Mój pierwszy sezon karpiowy - Szymon Stasierski
Początki mojej przygody z wędkarstwem sięgają najmłodszych lat. Do szczęścia potrzebowałem tylko wędki zakończonej spławikiem, by cieszyć się z każdego złowionego karasia na pobliskich gliniankach. Jednak z biegiem lat moja wiedza na temat połowu ryb rosła, co przełożyło się na umiejętności i wyniki. Źródłem informacji i wskazówek były dla mnie czasopisma i przewodniki wędkarskie, które kolekcjonowałem razem z moim bratem.

Impulsem w kierunku karpiowania była dla mnie pewna przygoda, w której główną rolę odegrał wędkarz siedzący dwa stanowiska dalej. Złowił on wtedy okazałego karpia. Gdy podszedłem by podziwiać zdobycz, zauważyłem, że przynętą była kulka proteinowa,
do której nie miałem wcześniej przekonania. Zaraz po powrocie usiadłem do Internetu, by poszukać wiadomości dotyczących tej metody łowienia. Przeglądając strony internetowe doszedłem do wniosku, że karpiowanie stanowi odrębny dział wędkarstwa i jest dla wielu ludzi pasją życiową. Pomyślałem sobie wtedy, że ja również chciałbym przeżyć taką walkę z dużym karpiem. Od tego czasu nastawiłem się tylko na karpie. Zakupiłem kulki proteinowe i godzinami przesiadywałem nad pobliską wodą, by usłyszeć dźwięk sygnalizatora i złowić karpia. Niestety ta sztuka łowienia, okazała się dla mnie za trudna.

Całą zimę spędziłem czytając artykuły na temat łowienia karpi. Zakupiłem najważniejszy sprzęt karpiowy, by od wczesnej wiosny móc ponownie spróbować swoich sił. Przez zimę nawiązałem również kontakt z karpiarzami z miejscowego Carp Team'u Ostrów Wielkopolski. Myślę, że dzięki wspólnej zasiadce, na którą mnie zabrali, moje karpiowanie zrobiło duży krok do przodu. W tym miejscu podziękowania kieruję w stronę Tomka Zwolińskiego, Łukasza Matuszewskiego i Adriana Śmigla.

Na kolejną zasiadkę udaliśmy się razem z Łukaszem na Stawy Dębińskie do Poznania. Wierzyć się nie chce, że tak malowniczy park z wieloma gatunkami zwierząt i roślin znajduje się właśnie w centrum dużego miasta. Zajęliśmy miejsce przy parkingu. Taktyka nęcenia polegała na wyrzuceniu rakietą kilku porcji pelletu pod wyspę oraz na stosowaniu siatek PVA z pokruszonymi kulkami. Zastanawialiśmy się jednak, czy zrobione przez nas kulki zdają egzamin. Pierwsza noc zakończyła się tylko na dwóch spiętych rybach. Kolejny dzień był męczący z uwagi na lipcową pogodę, dlatego woleliśmy nie przesiadywać na słońcu
i postanowiliśmy uciąć sobie w południe drzemkę. Po godzinie snu nagle rozbrzmiewa sygnalizator Łukasza. Po krótkim holu na macie ląduje pierwszy karp zasiadki. Waga wskazuje 9 kg. Po tym braniu postanowiliśmy założyć na wszystkich wędkach sprawdzone kulki o zapachu truskawkowym. Udało się! Trafiliśmy. Po trzech godzinach na macie ląduje mój pierwszy większy karp o masie 13 kg. W tym momencie obaj byliśmy już zadowoleni z wyjazdu. Kolejną sytuację na pewno będziemy pamiętać do końca życia. Na zegarku godzina 23.00. Rozbrzmiewa dźwięk sygnalizatora. Zacinam! Siedzi! Ryba nie oddaje łatwo skóry i ściąga mi drugi zestaw. Po podebraniu ryby, zaważeniu i wypuszczeniu, od razu, bez chwili przerwy odzywa się sygnalizator Łukasza. Byliśmy zaskoczeni takim przebiegiem zdarzeń. Każda ryb ważyła około 11 kg. Nadchodząca noc również przyniosła nam wielu wrażeń z powodu częstych brań. Jednak do końca zasiadki nie złowiliśmy już większych karpi. Z Dębiny wróciliśmy bardzo zadowoleni i spełnieni. Myślę, że w przyszłości jeszcze nie raz odwiedzimy tę wodę.




Po niespełna miesiącu wpadliśmy na pomysł, żeby udać się na dłuższą zasiadkę trwającą 5 dni. Trzy dni zaplanowaliśmy nad jednym z jezior niedaleko Poznania, a w drodze powrotnej mieliśmy wstąpić na dwie doby na Łowisko karpiowe Expert Nekielka. Niestety dwie nocki nad wodą PZW nie przyniosły żadnych efektów, dlatego postanowiliśmy wybrać się wcześniej na Nekielkę. Nad łowisko dotarliśmy w środę w samo południe.




Dzięki uprzejmości Pana Marka usiedliśmy na prywatnym stanowisku. Dowiedzieliśmy się również, że na tym stanowisku odbywała się w ostatnich dniach szkółka karpiowa z udziałem Zibiego Hukałowicza. Wykorzystaliśmy tę wiadomość i wywieźliśmy trzy zestawy w wolne od roślin place na odległość około 80 m. Posypaliśmy pelletem i kruszonymi kulkami. Ostatni zestaw wywiozłem pod wysepkę na środek zbiornika.

W dzień nie było szans na branie, bowiem co jakiś czas widać było jak płoszy się wygrzewająca ryba. Pod wieczór zaczęły się spławy karpi. Nas jednak zmorzył sen, dlatego postanowiliśmy iść wcześniej spać. W nocy obudziło nas dwukrotne pojedyncze piknięcie sygnalizatora, najpierw Łukasza, a po godzinie mój. Przypomniały mi się wtedy słowa jednego karpiarza. Uważał on, że po pojedynczym piknięciu sygnalizatora, w przeciągu dwóch godzin jest duże prawdopodobieństwo, że nastąpi branie. Zasnąłem z powrotem...

Nagle ze snu wyrywa mnie dźwięk sygnalizatora powiązany z odgłosem hamulca kołowrotka. W sekundzie znalazłem się pod statywem, wyłączyłem wolny bieg i zaciąłem. Ryba bez skrupułów płynęła w obranym kierunku wybierając mi żyłkę z kołowrotka. Podkręciłem hamulec i rozpocząłem hol. Niby 80 m, a holuje i holuje i końca nie widać. Nawet Łukasz zaczął żartować, że mam się nie bawić, bo pójdzie do namiotu. W pewnym momencie poczułem mocniejszy opór. Myślę sobie.. Stanęła.. Najgorsze scenariusze przeszły mi przez myśl. Idę kilka metrów w lewo, może wyjdzie.. Nic. Idę w prawo, coś poszło.. Wychodzi! Chwilę holu i zobaczyliśmy ją po raz pierwszy. Słyszę ze strony Łukasza: "Taki średniak". Podebrał. Jest! Łukasz próbuje wyjąć karpia na matę i... Spojrzeliśmy się na siebie z niedowierzaniem, a po chwili radośnie się roześmialiśmy. Wyciągnęliśmy ją razem na matę. Łukasz złożył mi gratulacje i przystąpiliśmy do ważenia.

Waga pokazała nieco ponad 20 kg, dlatego uznaliśmy, po odjęciu worka karpiowego, że karp waży 20 kg. Nowy rekord. Nie do wiary!








Nie mogłem w to uwierzyć. I chyba dopiero na drugi dzień byłem pewny, że to właśnie ja złowiłem tego wielkiego karpia. Chciałem się nacieszyć dłużej zdobyczą, ale jej stan niestety na to nie pozwalał, ponieważ była bardzo zmęczona po holu. Zrobiliśmy kilka zdjęć i powoli odprowadziłem mój rekord do swojego podwodnego domu. Kolejna noc upłynęła nam spokojnie, dopiero nad ranem Łukasz złowił okazałego karasia.

Po powrocie do domu umieściłem zdjęcia dwudziestki na powszechnym portalu internetowym. Najciekawsze jest to, że kiedy przeglądałem poprzednie zdjęcia karpi
z Dębiny, zauważyłem komentarz jaki wystawił mi Łukasz prawie miesiąc temu: "Następnym razem łowimy dwudziestki!"

Szymon Stasierski
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama