Początek maja... - Adrian Modzelewski
Sezon zaczelismy od Gosławic i był to bardzo udany wyjazd, niestety jedynymi największymi rybami okazały sie jesiotry...



Środek maja...

Kolejny wyjazd i żadnego powyżej dychy nie trafiamy oprócz... 17.5 kg suma...



Powoli zastanawiamy się czym sobie na to zasłużyliśmy, pech ? po prostu pech ? Może jakiś dziwny składnik kulek wabi wszystko oprócz karpi ?

Końcówka maja...

Planujemy odwiedzić jedno z podwarszawskich łowisk i spędzić tam niecałe dwie doby. Po dotarciu na miejsce widzimy jak pożwirowa woda prawie wylewa i cały teren na około jest mocno podmokły. Wszyscy wiemy czym jest to spowodowane. Minęło trochę czasu zanim uporaliśmy się z przetransportowaniem i rozstawieniem tego wszystkiego. Wszystko na swoim miejscu i można delektować się elegancką ciszą. Ciszę przerywa pojedyńcze piknięcie i widzimy naszego znajomego, który przypłynął w odwiedziny.



Wyjadł nam troche kulek a z pelletu zrezygnował (za twardy) i odpłynął... W zeszłym sezonie w tym samym miejscu wyjadały kulki chili inne zwierzaki...

(Foto nr.4)


Po paru godzinach zaczęły się pojedyńcze strzały, na macie lądują karpery od 3-5 kg to na przemian raz sazan raz golas. Fajnie coś sie dzieje i można przetestować nowe kombinacje. Po południu mocny odjazd u mojego Taty i z oddali widzę jak jego nowe 2.5 funtówki pokazują, że siedzi coś ładniejszego, z racji tego że jest to woda pożwirowa tuż przy brzegu jest głęboko i ryby nie widzimy dobre 10 min. Gdy ją zobaczyliśmy nie byliśmy w stanie uwierzyć w to co widzimy PIĘKNY! 10.5 kilogramowy... JESIOTR!
Chyba jak przeprowadze sie do Canady i będe chciał łowić jesiotry to będą nam brały karpie. FATUM PO PROSTU FATUM! Jesiotry uwielbiają nas w tym sezonie!

Mój Tata i jego rekin.



W wyniku tego wszystkiego tej całej kumulacji postanawiam każdy element zestawu sproszkować w czymś co podejrzewałem że je odstraszy.



Mój Tata uczynił to samo i póki co mogliśmy dalej poholować w spokoju kilka maluchów i porozmawiać o różnych sprawach na które normalnie nie mamy czasu, niestety dzisiejsze życie w pośpiechu czesto to uniemożliwia dlatego doceniam każdą wolną chwilę spędzoną z Tatą nad wodą w końcu to on uczył mnie tego wspaniałego sportu.



Pózniejszym południem brania ustały na dwie godziny i koło godziny 20 stanowczy odjazd na mojej stronie biegne zacinam i...



...Potężny odjazd staram rybe trzymać w miare możliwości jak najdłużej na wypłyceniu , żeby odbiła w drugą stronę , byle nie na głęboką bo będzie po wszystkim, manewr się udaje i na górce plusk.

Stwierdzenie Taty -no kolejny jesiotr nie budzi wemnie zadnych emocji odpowiadam że ładny musi być, ale po chwili czuje że ryba co chwile muruje na głębszą wodę i ledwo co daje sie podciągnąć na żyłce 0.28 mm i kiju 2.5 lbs gnącym się niemiłosiernie. Ryba ani razu się nie pokazała chodzi raz w lewo raz w prawo i odjeżdza na kolejne 10 m. Z wyczuciem staram się dokręcić hamulec i podciągam powoli do siebie. Widzimy pierwszy zarys ryby i nie wierzymy w tym samym czasie pada słowo karp ! Tata dodaje , ale maciora - teraz spokojnie. Ale spokojnie zamieniło mi się w rozkminianie o mojej żyłce i zachciankach jak najdelikatniejszego łowienia i tak widzieliśmy tylko zarys i ogon koło 5-7 razy aż w końcu sie pokazał, trochę nie dowieżałem w to co widzę i nie czułem po kostki wody na pomoście. JEST! idealnie podebrany! Jest nasz !!!

Kładziemy go na matę i powoli do nas dociera jaki jest piękny, dzwonimy do właściciela wody , który skrupulatnie od 4 lat znakuje wszystkie większe karpie. Ważenie i do worka czekamy na właściciela, waga wskazuje po odjęciu worka 14.30 kg. Po chwili śmiejemy sie wspólnie że koło południa jak szedłem do rybaczówki to właściciel pyta się mnie kiedy ważymy największego ? Na co odpowiadam chyba jesiotra. No i wykrakane ! Karp po krótkiej podwójnej sesji wraca do wody. Na zakończenie słyszę że jest to największy karp złowiony w tej wodzie.



TAK WIĘC PRZEŁAMANIE ZŁEJ PASSY!

Do końca dnia nic ciekawego się już nie dzieje. W nocy budzi nas branie z jedynego zestawu położonego na około 6-8 metrach z paroma pelletami na długim włosie. Duży opór , ale to spora głębokość więc ryba nie musi być duża troche chodzi przy brzegu i w końcu sie pokazuje całkiem przyzwoity karp! 8.70 kg



Zestaw był położony z założeniem złowienia pewnego wąsatego, ale temperatura bardzo spadła i brania przynosiły jedynie głęgiej położone zestawy. Woda parowała jak gotowana i nic nie było widać



Następnego dnia po wschodzie słońca...



i po eleganckim śniadaniu...



Dojezdza do nas Victor i rozkłada sie stanowisko obok nas. Przyjmuje oficjalne gratulacje nie kryjąc zadowolenia. I podbiera ważący 10.6 kg

)

Powoli nasza krótka wyprawa dobiega końca i mamy już wstępne plany co do następnej czerwcowej, tym razem planujemy spędzić trochę więcej czasu nad wodą i nawet nie liczymy na takie efekty jakie osiągneliśmy tutaj w tak krótkim czasie. Połowa sprzętu spakowana od rana trafiło sie parę mniejszych karpiowych egzemplarzy i to by było na tyle gdyby nie ostatni odjazd!

Tym razem gra u mojego Taty kolejny raz widze tak ugięty kij! Victor miał już schodzić z łowiska , a ja razem z nim zanosząc część rzeczy. A tu im bliżej ryba tym kij bardziej wygięty, jak zwykle pierwsza myśl jesiotr. Ale szybko odchodzimy od jesiotra widząc co sie dzieje, nie widząc go wstepnie oceniamy na ponad dyche ale po około 10 min nadal sie nie pokazuje. Podobna sytuacja jak u mnie dzień wcześniej tylko ten jak by jeszcze silniejszy w końcu go widzimy i dosłownie powtórka delikatna nerwówka i teraz spokojnie aby go wyjąć!

)

Po nastepnych 8 minutach widzimy go całego i już wiemy że życiówka tylko ile ma ? robi jeszcze dwa odjazdy i jest nasz! Nie wierzymy w to co sie dzieje! już byliśmy spakowani zadowoleni aż tu nagle na zakończenie taka niespodzianka wyciągamy go na mate a tu nastepny suprise! Ryba nie była znakowana! Czyli pierwszy raz złowiona! Dzwonimy do właściciela żeby przyszedł zwarzyć i oznakować Karpia, wrzucamy go do worka i czekamy. Oficjalne ważenie i... i wiemy że rekord Marka ( mojego Taty ) to 13.10 kg Gratulacje od każdego i czas na najfajniejszą część...





Dostaje cyfre 73.





Troche zmęczeni ale jak najbardziej pozytywnie, wracamy do Warszawy a w drodze powrotnej rozmawiamy o wodzie na której byliśmy i widzimy w niej bardzo duży potencjał jeżeli nic sie nie zmieni na gorsze, a wręcz przeciwnie będzie sie rozwijało tak jak to miało miejsce do tej pory. Możemy śmiało stwierdzić że jest to jedno z najlepszych podwarszawskich łowisk na których możemy czuć sie bezpiecznie jest cisz spokój. I mozemy czasem wycholować całkiem ładnego karpia :)



Pozdrawiam Adrian Modzelewski
Warsaw Carp Army
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama