Żarłoczny karp


Piątek, sobota, niedziela, to trzy dni zaplanowanej, weekendowo-majowej zasiadki. Pierwsze godziny wyprawy upływają w chwilach rytuału związanego z wypakowaniem, przeniesieniem i rozłożeniem potrzebnego sprzętu. W takich sytuacjach często zadaje sobie pytanie: czy rzeczywiście ilość sprzętu, którą używam jest mi niezbędna? Niby nie! Ale żeby czas upłynął na "rybkach" dość przyjemnie (nawet, gdy nie ma brań) jest nieodzowny. Przecież w końcu trzeba się wyspać (namiot, łóżko, śpiwór, ubranie), coś zjeść ("kuchnia polowa", lodówka turystyczna) czasami pada deszcz, lub przeciwnie, niemiłosiernie świeci słońce a w wokół żadnego drzewa (parasol), nie mówiąc już o jedzeniu dla karpi (zanęty, przynęty itp.) i "mediach" (aparat, kamera, akumulator samochodowy).
Po całej dwugodzinnej procedurze "rozbijania biwaku" można wygodnie usiąść w fotelu i delektować się pięknym krajobrazem tejże małej glinianki. Łowisko to jest mocno zarośnięte zaczepami (wierzba), w których karpie wręcz uwielbiają przebywać. Połączenie tego wraz z 2- metrową głębokością, twardym i w niektórych miejscach miękkim dnem stanowi wymarzoną miejscówką dla karpia (a może dla karpiarza?)





Dwa tygodnie wcześniej przed planowaną zasiadką, co dwa dni nęciłem łowisko kulkami, oraz niewielką ilością granulatu "ochotka" i peletem "halibut". Kulki staram się robić ręcznie. Czasami zdarza mi się stosować kupne mixy, ale coraz częściej komponuje je sam (nierzadko z dobrym skutkiem). Do wykonania kulek na tej zasiadce użyłem rybnego mixu, wraz z atraktorem żurawina, oraz mixu 50/50 z atraktorem truskawkowo-bananowym.
O godzinie 19.00 ostatni raz przerzucam zestawy oddalone niespełna 4 metry od zaczepów. Jeden zestaw umieszczam także tuż przy samym brzegu.
Brak brań nie budzi u mnie żadnej roztargi, gdyż karpie na tym łowisku upodobały sobie nocną aurę. Wydaje mi się, że czują się one wtedy bardziej bezpiecznie i nikt nie przeszkadza im w żerowaniu.
Jednak jak to bywa w karpiowaniu, trudno cokolwiek przewidzieć i o godz. 20.00 na nogi podrywa mnie "melodia" sygnalizatora. Trzy sekundy później, karp zostaje podcięty, jednak łatwo się nie poddaje się i wyciąga sporo żyłki z dość mocno dokręconego hamulca (duża lość zaczepów). Podczas odjazdu "parkuje" w napotkanych krzakach okazując swoje niezadowolenie. Rozpoczyna się przeciąganie rodem ze "strongmenów" (karpia wraz z zaczepami). Coraz bardziej zdenerwowany karpik nie daje za wygraną, wyciąga kilka metrów żyłki zahaczając o następny krzak. Decyzja mogła być tylko jedna. Wędkę wraz z karpiem i zaczepami oddaje koledze, który przybywa mi na pomoc, a ja w tym czasie wsiadam do samochodu i pędzę jak najszybciej na drugi brzeg po łódkę. Wsiadam do łódki i zaczynam wiosłować. Cały czas mam kontakt wzrokowo-słuchowy z "akcją", która toczy się na drugim brzegu. Będąc w połowie wodnej trasy kolega oznajmuje mi, że jakimś cudem karpik wypłynął z krzaków i sukcesywnie, ale wolno idzie do brzegu. Upływam łódką jeszcze kilka metrów a "rybka" znajduje się już w podbieraku. Na brzegu czekają już za mną pozostali koledzy, którzy w tym czasie byli na rybach. Przecierając oczy z niedowierzaniem podziwiają cały majestat sporego karpia. Najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa jednego z nich, który oznajmił, że taaaaaakie ryby to tylko na filmach oglądał!
Karp trafia na matę, a następnie zostaje zważony- waga wskazuje równe 15 kg. Jednak informacja ta nie jest tak szokująca, jak fakt podobieństwa do karpia, którego złowiłem w październiku 2008 roku. "Doniu" (tak go wtedy nazwałem) ważył wówczas 16,2kg, ale po zimie przecież mógł nieco schudnąć.


"Doniu 1" 16,2kg (październik 2008r.)



"Doniu 2" 16,2kg (październik 2008r.)



"Doniu 3" 15kg (1 maj 2009r.)



"Doniu 4" 15kg (1 maj 2009r.)



Powoli zapada zmrok. Karpik ląduje do worka i czeka do rana na sesje zdjęciowo-filmową. Rzadko stosuje tak długie przetrzymywanie karpia, ale w tym przypadku było to uzasadnione, a informacja, która pozostała w worku karpiowym okazała się dość cenna.



Duże kawałki skorup małży szczeżui pozostawione w worku karpiowym



Zestawy zostały umieszczone ponownie, a ja powoli kładę się spać nie oczekując zbytnio na brania. Pesymizm takiego poglądu spowodowany był przez hałas, jaki został wytworzony podczas holu i pływania łódką.
Po raz kolejny na tej zasiadce, teoria różni się od praktyki. Po niespełna godzinie mam kolejne branie. Jednak ten karpik jest już 5- krotnie mniejszy od poprzednika i nie dostarcza mi tylu takich emocji. Zakładam kulkę i zestaw ponownie ląduje w wodzie. Kładę się spać, by po dwóch godzinach usłyszeć najprzyjemniejszy "budzik" dla karpiarza. Ten karpik jest jeszcze mniejszy a kulka 24 mm. śmiesznie wygląda przy 2 kg karpiu.
Do rana nic się nie dzieje. O godzinie 8.00 mam branie spod brzegu. Amatorem kukurydzy okazał się niespełna 1,5kg karpik.
Po miłych "nocnych połowach" czas by, co nieco przekąsić i wypić poranną herbatę. Następnie karpik złowiony wcześniej zostaje udokumentowany na filmie i fotkach, a później w pełnej kondycji wraca do swojego naturalnego środowiska.
Po wypuszczeniu karpia, cały dzień nic się nie dzieje. Nie ma żadnych oznak żerowania karpi, a tylko ja wraz z kolega towarzyszem przyjmujemy różnorodne posiłki. Powoli dobiega końca drugi dzień zasiadki. Przed nami noc, podczas której mamy jedno branie. Rybka skusiła się na 24 mm kulkę z atraktorem bananowo- truskawkowym. Branie było o 2.30 na zestaw umieszczony przy brzegu. Karpik wybrał troszkę żyłki, ale nie pozwoliłem mu na wjechanie w zaczepy. Początkowo byłem przekonany, że to niewielka rybka, ale gdy dwa razy ukazał swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji uderzając o lustro wody poprosiłem kolegę, który jeszcze spał (ma dość twardy sen) o pomoc. Dopiero, gdy kompan wspólnych zasiadek oświetlił go, zdałem sobie sprawę, z jakim karpiem mam do czynienia. Cały czas mam kontakt z rybą. Przy brzegu karpik jeszcze "odjeżdża" dwa razy i po dwóch próbach kolega umieszcza go w podbieraku. Karpik ląduje na macie. Ale co to? To przecież nasz znajomy karpik "Doniu"!!! Czyżby poprzednia noc w worku karpiowym bardzo mu się spodobała? Czy chęć pobrania pokarmu była większa od ryzyka utraty życia ? Albo po prostu instynkt podpowiadał mu, aby utraconą energie związaną z holem i przetrzymywaniem go w worku najlepiej uzupełnić wartościowymi kulkami! Na to pytanie każdy karpiarz musi odpowiedzieć sobie sam. Złowienie tego samego karpia, po niespełna kilkunastu godzinach jest wspaniałym przeżyciem, które zdarza się niezmiernie rzadko. Fakt przechytrzenia tej wspaniałej rybki dwa razy w tak krótkim czasie może skłonić nas do refleksji i przemyśleń.



"Doniu 5" 15kg (2 maj 2009r.)



"Doniu 6" 15kg (2 maj 2009r.)



Powoli dobiega kres 3- dniowej zasiadki. Jestem bardzo zadowolony z jej przebiegu i tylko obowiązki dnia codziennego skłoniły mnie do zakończenia wędkowania. Gdyby nie brak czasu może udałoby się po raz trzeci przechytrzyć "ŻARŁOCZNEGO KARPIA". Mam nadzieje ze "Doniu" jeszcze nie raz uroczy moją "ambicje karpiarską" swoją obecnością i emocjami podczas holu.


PS mam również filmiki jak karpiki wracają do wody:

1) październik
http://www.youtube.com/watch?v=5Mri3Cbf3Hs


2) 1 maj
http://www.youtube.com/watch?v=xv4unwbiCaA



3) 2-3 maj
http://www.youtube.com/watch?v=mEWv2F-saDs





Waldemar Filipiak
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama