King Baits Cup -Karpiowy Maraton - Luboreci 2010
W dniach 25-29.08.2010 Rozegrano 5 edycję Maratonu Karpiowego King Baits Cup z udziałem 33 teamów ze Słowacji, Węgier i Polski.



Luboreci- Zbiornik zaporowy o powierzchni 65 Ha, malowniczo położony na pagórkowatym terenie, otoczony dużą ilością drzew, dających ukojenie podczas upalnych dni. Urozmaicona linia brzegowa z zatokami, zróżnicowana głębokość jeziora do 12 m i średniej około 3,5m.
Akwen jeszcze do niedawna obfitował w dorodnego karpia i amura, lecz powódź nie oszczędziła i tego zbiornika, zabierając ze sobą część ryb, co nie było bez znaczenia na ich ilość łowioną podczas zawodów.
Rozpoczęcie z 'pompą' w którym uczestniczyły wszystkie ekipy. Odbyło się w urokliwej części jeziora ze znaną słowacką serdecznością i gościnnością popartą wyśmienitym kotlikowym gulaszem zakropionym śliwowicą. Atmosfera przed zawodami w teamach była wspaniała, chodź wyczuwało się u wszystkich ducha rywalizacji, czas mógłby się wtedy zatrzymać by móc się napawać przedstartowym czarem miejsca, ludzi i pięknej przyrody. Losowanie w asyście zaproszonych gości, organizatorów i rzecz jasna zawodników, przebiegło sprawnie, a dla tej rangi imprezy miało dwie tury, czyli losowanie kolejności, a następnie stanowisk. Nasz Team Carpmix Lastia PL losuje sektor A stanowisko nr 2 i choć nikt z nas nie zna akwenu to nastroje są wyśmienite, a nastawienie sportowo bojowe.







Zawody to specyficzne karpiowanie wymagające większego zaangażowania, gdzie niestety zatraca się czar i magia zasiadek by w spokoju i bez nerwów przygotować wszystko co mamy sprawdzone i cieszyć się tym co nas otacza. Podczas trwania zawodów przestaje się to liczyć, a górę bierze współzawodnictwo i chęć sprawdzenia siebie i partnera, ale przecież po to są organizowane maratony karpiowe.
Po otrzymaniu list startowych wszyscy uczestnicy ruszają na wylosowane stanowiska. Czasu do startu niewiele, więc tempo czynności na co dzień wykonywanych nad wodą przyśpiesza. Ekipa obok z Carp Devil Baits ma już postawiony namiot i ponton na wodzie a my w powijakach.
Setki kilogramów bagażu do przerobienia w obozowisko, no i to co najważniejsze; czyli karmienie, dobór odpowiednich zestawów, dokładne sondowanie, markery i wiele innych czynności które wszyscy dobrze znamy. Gotowe! Na szczęście w tej części europy " LASTIA" karpiom jest dobrze znana i w pierwszej kolejności przetestowane będą kule faworytki wytypowane wspólnie na zawody choć zadanie nie łatwe bo 35 nut smakowo zapachowych daje nam duże pole manewru, ale
wstrzelić należy się w miarę szybko, gdyż z doświadczenia wiemy, że ryba rozejdzie się po wsypaniu przez wszystkie teamy setek kilogramów kulek, peletów i Bóg wie co jeszcze. Mając do dyspozycji szczątkowe informacje o zbiorniku i jego zawartości decydujemy się na dwudziestki i szesnastki-pop up oraz dwudziestki z czternastką-tonące, lub po dwa pop-upy, by choć trochę ograniczyć brania licznych nie punktowanych 'zwyrtków'.



Nęcimy kulami z serii silver, grubym peleten zanętowym, okraszonym bioaktywatorem, co już po chwili owocuje lądowaniem w podbieraku punktowanego karpia. Radość w zespole. Punktujemy!
Długa przerwa i spalone delikatne branie. Specyfika akwenu wymusza na nas wywożenie zestawów na duże odległości ok 260 m,gdyż wzdłuż przeciwległego brzegu ciągnie się koryto wpadającej do jeziora rzeczki a dno tylko tam jest trochę twardzsze. Przysuwamy fotele do swoich stanowisk i czarujemy wzrokiem swingery. Po jakimś czasie delikatnie się poruszył, omamy? Nie jest 'tit' i delikatnie w dół, cięcie i jak się okazuje amur, na szczęscie ląduje w podbieraku, po wykonaniu swoich słynnych crossów przy brzegu. Mamy około 12,5 kg i wychodzimy na prowadzenie. Nie trwa to jednak długo gdyż nasz amur na tym stanowisku był tylko smpatycznym przypadkiem na cztero metrowej wodzie, a Węgrzy i Słowacy, mając w swoich rewirach wypłycenia i trzciny zaczynają wyciągać amury. Wiedząc że prędzej złowimy amora za sprawą sympatycznych spacerowiczek decydujemy się na odstawienie kulek słodka kukurydza i skupiamy się nad większą powtarzalnością brań punktowanych karpików którymi to ewentualnie przebijemy wagę większych torpedowatych, ślicznie ubarwionych złotawych amurów. Na akwenie cisza i absolutny spokój, słychać tylko czasem rozmawiających półgłosem sąsiadów, a las oświetlonych bajkowo wyglądających markerów na wodzie robi niesamowite wrażenie. Nie śpimy, warując przy kijach, ale wyciągamy kolejnego punktowanego młodziaka, a adrenalina sprawia że nadal nie odczuwamy zmęczenia.



Wyniki klasyfikacji dostarczane są dwa razy dziennie, a doławiane przez nas karpie przesuwają nas na prowadzenie. Po chwili konkurencja jest już na wodzie i holuje punktowaną rybę. W międzyczasie "Stary Lis" z teamu Death Fish Carp Slovakia daje solowy popis holu z pontonu ryby, ściskając udami manetkę silnika i sterując za karpiem zamierzonym slalomem omijając usiany jak pole minowe w wystające korzenie pas wody. Robił to w taki sposób że czapki z głów, a opis nawet w części nie odda widowiska jakie nam gość zafundował kwitując to karpiem w podbieraku.



Cały czas jak w kalejdoskopie, spadamy o lokatę, lub dwie w dół i znowu powoli w górę. Nie śpimy już trzeci dzień, ale forma nadal nie jest zła, gorzej wygląda sprawa z pogodą. Wiatr, deszcz i odczuwalny spadek tempertatury zmusza nas do szukania na dużych odległościach przegłębienia co jak się później, okazuje jest dla nas zbawienne, gdyż po długim okresie przestoju udaje się zapunktować. W ostatni wieczór dostajemy wyniki i okazuje się, że mamy niecały 1kg przewagi nad drugą ekipą, a 3,8kg nad trzecią, co jest niczym przy takiej konkurencji.
Decydujemy że do końca nie śpimy licząc na karpie w nocy i rozmawiamy o tym co zrobić jeśli do rana nic nie pojedzie, ale po chwili dialog zamienie się w monolog i mój sympatyczny partner śni o pięknych reniferzycach. Na szczęście po chwili 'tit, tit,tit iiiiiiiiiii' ekspress TGV do Paryża stawia go na nogi, a zamiast puszystej reniferzycy ściska w ręku twardy podbierak lądując w nim kolejną "karpicę" Rano węgrzy wyciągają amura i szczęka nam opada, ale na szczęście nie jest wielki, więc powinniśmy być blisko. Do końca 4 godziny, pakujemy, składamy, a widok musi być pocieszny, gdyż na czworakach składając namioty wyglądamy jak jałówki przed pierwszym dojeniem nerwowo odwracających się za siebie i spoglądających na wędki.
Podczas zmagania się z kolejną zakleszczoną między kamieniami szpilką, na prawej wędce grube 'pip', oczy skanują swinger, ale cisza. Odwracam z rezygnacją głowę i słyszę 'jazdę', bieg i ślizgiem nożycowym na mokrej glinie wpadam w tripoda, siiiiiedzi. Bez słów z partnerem wskakujemy do pontonu i jazda. Byle szybko, kilka nie cenzuralnych wyrazów, gdyż Pan karp spokojnie sobie jedzie i chce zaparkować w znanym nam korzeniu, lecz na szczęście nie tym razem. Jesteśmy szybsi zmieniając jego kierunek wycieczki, a nasz cyprinus ląduje bezpiecznie w podbieraku i pieczętuje nasze jeszcze wtedy nie do końca pewne zwycięstwo .
Szybie pakowanie tzw.na wagę, trzeba się spieszyć, bo całe jezioro do objechania, dróżkami dla aut bardziej z napędem na cztery koła, więc trzeba uważać, by nie zostawić zawieszenia.Docieramy do bazy organizatora jako jedni z ostatnich, szczęśliwie bez zpóżnienia. Uniesione ręce kolegi i oklaski uczestników maratonu utwierdzają nas w przekonaniu, że wygraliśmy. Potem zakończenie z wielką fetą, piękne nagrody, gratulacje i wiele sympatycznych chwil w doborowym towarzystwie.
Cała atmosfera maratonu, zdrowe i sympatyczne współzawodnictwo, a przede wszystkim słodkie zmęczenie ukoronowane naszym ciężko, wspólnie wypracowanym zwycięstwem długo pozostanie w naszej pamięci jako piękna sportowo karpiowa przygoda.



1. Carpmix Team-Lastia Poland
2. Death Fish-Team Slovakia
3. King Baits-Team Hungary
4. Star Baits-Team Slovakia
5. Green Baits-Team Slovakia







Bartek & Bastek "Carpmix"


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama