Dębina jesienią - Szymon Stasierski
Po październikowym załamaniu pogody, śniegu i zimnych wschodnich wiatrach większość karpiarzy postanowiła zakończyć tegoroczny sezon karpiowy. Jednak w ostatnich dwóch tygodniach nadzieję na karpiowanie przyniosło ocieplenie pogody. Ponad dziesięciostopniowe temperatury w dzień i jak na tą porę roku ciepłe noce skłoniły mnie, by wybrać się na ostatnią, dłuższą zasiadkę w tym roku.



Na Dębinę miałem zamiar wybrać się w poniedziałek 16 listopada, dlatego też trzy dni wcześniej, w piątek, pojechałem na tamtejszą wodę, by zobaczyć co tam w ogóle się dzieje. Niestety moje wrażenia nie były zbyt optymistyczne. Pochmurna pogoda, "martwa woda", kilkunastu wędkarzy łowiących na szczupaki, mówiących: "Na karpia teraz nie ma szans..."
oraz żadnych widocznych znaków żerowania karpi źle wróżyły. Jednak w tym momencie nie było już odwrotu, ponieważ wykupiłem wcześniej pozwolenie na wędkowanie od poniedziałku do środy. Wrzuciłem kilkanaście kulek w miejscu gdzie chciałem łowić i wróciłem do domu.



Poniedziałek nastrajał optymizmem. Piękna słoneczna pogoda pozwoliła mi się spokojnie rozłożyć na miejscu przy parkingu. Nadszedł czas na umieszczenie zestawów w łowisku, a jednocześnie wybranie przynęty. Jak na jesień przystało, jeden zestaw, pływaka "śmierdziela" wraz z zanętą składającą się z pelletu i kruszonych kulek zalanych boosterem podanych w rozpuszczalnym worku PVA umieściłem na głębszej wodzie. Na drugiej wędce dałem szanse pływającej kulce owocej, której zapach jest sprawdzony przez wielu karpiarzy na Dębinie. Ten zestaw posłałem około 3-5 m od wyspy. I co się okazało.. około 14 godziny pierwsze branie, 7 - kilogramowego karp ląduje na macie. Skusił się na owocową kulkę. Kilka fotek i do wody. Od tej pory w wodzie leżały dwie owocówki. Zadowolenie ze złowienia karpia w tej porze roku jest szczególne.



Jesienią dzień trwa krótko. Praktycznie o godzinie 16 jest już ciemno. A o godzinie 18? O godzinie 18 następne branie. Tym razem hol kończy się niepowodzeniem, a wszystko za sprawą bobrów. Holowany karp spina się o pływający pień drzewa, który obgryzły i zwaliły bobry. Trudno. Trzeba usunąć przeszkodę i czekać dalej. Po kilku rzutach ściągnąłem belkę.



Po około 3 godzinach rozbrzmiewa dźwięk sygnalizatora. Zacięcie, opór i... spinka. Niestety znów trzeba powiedzieć tylko "trudno" i czekać dalej.
Wieczór jak i noc była naprawdę ciepła. To sprowokowało karpie do żerowania. O godzinie 23 znów na macie ląduje karp o wadze 7 kg. Tym razem byłem sam, dlatego przenocowałem rybę w worku karpiowym. Po około trzech godzinach ze snu wyrywa mnie kolejne i tym razem ostatnie branie zasiadki. Po dłuższym holu, i nadziejami na większa rybę na macie ląduje niewiele większy karp, ważący 9 kg. Karp trafia do pożyczonego od Łukasza worka karpiowego i razem z siódemką czekają do rannej sesji zdjęciowej.






Niestety od ostatniego brania kolejna doba upłynęła w pełnym spokoju i ciszy. Myślę, że powodem tego stanu rzeczy mogła być zmieniająca się pogoda, deszcz i zmiana temperatury. Po dwóch dniach zasiadki wracam do domu z jednej strony zadowolony
z wyjazdu, ale z drugiej strony z żalem, że na następny dłuższy wyjazd będzie mi trzeba poczekać do wiosny.

Szymon Stasierski
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama