I Towarzyskie Spotkanie Przyjaciół " Pątnów 2013"

Z wielka radością złapałem za długopis i zapisuje tą czystą stronę papieru z uśmiechem na twarzy.
I towarzyskie spotkanie przyjaciół, które się odbyło w miejscowości Pątnów na zrzucie ciepłej wody przeszło do historii. Muszę powiedzieć, że spotkanie towarzysko, rybnie i pogodowo wypadło jak najbardziej pozytywnie.
Rozpoczęcie imprezy odbyło się od czwartku, ale siedząc w domu i mając już wolne wykonałem telefon do Radka i z zapytaniem, czy jedziemy już dziś (środa) przez słuchawkę usłyszałem stanowcze TAK. Auto spakowałem bardzo szybki i wyruszyłem w kierunku kanałów.
Jak to już bywa, tak i tym razem procedura nie zmieniła się ani w najmniejszym szczególe ;) Przed rozbiciem całego majdanu po kilka piwek na rozgrzewkę. Ten dzień przeznaczyliśmy na integrację, więc najistotniejsze było rozbicie namiotu i włożenie łóżka.



Nie wiedząc kiedy, obudził mnie przejeżdżający pociąg za namiotem. Spojrzałem na telefon, a tam 3 rano. Wrzuciłem słoik na kuchenkę, by poczuć się lepiej i zasilić pusty żołądek czymś gęstszym. Po kilku chwilach dzwoni telefon. Spoglądam na wyświetlacz, a tak wyświetla się napis Kasza.
- co tam Arek – zapytałem
- słuchaj, nie mogę zasnąć. Wsiadam za chwilę w auto i wbijam na autostradę, za 1,5 godziny jestem u Ciebie – słowa Arka
Widać że podniecenia Arka nie było małe, bo czasowo przybycie z Poznania do Pątnowa, to Kubica mógłby pozazdrościć.
Za jakiś czas telefon z centrum Łodzi. Ania oznajmia, że wyjeżdża i prosi o współrzędne, gdyż jedzie tu po raz pierwszy. Podziwiam ją za to, że chciała tu przyjechać i spróbować swoich sił na tej wodzie, a dla tych co nie wiedzą co to za woda niech zapytają starych wyjadaczy ile to już razy pod rząd zjeździli z kanałów o suchym kiju. Tym bardziej szacunek , gdyż to Ani początek z commonnami ;) i chce uczyć się tego na takiej wodzie.
Jeszcze tylko przybycie kilku osób i możemy zaczynać. Jak się okazało Bartek musiał pozostać w pracy i dopiero zacznie od piątku. Przypadek Błażeja również jest podobny i tym sposobem mają jeden dzień wrażej mniej.
Kiedy wszystko poskładałem w całość tj. uzbroiłem kije, przygotowałem papu wsiadłem na ponton, by popłynąć zanęcić wybrane miejsce.



Temperatura wody na powierzchni wskazywała 24 stopnie i jak na te porę roku , to standard. Oczywiście zmienia się ona w porami roku, ale to już temat na osobny artykuł.
Wybrałem przeciwległy brzeg, który jest stara częścią kanału i to właśnie tam ciągnie się rów o głębokości około 4 metrów przez całą długość. Nęcenie w tym miejscu nie należy do prostej i precyzyjnej roboty. Woda tu ma znaczny uciąg dlatego kulki rozsypuję w pasie rowu ścieżkę. Jak już wspominałem w tym miejscu woda płynie najszybciej, dlatego przygotowanie kulek też powinno być przemyślane.



Jeśli już poruszyłem ten temat, to warto wspomnieć o innych mieszkańcach kanału, a mianowicie rakach. Strasznie degustują w kulkach i z kulki 20 mm po trzech godzinach robi się mikro kulka. Dlatego też na 10 jajek, do miksu dodaję 30 gram albuminy, która sprawia, że kulki robią się zdecydowanie twardsze, a raki wówczas mają więcej roboty.
Jak to w pierwszym dniu na takim spotkaniu, a w szczególności z takimi ludźmi nie mogło zabraknąć degustacji……….i co ? pewnie pomyśleliście, że alkoholu? Hmmmm – miałaś (eś) rację ;) Przesiedzieliśmy przy moim namiocie (było to centrum biesiadne) do godziny 3 rano.
Nie pospałem za długo, bo punktualnie o 5 mam wyjazd. Jaka to radość usłyszeć na kanale sygnalizator, jeszcze po czteromiesięcznej przerwie w łowieniu. Kiedy złapałem za kij nogi aż się ugięły. Czułem jak ryba pięknie bije i tylko prosiłem w myślach, by nie przecięła przyponu o muszle. Po kilku minutach czuję, że strzałówka o coś trze. Mina na twarzy z wielce rozradowanej zaczęła przygasać z obawy, że może być po rybie. Wskoczyłem na ponton i popłynąłem wyczepić rybę z zaczepu. Kiedy zbliżałem się do tego miejsca, czułem że ryba cały czas jest po drugiej stronie. Podpłynąłem do pieńka i zacząłem go opływać dookoła. Fartownie ryba wyszła z zaczepu i zaczęła od początku dawać mi pełne zadowolenie z holu. Kiedy ja podebrałem uświadomiłem sobie, że straciłem kompletnie orientację gdzie jestem. Mgła i para wodna zrobiły takie mleko, że zanim obrałem odpowiedni azymut minęło 15 min. Położyłem rybę na macie, a radość sięgała szczytów. Piękny pełno łuski sprawił, że poczułem się wyjątkowo, a banan z twarzy nie schodził przez kolejne kilka minut.
Od tej pory już nie kładłem się do łóżka, mimo że jeszcze ciemno było jak w środku nocy. Na cześć rybce otworzyłem kapsla i zwilżyłem suche gardło.
Kiedy inni rano dowiedzieli się, że mam rybę w worku, aż nie dowierzali. W sumie to sam nie dowierzałem, więc co się dziwić innym ;)





Poranek tego dnia był dla wszystkich bardzo krótki prócz mnie. Wszyscy zmęczeni nocnymi występami karaoke ;) przedłużyli noc o kilka godzin i wstali przed południem, a ja chodziłem od namiotu do namiotu i namawiałem by wstali – w końcu od 5 nie śpię.
Jak na te porę słoneczko rozpieszczało nas ciepłymi promieniami, więc grillowanie było jak najbardziej na miejscu. Przy grillu nasz masterchef Kaszyk, który tak kiełbaski przygotował, że Sz.P. Gessler mogłaby się uczyć ;)



Tak siedząc przy moim biesiadnym stanowisku, szarówka zmusiła nas do przerzucenia zestawów na noc. Nie trzeba było długo czekać na efekty, bo po tym jak Magda wywiozła zestaw modelem po około godzinie jest strzał. Po emocjonującym holu, a był to hol wyjątkowy(pierwszy w życiu Magdy) poradziła sobie z dociągnięciem karpia do brzegu. Szczęście jej nie opuszczało, bo w chwili umieszczenie przez Arka karpia w podbieraku, haczyk wypiął się w wargi ryby. Na pierwszy rzut oka ryby były do siebie podobne, porównując tą moją z poranka. Podobne w sensie pełnołuskie, bo wagowo widać było, że ryba Magdy jest większa. Wszyscy jej pogratulowaliśmy, a sama Magda chyba nie wiedziała do końca co zrobiła. Przyjeżdżając po raz pierwszy i łowiąc commonna postawiła wszystkim wysoko poprzeczkę.
Cieszyliśmy się, że rybki chcą z nami współpracować, bo nie często się to tu zdarza.
Kiedy tak tego samego wieczoru dyskutowaliśmy, nagle mój swinger zjechał w dół – amur lub leszcz pomyślałem. Po nawinięciu około 10 metrów na szpulę, nie czułem nic po drugiej stronie. Stwierdziłem , że było to pudło lecz po chili kij pokazał, że się myliłem. I tak sposobem tym moje konto zasila kolejny pełno łuski.
Z samego rana krótka sesja zdjęciowa i commony płyną do swojej ostoi.





Jak to na zasiadce czas płynie nienaturalnie szybko. Z czterech dni wspólnych zmagań pozostały tylko dwie doby. Wieczorem dojeżdża Bartek i Błażej, by spróbować swoich sił na ciepłej wodzie.
Radek jako runner naszej drużyny, uczył Magdę wiązać przypony. Mieliśmy niezłe darcie, bo jak to Radek skwitował, Magda zrobiła taki włos, że świniaka by można było na nim zawiesić ;)
Cóż….;) początki zawsze są ciężkie i samemu trudno się kształcić, więc przewodnik jak najbardziej potrzebny, a Radek tego żywym przykładem.



Częste przerzucanie zestawów, to niestety konieczność na kanale, a zaczepy podwodne jak widać dają się Ani we znaki. Próbuje co może z zahaczonym hakiem, ale niestety nie jest w stanie nic zrobić jak płynąć pontonem po swój zestaw. Okazało się, że był to pręt stalowy o długości pół metra….uroki tej wody.



Dobrze mieć ze sobą kobiety nad wodą, które dbają o żołądki. Pyszne spaghetti, które przygotowała Ania wszyscy zajadaliśmy z wielkim apetytem, w szczególności Radek, dla którego był to pierwszy posiłek tej zasiadki ;)




Kiedy tak do wieczora siedzieliśmy przy namiocie biesiadnym, mój swinger zjeżdża gwałtownie w dół. Łapię za kija i przycinam spodziewając się po drugiej stronie amura. Po chwili żyłka się napina, a ja puszczam hamulec. Wsiadłem z Arkiem na ponton i płyniemy w stronę ryby. Niestety…tym razem hol zakończony pechem.



Nikt się nie spodziewał, że w ostatnia noc ryby zagwarantują tyle emocji. Może nie do końca same ryby, a Radka dziewczyna. Po wywiezieniu zestawu zapomniała o wyregulowaniu hamulca w efekcie czego słyszałem tylko dwa razy pipi i chlup. Skypod wraz z kijami znalazł się w wodzie. Pech nabierał tempa, bo okazało się że po jednym kiju ani widu, a ni słychu. Zwinąłem szybko jeden z zestawów i zacząłem rzucać w kierunku w którym ryba mogła porwać wędkę. Kiedy tak rzucałem bez efektu, biedny Radziu siedział na brzegu i mówił „tysiak w plecy” ;) Po kilkunastu rzutach czuje opór. Takiego farta się sam nie spodziewałem. I to nie z racji zaczepionej wędki, a sposobie zahaczenia. Haczykiem trafiłem za szczytową przelotkę, co zdarzyć się mogło jak szóstka w lotto.
Historia wyżej wymieniona nie ma jeszcze swojego końca, bo na kiju cały czas siedzi ryba. Wsiadłem na ponton z Bartkiem i przypłynęliśmy do brzegu z kolejnym pełnołuskim.
Można powiedzieć, że wyrównaliśmy rachunki z Radkiem, bo dwa lata temu miałem ten sam przypadek, tylko wtedy to Radzio ratował mój kij – z rybą rzecz jasna ;)
Podsumowując spotkanie uznaję je za bardzo udane. Może nie każdemu ryba dopisała, lecz nie o to chodziło w tym spotkaniu. Tak jak mówię zawsze – kanały mega wybredne, albo się je pokocha, albo znienawidzi.

Pierwsze spotkanie przeszło do historii, a tym którzy deklarowali przyjazd, lecz się nie udało szczerzę współczuję. Ominęło Was Mega przez wielki M spotkanie. Z tymi co byłem dziękuję za to kim jesteście. To dzięki Wam wracam do domu po tych kilku dniach bogatszy o niezapomniane wspomnienia. Dziękuję Wam za przybycie, bo bez Was ta impreza by się nie odbyła. Dziękujemy za odwiedziny, które mieliśmy podczas zasiadki i ofiarowane prezenty % - nawet Rafik nie masz pojęcia jaką sprawiłeś radość Radkowi jak zauważył w namiocie te krowę która przywiozłeś ;)

Z tego miejsca gwarantuję, że włożę wszelkich starań, by takie spotkania były regularne. Kiedy spotkamy się tu po raz kolejny, chciałbym by było towarzysko tak samo, bo łączy nas jedna wspaniała pasja gdzie zdania które widnieje na mojej bluzie jest jak najbardziej do tego adekwatne : Jedna miłość , jeden cel, wiele wspomnień.




Dziękuję Wam Kochani. Dominik Śrubas





Szybki Kontakt
Reklama
Reklama