Raport z dwóch wypadów na duże ryby sierpień - wrzesień 2007 Maciej i Piotr Kamiński

Wyjazd z synem planowaliśmy długo i rozważnie, wybór padł na łowisko Unichowo koło Bytowa droga na Lębork gdzie w zeszłym roku próbowaliśmy bez rezultatu zasadzać się na duże karpie które tam pływają - rekord łowiska wynosi 19,5 kg

I drugie polecone nam przez Marka Kwiecień z firmy Adder Carp to perełka mazur jezioro Mały Szwałk koło Olecka .Wyjechaliśmy po ciężkich bojach , gdyż ledwo spakowaliśmy cały majdan do samochodu. Po przejechaniu raptem 420 km dotarliśmy do wskazanej miejscowości , gdzie czekał na nas właściciel jeziora Mały Szwałk i po parunastu minutach dotarliśmy na miejsce nie bez kłopotów bo droga była bardzo rozmoknięta i grząska , a właściwie jej nie było i wtedy zrozumiałem dlaczego Andrzej Wijas bo tak się nazywa właściciel tego i jeszcze kilku jezior jeździ jeepem i to takim z bardzo wysokim zawieszeniem . Nasza "Skodzina" nisko zawieszona i na dodatek zapakowana na maxa nie dawała sobie rady, ale było z górki i zjechaliśmy łąką , a właściwie zsunęliśmy się w dół . Trochę się zastanawiałem jak później podjedziemy pod górę , ale co tam to będzie dopiero za 5 dni. Pogoda była znośna chociaż się chmurzyło.

Załadowaliśmy majdan do łódki i popłynąłem na stanowisko, syn przedzierał się brzegiem grzęznąc co chwila w błocie. Niestety w czasie transportu zerwała się burza, nie sądziłem, że nagle na jeziorze może pojawić się fala która sięgała do burty łodzi, jeszcze nie padało , ale deszcz się zbliżał "czułem" to, wiosłując jak Arnold Schwarzenegger starałem się trzymać linii trzcin i jak najszybciej dopłynąć do pomostu. Udało się ale wiatr wzmagał się postawione na pomoście kilku kilogramowe pudło z zanętowymi kulkami Addera wiatr przesuwał po pomoście.

Staraliśmy się rozbić namiot po wyładunku , ale przyszła fantastyczna ulewa nawet myśli mieliśmy mokre woda przelewała się przez namiot wszak sypialnia w namiocie nie jest wodoodporna
( koniecznie w przyszłym roku sprawimy sobie namiot karpiowy tylko poczekam na promocje może w zimie będzie ) , po założeniu tropiku wylaliśmy wodę z sypialni i nie dmuchając materaca jedynie rozkładając karimaty i " lekko " wilgotne śpiwory postanowiliśmy przeczekać ulewę trochę zabezpieczając nasze rzeczy , ale niestety rano okazało się że i tak wszystko było mokrutkie.

Dzięki bogu natura była wyrozumiała i noc mimo że deszczowa była bardzo ciepła. Jedyny problem jaki wzbudzał u mojego syna salwy śmiechu było to że moja wilgotna karimata zachowywała się jak lodowisko i przy każdy obrocie ślizgałem się jak foka na śniegu ( chyba słoń morski - tak mówił mój syn ) O poranku zerwaliśmy się wszak ryby czekały. Widok jeziora był cudny , a dzikość przerażała, żadnych odgłosów cywilizacji po prosu super.









Dzięki za słońce mogliśmy zacząć suszyć nasze rzeczy a wszyściutkie były mokre.








Nasze skromne obozowisko otaczały z trzech stron zalane łąki a po ostatniej nawałnicy wody podeszły pod namiot więc codziennie patrzyliśmy ile suchości jeszcze nam zostało a przed nami było jezioro dobrze że mieliśmy łódkę.



Wędki rozstawione, miejsca zanęcone czekamy na karpie , wiem one tam są, ale czy nas odwiedzą ?




Cóż zaczęło się normalne oczekiwanie na "duużą rybę" , a ona tam była i to nie jedna czuliśmy to.
Zarządzaniem jedzenia zajął się mój syn i nawet na początku kiełbaski z grilla nam bardzo smakowały wraz z pieczonymi ziemniakami palce lizać później poprawialiśmy tym co szef zakładów chemicznych poleca czyli gorące kubki i inną "zdrową" żywność zalewaną wrzątkiem



Wreszcie branie !!!!!!!. I jest






Zdjęcie niewyraźnie bo syn sam je robił na wyzwalaczu gdyż ja oczywiście musiałem pójść do auta sprawdzić czy nie zalało go ale jest 6 kg 65 cm wzrostu rekord życiowy Piotrka i już nieważne że zmokliśmy, podjadały nas komary a wszędobylskie żaby nawet w tyłek się wciskały



Więcej ryb nie było ale co tam to dopiero poznawanie łowiska w przyszłym roku już wiemy co i jak poprawić , wróciliśmy do Łodzi włączyliśmy pralkę bo za dwa dni wyjazd do Unichowa może będzie lepiej bo tam już byliśmy w zeszłym roku i trochę o nim wiemy.

UNICHOWO








Trochę zimno po nocnej zasiadce


Ale to nic walczymy dalej !!!!!!! Zaczęło się obiecująco pierwszy dzień dwa szybie brania wspaniałe odjazdy i cwane karpie z Unichowa wypięły się po mistrzowsku cóż tak też bywa. Później cisza jeden mały linek na osłodę i ze dwa dni spokoju już mnie zaczęły brać nerwy ale sprawdziłem u gospodarzy łowiska były bardzo duże skoki ciśnienia a to nie wróży nic dobrego.




Mały linek




Dopiero później coś drgnęło i zacząłem wyciągać ładne karasie którego ukoronowaniem był okaz 2,2 kg ale to nie ten na zdjęciu




Oczywiście zwrócony wodzie oby podrósł i znowu dał się schwytać , a z tego może będzie miał medalową wagę.




Później przyszedł czas na linka, przepraszam lina 2 kg piękny , osobiście uważam tę rybę za najpiękniejszą w naszych wodach , w słońcu mieni się wszystkimi kolorami .


A syn miał ciszę na wędkach, podjęliśmy bardzo trudną decyzję że ostatnie 3 dni łowimy w innym miejscu, w pięknej zatoce gdzie są ładne karpie bo widać jak się spławiają ale słabo tam żerują, postanowiliśmy obstawić wyjście z zatoki przy trzcinach i daleko wywozić zestaw w miejscy gdzie kończyła się płycizna i zaczynał się spadek na głęboką wodę tam zaczęliśmy ostro nęcić i czekać, środa nic czwartek kupa i ostatni dzień piątek zaczął się mgliście czuliśmy że będzie padać ale co tam może w deszcz będzie lepiej.










Widok na zatoczkę tu umieściliśmy dwa zestawy



Koło 6:30 nastąpił wolny ale uporczywy dźwięk sygnalizatora a żyłka powoli się odwijała z kołowrotka widok piękny podobny do nagiej kobiety jadącej na galopującym koniu ( tylko bez podtekstów seksualnych). Syn dopadł swojej wędki zaciął i karp zaczął wiać, ale mimo że to taka stara sztuka popełnił błąd zamiast do brzegu gdzie są konary i gałęzie w wodzie poszedł na otwartą wodę, a Piotrkowi to pasowało bo hol się zrobił w miarę bezpieczny, bez zaczepów, po dłuższej walce rybka została doholowana a mnie sponsorowi tych imprez pozostał zaszczyt podebrania ryby, już jak podnosiłem czułem że misiaczek sporo waży






I do wody po ważeniu oczywiście a waga po odliczeniu worka pokazała równo 13 kg





Moje karasiątko 2,2 kg




Syn nie pozostał dłużny i krótko cieszyłem się z rekordu bo wyciągnął karasia 2,8 kg




I znowu do domu go wysłaliśmy może przyprowadzi dziadka w przyszłym roku.


Na tym kończę mam nadzieję że przyszły rok będzie równie udany a może lepszy ??
Może w tym roku jeszcze uda nam się na weekend wyskoczyć we wrześniu lub w październiku i udanie zamknąć sezon

Pozdrawiamy wszystkich Maciej i Piotr Kamińscy

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama