego karpika, co wskazywało na to, iż karp w łowisku jest. Ważną informacje uzyskałem od miejscowych, iż dwa lata temu po zimie na skutek przyduchy padło wiele dorodnych amurów i niewielka ilość karpi, co oznaczało, że ryba tam jest spora. A przecież w skutek natury nigdy wszystka ryba nie zdechnie. Decyzja podjęta....-JADĘ !!!....

Pierwszy wyjazd był przeznaczony dla zebrania informacji. Wraz z kolegom testowaliśmy jego nowa łódkę zdalnie sterowaną, która właśnie nabył. Łódka miała wbudowaną echosondę, co bardzo ułatwiło mi zbadanie dna. Dno łowiska ogólnie nie wyróżniało się niczym specjalnym, płaski blat, gdzie co kilka metrów nad tafle wody wystawały słupy ziela. Pośrodku jeziora znajdowały się dwie średniej wielkości wysepki, a dookoła jezioro było otoczone lasem, co komponowało się w piękny krajobraz - idealny do zdjęć z okazałymi cyprinusami. Ze względu na presję nie będę ujawniał nazwy wody.



W takiej sytuacji trzeba było zmienić plan, ponieważ nad wodę nie można było podjechać autem. Jedynym rozwiązaniem było pozostawienie samochodu na parkingu przy stacji benzynowej. W takiej sytuacji ilość sprzętu karpiowego zredukowałem do minimum, by można go było przenieść na łowisko z parkingu ok 700m.

Przyszedł dzień wyjazdu, był ciepły dzień, jednak nie gorący - to napawało optymizmem. To było złudne wrażenie, o czym miałem się przekonać juz niebawem. Po wypakowaniu karpiowych tobołów i zaparkowaniu samochodu w bliskim sąsiedztwie kasy stacji benzynowej, ruszyłem ze sprzętem. Już po kilkudziesięciu metrach okazało się, że i tak, mimo redukcji, torby ważą zbyt wiele, by bezproblemowo można było iść, paski wrzynały mi się w ramiona, a co jakiś czas któraś z toreb lub śpiwór zsuwał mi sie z ramienia. Pot zaczął lać się z czoła, w lesie zrobiło się strasznie duszno, a mniej więcej w połowie tej drogi zaczął padać deszcz - w sumie to była ulewa! Klnąc, na czym świat stoi, dalej walczyłem - cały mokry - z tymi wszystkimi "potrzebnymi" pakunkami. Już myślałem, że nie może być gorzej, po czym okazało się, że pomyliłem leśne dróżki i wyszedłem całkowicie z drugiej strony jeziora. Na moje szczęście przestał padać deszcz, słońce wyszło zza chmur, już prawie wszytko wróciło do normy.....prawie!!!! Okazało się, że większą część drogi do okoła łowiska będę musiał pokonać dróżką szerokości ok 50cm- z prawej, z lewej i od góry zakrytej gałęziami drzew, krzaków i chwastów. Nie było szans, abym zmieścił się razem z moim ekwipunkiem w tym wąskim tunelu, biorąc po uwagę to , jak ciężko się szło normalną drogą. Rozwiązanie było jedno: ekwipunek nieść na dwa razy.I tak szedłem najpierw z jedną częścią toreb kilkanaście metrów, następnie wracając po resztę. I tak ? drogi do okoła jeziora, klnąc przy tym niemiłosiernie. Nie wspomnę już o tym, iż mimo że słońce wyszło to deszcz pozostawił swój ślad na liściach drzew i krzaków. Cała woda z liści zostawała na mnie, kiedy próbowałem sie przedostać z torbami na druga stronę. I wtedy właśnie pomyślałem sobie, po co to wszystko, przecież mogłem siedzieć w domu albo na plaży, pic piwko i odpoczywać, a nie przedzierać się przez jakieś sitowia, jak ostatni dureń szukając niby jakiegoś szczęścia. No cóż - odwrotu nie było - w końcu dotarłem do mojego stanowiska cały mokry, w błocie, spocony i zmęczony.

Przebycie 700m drogi zajęło mi jakieś 1,5 godziny. Spojrzałem w niebo i stwierdziłem, że zaraz będzie padać. Szybko rozłożyłem sprzęt i namiot, i przeczekałem kolejną burzę. Zaraz po deszczu ukazała się piękna tęcza na horyzoncie, co lekko ukoiło mój ból spowodowany ciężką drogą na łowisko. Następne 3 dni łowienia okazały się być szczęśliwe dla mnie, łowiąc łącznie kilkanaście karpi, które brały zarówno na kukurydzę jak i na kulki proteinowe. Ryby brały zarówno w dzień jak i w nocy o różnych godzinach. Ostatniej nocy na kulkę o smaku ananasowym 20mm złapałem największego karpia tej wyprawy o masie 10,4kg.
Może to i nie był rekord polski, ale i tak radość była ogromna. Po takich trudach podróży nawet 5-cio kilówki sprawiały ogromną przyjemność.



Widowiskowa tęcza nad wędkami zaraz po burzy przyćmiła ciężką drogę, jaką musiałem przebyć, aby dostać się na łowisko.



Pierwszy "maluch" tej wyprawy połakomił się na pływający słupek z kukurydzy.



Następne średniaki brały zarówno na kulki jak i na kukurydzę.




Największy karp tej wyprawy połakomił się na kulkę proteinową 20mm



Pozdrawiam wszystkich łowiących i wypuszczających karpie
z poważaniem Marcin Janic



Szybki Kontakt
Reklama
Reklama