,,Karpie przy powierzchni" Bolesław Michalski
Najczęściej stosowaną metodą łowienia karpi, jest technika gruntowa denna z ciężarkiem lub podkarmiaczem. Jednak przychodzą takie momenty w żerowaniu naszych ulubieńcy, iż te techniki na nic się nie zdadzą. Ileż to razy widzimy piękne grzbiety i wychodzące olbrzymie pyski na powierzchnię, a brań nie mamy.

Mówimy karp nie bierze, bo się spławia. Otóż z karpiem bywa tak, że choć stwierdzamy jego obecność w łowisku nie mamy żadnych nawet skubnięć. I nie pomagają nawet najwymyślniejsze zanęty ni przynęty. A karp jest. Co gorsza widzimy jak bezczelnie objada się robactwem z liści i łodyg grążeli. Aż się rośliny trzęsą i wachlują na boki. Co i raz jakiś wypłynie i zgarnia owada z wody.

Nasze zestawy gruntowe pozostają jednak nietknięte. Wkurzamy się i złościmy, a one tylko drwią sobie z nas. Zachowują się tak jakby w ogóle nie miały węchu i nie czuły zapachu zanęty. Najczęściej takie zjawisko obserwujemy w środku upalnego lata, tak na przestrzeni od czerwca do sierpnia. Niekiedy również spotkać się możemy w upalne dni majowe lub nawet wrześniowe. Szczególnie w płytkich i małych akwenach.

Cóż takiego skłania te nasze prosiaczki do takich zachowań? Upał powodujący spiekotę, nie pozostaje bez wpływu na warunki bytowe w wodzie. W małych i płytkich akwenach woda bardzo szybko się nagrzewa i co za tym idzie spada zawartość tlenu w wodzie. Z kolei podwyższona temperatura wody zwiększa aktywność wszelkiego rodzaju larw i robactwa bytującego właśnie na łodygach i liściach roślin. Uaktywniają się również owady żyjące na lądzie, a właściwie przebywające teraz często w powietrzu, także nad lustrem wody. Często też wpadają do wody i stają się niezłym kąskiem rybiej diety. W takiej sytuacji mamy jeszcze do czynienia ze zjawiskiem szybszego natleniania się wody na powierzchni, przy najmniejszym powiewie wiatru.


Nie dziwmy się więc, że karp zwrócił swe kroki w te rejony, a opuścił strefę denną. Cóż mamy wtedy począć? Czy całkiem jesteśmy bezradni. Czyż mamy tylko patrzeć, jak piękne spaślaczki śmieją nam się w nos? Nie jeden najchętniej zwinął by wędki do samochodu. I właśnie ja zwijam wtedy sprzęt gruntowy, ale nie pakuję się do domu, tylko rozkładam wędkę do połowów powierzchniowych.

To jedyna droga do osiągnięcia sukcesu. Trzeba się dostosować do panujących warunków. Nie znam wówczas lepszej metody poławiania karpia, jak podanie przynęty na powierzchni lustra wody. Zdarza się jednak czasem, że i to nie pomaga. I co wtedy? Pewnie niektórych zaskoczę, ale czasem należy być jeszcze bardziej przebiegłym i zaradczym i podać przynętę od 10 do 20cm pod wodą. To nie jest żart. Czasem duży karp, gdy już parę razy się obciął, przy braniu z powierzchni, lub był biernym obserwatorem tej sytuacji, jest na tyle ostrożny, że nie podejmie naszej przynęty z powierzchni wody.


Tu nasuwa się pytanie jak w takim razie należałoby przygotować sprzęt by w ten sposób poławiać. Najpierw zacznijmy od wędziska. To że do połowu karpia musi być mocne i wytrzymujące nawet największe gwałtowne zrywy i uderzenia ryby jest sprawą tak oczywistą, iż nie będę się nad nią rozwodził. Ale oprócz mocy i wytrzymałości, to wędzisko musi charakteryzować się paroma jeszcze cechami, wyróżniającymi je od innych karpiówek. Przede wszystkim musi być znakomicie wyważone. Tu nie może być żadnego kompromisu. Dlatego wpierw kupimy kołowrotek a dopiero kij. Po zamontowaniu maszynki do kija, nie ma on prawa w żadnym wypadku lecieć na mordę. To znaczy nie może szczytówka przeważać. Jak jest to ważne przekonacie się już po pierwszej półgodzinie wędkowania. Jeżeli wędzisko będzie przechylać się, to ręka spuchnie i przysłowiowo nam odpadnie.

Pamiętam jak dziś wędzisko mojego Ojca. Aby wypoziomować swój bambusik, na dolniku miał zamontowane mosiężne obrączki. Lepiej by kij był nieco cięższy w całości niż źle wyważony. Przez cały czas połowu będziemy trzymali je przecież w ręku. Tu ani na moment wędki nie odkłada się na podpórki. Dolnik wędziska wraz z częścią nad uchwytem kołowrotka powinien być jednolicie oprawiony, najlepiej korkiem portugalskim. Korek daje poczucie delikatności i zapobiega odparzeniom dłoni przez pocenie. No tak to już pierwszy etap doboru wędziska mamy za sobą. Co dalej.

Będziemy mieli do czynienia z bardzo lekką przynętą. Przynęta ważyć będzie porównywalnie do sztucznej muchy. To też wędzisko to musi być wyjątkowo elastyczno - sprężyste. Musi powodować, iż zestaw będzie wyrzucany jak z katapulty i jednocześnie opory na przelotkach muszą być jak najmniejsze. No ale musi nam zapewniać bardzo szybkie zacięcie ryby. Mamy do dyspozycji ułamek sekundy i w tym czasie musimy usadzić haczyk w paszczy karpia bardzo mocno i pewnie. Inaczej zejdzie z haka. Czyli wędzisko musi wyróżniać bardzo duża szybkość reakcji.

Teraz w czasie holu musi zapewnić nam pełną kontrolę nad rybą. Będzie ona albowiem w szaleńczym tempie uciekać i to jest regułą, że w grążele. Tak więc wędzisko to musi mieć odpowiednią pracę. Nie może to być kij, który gnie się po rękojeść. Taki na pewno trudno byłoby złamać, ale równie pewne jest, iż nie da się nim skutecznie manewrować holowaną rybą. Musi to być kijaszek wyginający się jak sprężyna którego ugięcie będzie progresywne , ale o bardziej szczytowej akcji niż to się widuje nawet w dobrych typowych karpiówkach. On ma się poddawać, ale jednocześnie oddawać rybie jak rozciągana sprężyna z coraz większą determinacją. Najlepszą długością będzie tu wędzisko 4,20 do 4,50, ale nie za długie wydaje się być i to pod 5m.

Mój Ojciec w swoim zasobnym arsenale wędzisk, posiadał niestety tylko jedną taką wędkę. Ząb czasu ją tak nadgryzł, iż bambusik popękał wzdłużnie i pozostały po nim już tylko patyczki do sprawdzania ciasta w trakcie pieczenia. Wówczas dobranie odpowiedniego kija do tej metody połowowej, było rzeczą niezwykle trudną. Z kilkunastu czasem nadawało się jedno. Dziś z pomocą przychodzi nam technika i wysoko modułowe włókna grafitowe.

Powiem wprost. Najbardziej chyba spełniającym te wymagania wędziskiem, będzie odległościówka. Tylko nie ta do 15 czy 25g wyrzutu, bo na karpia to witka, z którą sobie poradzi. Tu widzę kij o dużej różnicy ciężaru wyrzutu, taki na ten przykład 10-40g, a nawet do 50g. Minimalny ciężar powinien zapewnić wyrzucenie drobnej bądź co bądź przynęty, ale jednocześnie musi być mocniejszy, w znacznie grubszym przedziale niż wędki płotkowo - leszczowe.

Następnym elementem, który chcę omówić, jest kręciołek. Dziś mamy do dyspozycji szeroką gamę kołowrotków ze stałą szpulą, których to wędkarze dawniej nie mieli. Nasz kołowrotek musi mieć natychmiastową blokadę wstecznego biegu (łożysko jednokierunkowe), bardzo mocną przekładnię i szeroką, obrotową rolkę żyłki (najlepiej na łożysku). Jedną z najważniejszych cech musi być nienaganne, a powiedziałbym wręcz precyzyjne jak szwajcarski zegarek, układanie żyłki na szpuli. Tu nie ma miejsca na najmniejsze uchybienia. Zarzucana lekka przynęta musi delikatnie i bez oporów wywlekać żyłkę. W przeciwnym razie będzie dochodziło do biczowania wody i straszenia ryb, a tego chcemy z pewnością uniknąć. Ja osobiście lubię kołowrotki wyposażone w wolny bieg. I choć nie spełnia on roli zabezpieczającej przed zwinięciem nam wędki z podpórek, bo trzymamy ją w ręku, to znacznie ułatwia wysnuwanie żyłki ze szpuli, gdy przynęta popychana wiatrem płynie pod grążele.

Żyłka musi być niewidoczna na wodzie, a przynajmniej jak najmniej widoczna. Tu zupełny paradoks, ale muszę powiedzieć, że z doświadczenia praktycznego, czyli z obserwacji na reakcję ryb, byliśmy zgodni z Ojcem, iż najmniej widoczna (odstraszająca) była żyłka czarna. Ciężko było ją kiedyś dostać, a i dziś nie jest to łatwe. Zapas żyłki musi być duży najlepiej około 300m. Stosujemy tu bowiem, jak na karpia, dość cienkich żyłek maksymalnie 0,24. Ja skłaniam się do 0,22. Zacięty karp nabiera takiego wigoru, iż taki od pięciu wzwyż potrafi nie wiedzieć kiedy, pozbawić nas ponad stu metrów. Karp trafiony hakiem przy powierzchni, wydaje się być znacznie bardziej rozjuszony niż ten pobierający pokarm z dna. A może to tylko złudzenie? Rozsądźcie sami na łowach. Żyłka nie może tonąć, musi unosić się na powierzchni, bo nie zatniemy ryby.

Mamy wędzisko, kołowrotek, żyłkę, to możemy teraz przystąpić do przygotowania zestawu. Tu wyróżniłbym dwa sposoby. Najprostszy z pewnością będzie ten bez żadnych dodatków. Do końca żyłki przywiązujemy haczyk i gotowe. Żadnego sygnalizatora nie potrzebujemy, przecież widzimy jak na dłoni pobieranie pokarmu. Aha zapomniałem - nie stosujemy żadnych przyponów.

Drugim sposobem jest dodanie specjalnego spławika. Nie spełnia on żadnej roli sygnalizacyjnej brań. Spławik ten jest baryłką wykonaną, kiedyś z kory topolowej, dziś już z balsy. Żyłka w nim przebiega centrycznie. Nowum tego spławika jest to, że na obu końcach montuje się na stałe obciążenie od 2 do 4g. Spławik jednak musi leżeć na wodzie. Jeżeli obciążenie zostanie wyważone tak jak to się robi w woblerach, tylko równomiernie po obu stronach, to spławik, będzie się zawsze obracał jedną stroną do wierzchu. Wówczas można pomalować wierzch na kolor czerwony farbką fluorescencyjną.


W takim zestawie najpierw zakładamy stoper gumowy (lub kawałek cienkiej rurki igielitowej), następnie nawlekamy ów spławik i ponownie stoper (lub drugi kawałek rurki). Teraz wiążemy haczyk. Ustawiamy na żądaną np. 50cm odległość spławik od haczyka i blokujemy stopery (lub w rurki wkładając kliniki). Spławik taki ma za zadanie umożliwienie dalszego wyrzutu, jak również polepszyć orientację przebywania przynęty na wodzie z większych odległości. Jednocześnie można wyregulować w każdej chwili odległość między spławikiem, a haczykiem i zakładając tonącą przynętę, łowić tuż z pod powierzchni. Wówczas nie zakładamy żadnego obciążenia przynęty, a spławik nadal leży na wodzie. Ruch i dynamika spławika, nie mówiąc o jego zniknięciu pod wodą sygnalizuje branie.

Ostatnio wiele mówi się o wykorzystaniu do połowów powierzchniowych również małej kuli wodnej. W prosty sposób zastępuje ona omówiony spławik, lecz nie może być wykorzystana do połowu tuż pod powierzchnią. Wtedy można ją zastąpić np. małym kolcem jeżozwierza z obciążeniem bezpośrednio pod spławikiem lub spławik do połowów powierzchniowych.

No tak to teraz musimy rzec parę słów, o tym co założymy na haczyk. Chyba najbardziej popularną przynętą jest bułeczka. No ale nie cała. Z wierzchu skrawamy podpieczoną skórkę i odsłaniamy część nie będącą spieczoną skórką, ale to jeszcze nie jest miękisz. Ta część właśnie najbardziej nadaje się na haczyk. Już łatwo penetruje ją haczyk, a zarazem nie rozmięka tak jak miękisz. Inną popularną ostatnimi laty stał się popcorn. Przygotowuje się go dokładnie tak jak zanętę. Prażoną kukurydzę popcorn moczymy przez godzinę do dwóch w słonecznikowym oleju i wykładamy na gazę, aby obciekł. Jeszcze lepszym pływającym przysmakiem będą różnego rodzaju chrząszcze i owady. Uwaga na te chronione. Niektóre są nie jadalne, ale niektóre wsuwają karpie z wielkim apetytem. Co ważniejsze przy takiej przynęcie chyba najmniej podejrzewają podstęp. Koniki polne, chrabąszcze, duże muchy, to codzienny posiłek.


Innymi przynętami są te, które przywiązujemy do haczyka, bo są za twarde do nadziewania. Będą tu np. kawałki psiej karmy, pływające małe kulki proteinowe. Nie bawię się przy tym w jakieś nadzwyczajne ceregiele z włosami i ich odległościami od przynęty. Najzwyczajniej wiążę cienką żyłką 0,08 haczyk do jadła i gotowe. Gdy przyjdzie nam poławiać tuż z pod powierzchni, to najlepsze będą czerwone robaczki gnojaczki. Można do haczyka również przywiązać kawałek makucha lnianego. Można go wówczas zwilżyć olejem słonecznikowym lub odrobiną tranu.

No to teraz zarzucamy zestaw. Najlepiej gdy mamy możność wykonać go zza głowy. Ale czy tak czy z boku robimy to ruchem zamaszystym przyspieszonym, po ustabilizowaniu się zestawu. Najlepiej gdy mamy możność takiego zajęcia stanowiska, aby wiatr wynosił posiłek od nas we właściwym kierunku, a nie spychał na nas. Czasem trzeba zająć trudne stanowisko, narażając się na porysowania krzaczorami, przez które musimy przebrnąć. Ale to się opłaci by zająć dogodne stanowisko, bo nawet lekko wyrzucona przynęta spłynie gdzie trzeba, a nie muszę chyba tłumaczyć jak jest to ważne. Żyłka choć luźna nie może tworzyć niepotrzebnych luzów. Ten luz musi być tylko taki, aby przynęta mogła naturalnie wyglądać.

Cały czas musimy być skoncentrowani. Ale nie nerwowo, tylko obserwujemy nie spuszczając z oczu przynęty. W momencie brania następuje gra nerwów. Widząc wynurzający się pysk nad wodę, nie możemy ciąć od razu. Trzeba cierpliwie wyczekać aż pysk schowa się pod wodę, a kark będzie widoczny. Teraz zacinamy. Tylko też zakręcamy korbką i gwałtownie prostujemy wędzisko. Nie przeginamy do tyłu. Zacięcie musi być szybkie i trafione w moment. Dlatego i kij musi właśnie być taki szybki i bardzo sprężysty. Nie może dać luzu po zacięciu.
Gdy już mamy zaciętą rybę, nie możemy pozwolić by zeszła do dna. Jak wejdzie w korzenie grążeli, to emocje skończone. Trzeba ją trzymać przy powierzchni i niech pruje grążele. Kij wysoko, ale nie przegięty do tyłu, tak prowadzimy, aby żyłka szła w linii uciekającego karpia. I tu z kolei przydaje się jego bardziej szczytowa akcja i też ta sprężystość progresji. Wówczas nie zaplącze się w grążelach, w które pcha się uparcie, widząc w tym swoją szansę ratunku. Utrzymany karp przy powierzchni to połowa sukcesu. Nie można dać mu odrobiny luzu. Pilnować by nie zrobił młynka po żyłce, bo może ją ściąć płetwą. No tak, to akurat łatwiej powiedzieć niż wykonać. Ale wiadomo staramy się ile potrafimy. Nie podciągamy go do siebie na siłę za wszelką cenę. Jeśli będzie walczył tuż pod powierzchnią, jeśli nawet będzie to w grążelach, to i tak mamy większą szansę, niż gdy jeszcze bardzo silny znalazłby się pod nogami.

No to myślę, że te kilka spostrzeżeń komuś się przyda, a i niektórych zachęci do takich powierzchniowych połowów. Widok wychodzącego karpia do skórki chleba jest niepowtarzalny. To nie Łazienki Warszawskie. Tu mamy świadomość, że w tym kawałku bułeczki jest nasz haczyk. Adrenalina skacze na maksa, no i jeszcze nie zgubić się w tym wszystkim, to emocje na całego, czego Wam i sobie życzę.

Wędkoholik - Bolesław Michalski
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama