Wyprawa na wesoło
Wyprawa na wesoło

Pojawiające się ostatnimi czasy coraz to bardziej "żarliwe" dyskusje na krajowych forach karpiowych, ograniczające się bardziej do relacji interpersonalnych, a pomijające merytorykę naszego hobby powodują, iż wielu wędkarzy zamyka swoje wspaniałe sukcesy w małym gronie przyjaciół od kija. Pojmowanie jakiegokolwiek hobby i odczuwalna z jego posiadania satysfakcja jest kwestią idndywidualną każdego czowieka, który poszukuje swojej przygody życia odnosząc w niej sukcesy lub małe porażki, które raczej bardziej skłaniają nas do pozytywnego działania, a nie postrzegania tego jako tragedii życiowej.
Pamiętam jak na początku wręcz chłonąłem informacje zawarte w internecie odnośnie karpiowania. Artykuły dotyczące sprzętu, technik połowu, metod nęcenia, wykorzystania dostępnych na rynku materiałów do tworzenia zestawów końcowych, no i najważniejsze, relacji z wypraw zdobionych pięknymi zdjęciami. To wszystko sprawiło, że lektury te, są dla mnie nadobowiązkowe. Czytałem je i czytam z prawdziwą przyjemnością cieszšc się możliwością korzystania ze zdobytej przez innych wiedzy, którą chcą się z nami podzielić i być jednocześnie pośrednio świadkiem ich sukcesów dokonanych w czasie obcowania z powalająco piękną naturą.
Przy możliwościach oferowanych przez dzisiejszy świat w zakresie łatwego dostępu do informacji, z premedytacją wykorzystujemy ten fakt i w pogoni za szybkim sukcesem zapominamy niejednokrotnie co jest istotą wędkarstwa. Być może to ja się mylę, i wędkarstwo propagowano jako sport tylko w celach komercyjnych, lecz wydaje mi się, że jednak wynikał on z zaspokojenia potrzeby człowieka do aktywnego odpoczynku na łonie natury i spełnienia się w roli łowcy, którego namiastkę posiada w sobie od zarania dziejów. Dla mnie wędkarstwo to człowiek i wiążąca się z nim historia nad wodą, a zakończona połowem rybki to kwintesencja mojej pasji.
Niestety, nie każdy ma dar przelania na papier swojej historii, ubrania w słowa swoich odczuć nad wodą, a pojawiające się w mediach artykuły o sukcesach wielkich tego świata, skutecznie odstraszają od podjęcia takich prób - niestety ze stratą dla większości z nas. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich cichych upadków wędkarzy, których osobiste sukcesy nigdy nie ujrzały światła dziennego, a uwiecznione na fotografii obrazy nadal zalegają na twardych dyskach i nie cieszą naszych oczu. Po mojej ostatniej zasiadce w gronie dobrych znajomych, postanowiłem przedstawić jedną z możliwości ukazania najprostszej wyprawy w dowolnie wybranej przez nas formie. Do zdjęć, które tam zrobiłem muszę tylko dołączyć tekst - przecież to takie proste. Zamykam oczy i przenoszę się w czasy rycerzy i ich walki ze złem.

A było to tak ........ Roku pańskiego Anno Domini 2011 czterech sławnych rycerzy zakonu karpiowego ruszyło na swoich mechanicznych rumakach okulbaczonych do granic wytrzymałości, trudnym szlakiem wiodącym przez zamoczone i dziurawe po zimie drogi województwa kujawsko-pomorskiego, na karkołomną wyprawę upolowania w odmętach wielkich połaci 2,5 hektarowego zbiornika znajdującego się na prądkowskich stepach, potwora zwanego ciprinus-prądkokilus. Opowieści zawarte w najstarszych księgach i kronikach bydgoskiej krainy mówią o wielkiej i przerażającej kulkożerności tego potwora, a także zawierają nazwiska rycerzy, którzy dla chwały próbowali swych sił w walce z nieokiełznaną siłą tego wytworu natury....... niestety ich los był przerażający.
Jak zwykle, jako pierwszy nad woda zajechał na swoim żelaznym rumaku o nazwie Wiatrowa Gwiazda największy z czwórki rycerzy Arek i rozbił swój obóz tuż przy wielkiej zatoce.



Uwierzcie, rumak stoi za namiotem, choć do małych nie należy. Drugi byłem ja....niestety, nie miał mi kto fotki zrobić i musicie mi wierzyć na słowo. Po chwili zameldował się Artur



a na końcu prosto z Inowrocławia, ostatni z rycerzy Marek na swej srebrzystej klaczy Madzi



Każdy z nas rozstawił swój oręż, który z taką pieczołowitością jest kolekcjonowany od tylu lat, do walki z tymi potworami. Przekazywany z ojca na syna. Bez niego nasze szanse na sukces byłyby marne.....
Moje włócznie uzbrojone w najnowsze czujniki wykrywania cyprinusów



Artura - zawierające wielką moc w małym 2,75lbs ciele



Arka - potęga mocy wciśnięta w jakość i długość blanku



i Mareczka - każdy z innej parafii, lecz posiadający ukryte moce



Uzbrojeni w taki oręż i naładowani spotęgowaną energią kumulowaną przez pięć miesięcy przerwy zimowej zaczęliśmy knuć, jaką strategię przyjąć w walce z tak "bezwzględnie inteligentnym" przeciwnikiem, jakim był prądkokilus.



Po długich debatach doszliśmy jednogłośnie do porozumienia, że na takiego szczwanego lisa najlepsze będzie najbardziej skuteczne rozwiązanie - czyli!!!!!!! Walimy przed siebie na chybił trafił i czekamy.....


Oczywiście sprawa dotyczyła tylko i wyłącznie kwestii zajęcia stanowisk taktycznych i wykorzystania szczególnych warunków terenowych służących do kamuflażu naszego oręża. Natomiast, co kto założy na super haki, to już była tajemnica pilnie strzeżona od kilku pokoleń w rodzinie każdego z rycerzy....
Udało mi się trochę podpatrzeć, co i jak robią i uchylę Wam rąbka tajemnicy - tylko cicho, żeby się nie dowiedzieli, to zostaje między nami.... pamiętajcie!!
Marek przyniósł jakiœ magiczny proszek we wiaderku i cośtam namieszał - nie wiem, co to było, ale wyglądało to tak



potem tym magicznym proszkiem po zalaniu wodą oblepił jakiś koszyk



i posłał do wody ile sił w łapach, a że łapska ma duże to zobaczcie sami



Aż się przestraszyłem - choć do strachliwych nie należę - jak ten kij to wytrzymał...jaaa!!!!!!!!!!!! Mówiłem, że są magiczne. Oprócz tego, inni wkładali jakieœ znane tylko im specyfiki do woreczków - (też podobno jakieś magiczne same rozpuszczają się w wodzie) - i także ciach do wody. Ja zrobiłem to samo.



Po obrzucaniu wody magicznymi kulkami, proszkami i innymi dziwadłami, rycerze dostarczyli do stołu w swoim sztabie magiczne eliksiry wzmagająco-wzmacniająco-ogłuszająco-rozweselające, bo bez nich jak wiadomo, żaden szanujący się rycerz w tak karkołomną wyprawę się nie wybierze.... co tu dużo mówić - zobaczcie sami.....




Oczywiście to tylko jeden ze specyfików, reszta jest tak tajna, że nie mogę ich pokazać, gdyż groziłoby mi wykluczenie z zakonu.
Pomimo tego, zima cały czas dawała znać o sobie i przy wykorzystaniu najnowszych wynalazków z dziedziny alchemii stosowanej dzielnie stawialiśmy jej czoła




Niestety, prądkokilus jest znany ze swojej zawziętości i uporu.... Pomimo oczekiwania przez całą noc nie dał się przechytrzyć i nie podjął naszej przynęty tj. magicznych specyfików...

W sobotę w ramach walki z nudą zaczęliśmy sprawdzać na ile nasze wspaniałe kije mogą nam pomóc w bojach z tymi potworami i jaką mają moc.... chłopaki sprawdzali, a ja jak zwykle musiałem to dokumentować dla potomnych






I co ??????? Musicie przyznać, jest w nich moc... i nie mówię o kijach - w rycerzach....
Artur tak ostro rzucał swoim kijaszkiem, że ciężarek pomknął w siną dal i została tylko po nim wygięta agrafka...



Niestety przebiegły prądkokilus nie daje się zmusić do kapitulacji cały czas..... lecz nie wie, że my jesteśmy cierpliwi.... latami nas szkolono do takich ekstremalnych wypraw i prócz naszych prawie z piekła rodem - kijaszków, kołowrotków i sygnalizatorów, mamy coś, co daje nam wyższość nad cyprinusem..... czyli cierpliwość i determinację.
Niestety mieliśmy i chwile słabości. Wtedy zmuszony byłem przeprowadzić poważną rozmowę z moimi magicznymi wędkami - zrozumienie to podstawa sukcesu..



Ku wielkiej radości nasze szeregi zostały zasilone damą serca rycerza Marka, która powoli przyswaja arkana tak trudnej sztuki i jako adept poznaje jej tajniki od podszewki.... mając oczywiście za wzór taki kwiat rycerstwa karpiowego jak my... i wiem, że to skromnie nie zabrzmiało, lecz taka jest prawda.... Niestety…hihi!!!!!




Po przyjeździe Hani i przy jej pomocy stwierdziliśmy, że duch był wspomagany przez cały czas, nadeszła kolej na nasze ciała...
Obiad był najlepszym pomysłem w tym czasie...Korzystając z nabytej latami wiedzy, bo nie chwaląc się, lecz i w tej dziedzinie co nie co wiemy, zabraliśmy sie ostro do pracy, a efekt tego był oszołamiający....zobaczcie sami....najpierw ziemniaczki



potem karkóweczka już wcześniej przygotowana przez Hanię



i kwintesencja całości wylądowała na naszych talerzykach.



Na bieżąco, dzięki najnowszym technologiom inżynierii paranormalnej mieliśmy kontakt z naszymi mentorami z klasztoru i na gorąco informowaliśmy ich o naszych planach i posunięciach. Akcja była przemyślana i dopięta na ostatni guzik. Nic nie mogło nas zaskoczyć.



Ja, jak zwykle, gdy inni oddawali sie planowaniu i obmyślaniu nowych strategii, wciąż na posterunku, bez wytchnienia, bez odpoczynku... niezmordowany i wiecznie czujny, że wróg może zaatakować w najmniej nieoczekiwanym momencie. Nie zostaniemy zaskoczeni.



Dzień zbliżał się ku końcowi, a niebo ozdobił pan nocnej aury, księżyc - w swej całej krasie


Zwróćcie uwagę na prawy dolny róg ww. obrazu. Artur odprawia swoje tajemne rytuały przy swoich wędziskach..... coœ się kroi.... miałem dziwne przeczucie....
I stało się. W otchłani nocnych ciemności, zagłuszony burzliwymi dyskusjami Hani, Arka i Marka rycerz Artur stoczył samotny bój... jak jego imiennik od okrągłego stołu. Bez owacji na stojąco, bez uznania i pomocy innych. Czyn jego nie zostanie jednak zapomniany. Na szybciutko namalowałem obraz, w którym ten wyczyn zachowałem na setki lat dla potomnych. Okazało się, że prądkokilus nie jest taki straszny jak huczały o nim księgi i przepowiednie. Nie jest tak kulkożerny i niebezpieczny, a opowieści o nim są z lekka przesadzone - z resztą, co tu dużo mówić...



Jak widzicie, przysłowie - nie taki diabeł straszny jak go malują znalazło w tym wszystkim swoje potwierdzenie. Nasza misja dobiegła końca, a prądkokilus, jak inne potwory wrócił do wody. Cel został osiągnięty, więc w niedzielę rano spakowaliśmy swój cały rynsztunek na żelazne konie i udaliśmy się w drogę powrotną.

Opuszczając pole bitwy każdy z nas miał uśmiech na twarzy. Misja zakończyła się sukcesem, mit o następnej bestii szerzącej postrach wśród użytkowników okolicznych akwenów został obalony, a przed nami kolejny rok walki z potworami - byleby tylko sił starczyło

Jak to mówią, za wszystko można zapłacić przy użyciu różnych przedmiotów, powyższy widok na twarzy każdego z nas na koniec wyprawy - bezcenny
Ogólnie można powiedzieć, że była to wyprawa, jakich każdemu z nas zdarza się odbyć kilkanaście w roku.Nie zakończyła się złowieniem ogromnego i przerażającego "prądkokilusa", a przypuszczalnie dla niektórych okazałaby się totalna porażką.Nie dla nas Trzy dni na łonie natury, zmagania się z jej twardą stroną w postaci zimna, deszczu i w końcu wspólne spędzenie czasu nad wodą w warunkach rozbudzającej się wiosny przypominało nam, że w tym wszystkim nie zawsze jest ważna duża ilość wielkich ryb. Oczywiście byłbym hipokrytą, gdybym tylko w to wierzył, lecz dlaczego mamy ograniczać odczucie pełnej satysfakcji z wyjazdów do przypadków wyholowania każdorazowo swojego rekordu życiowego. Do czego nas by to zaprowadziło??????? Tak każdy z nas czeka na swoje 20+ i więcej. Z przyjemnością wraca nad wodę - bo być może tym razem się uda i dlatego każda taka wyprawa jest dla nas radością, a korzyści z jej duchowego przeżycia może mieć każdy. Mam nadzieję, że choć przez chwilę zapomnieliście o rzeczywistości i razem z nami polowaliście na tego potwora rodem ze średniowiecznej krainy, a pokonanie tej lektury spowoduje, że kto z Was złapie za pióro i opisze jedną z wędkarskich historii swojego życia, która normalnie zostałaby skazana na zapomnienie..

Gniewosław Bosiacki


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama