Kilka słów o ubiegłym sezonie - Artur Jagła
Witam brać karpiową. Może to moja próżność a może chęć podzielenia się moim hobby skłoniła mnie do napisania tych poniższych paru zdań, które w krótki sposób podsumują mój, jak myślę dość udany sezon 2013. Na początek może parę zdań o mnie, jestem osobnikiem, który każdą wolną chwilę chce spędzać na wodą, pewnie jak nie jeden z Was. Jestem wędkarzem łowiącym karpie, nie mylić ze specjalistą czy innym pokrewnym określeniem. Moim jak się później przekonacie ulubionym zbiornikiem jest zalew Rybnicki potocznie nazywany Elektrownią bądź dla wtajemniczonych ER.



Osobiście u mnie sezon trwa cały rok, ciepła woda w zbiorniku nawet w mroźną zimę mi to poprostu ułatwia. Z utęsknieniem czekam na miesiące późno jesienne i zimowe, to jest mój czas, to lubię. Biały i mroźny klimat na brzegu, utrudniająca życie para nad lustrem wody dodaje tajemniczości tej wodzie i dużo uroku.



Pierwsza zasiadka 2013 roku zaplanowana na 7-10 luty. Mróz jak cholera, ale cóż to jest silniejsze
odemnie ... Na zasiadkę umówiłem się z moimi dwoma kompanami Kronem i Andrzejem.
Już w środę wieczorem jesteśmy na brzegu, żeby rozbić obozowisko i poprostu zająć miejsca, w zimę nasz prawie 500 hektarowy zbiornik robi się naprawdę ciasny. Łowi się na niedługiej lini brzegowej i trzeba się wykazać sporym zaangażowaniem i determinacją żeby wygodnie łowić ...
Następnego dnia rano, jak wiemy regulamin zbiornika nie pozwala łowić w nocy, wywozimy zestawy. Zaczynają się rozmowy przy napojach trochę rozgrzewających o rybach, zestawach i wszystkim co dla Nas ważne. Ryby na całym brzegu nie chciały współpracować, pojedyńcze piknięcia na 12 godzin zestawów w wodzie nie rokowały na dużo pracy na tej zasiadce. W końcu nadchodzi jak narazie dla mnie najważniejszy piątek w moim życiu karpiowym. Jest, jak dobrze pamiętam około godziny 18.00, oczywiście już ciemność nastała na dworze. Siedzimy w namiocie i dalej rozmawiamy o rybach, planach itp. Jako że sporo w namiocie już przesiedzianych godzin, moje kości usilnie już mnie informowały o chęci wyprostowania się. Gdy tylko o tym pomyślałem usłyszałem pojedyńcze pik u mojego przyjaciela Krona, to mnie zmobilizowało aby wyjść na zewnątrz i posprawdzać nasz sprzęt. Poświeciłem latarką na wędki Krona, a potem udałem się do moich. Patrząc na moje kołowrotki delikatnie się uśmiechnęłem do siebie, na szpulach zostało po parę zwoi żyłek, dość daleko wywiezione ale ryby trzeba szukać jak nic się nie dzieje. Odwróciłem się od wędek i może zrobiłem dwa kroki gdy usłyszałem na moim sygnalizatorze pojedyńcze pik. Stanąłem jak wryty, powoli się odwróciłem jakbym nie chciał spłoszyć następnej chwili i widzę swinger przyklejony do kija.



Mija może 5 sekund a sygnalizator wyje już na cały swój zmiarznięty głośniczek. Jakie to szczęście że byłem tak blisko wędki, przy takim odjeździe nie zdążyłbym z namiotu dobiec, żyłka by się skończyła. Zacinam i czuję że ryba jest na drugim końcu, coś ciężkiego ale bardzo spokojnego. Zaczyna się pompowanie z prawie 400 metrów. Kij wygięty prawie do dolnika, żadnych odjazdów, żadnego myszkowania po bokach, spokojnie, choć z trzeszczącym wędziskiem, powolutku do brzegu. W między czasie dołączają do mnie kompani, zaalarmowani moim dzikim krzykiem (pierwsza ryba sezonu). Hol dalej przebiegał spokojnie, choć gdy mój, jeszcze przeciwnik wyczuł brzegową mieliznę zaczął trochę walczyć. Parę razy odjechał od brzegu i dał mi posłuchać tego cudownego dzwięku terkotki w kołowrotku. Dobrze wyregulowany hamulec jednak umożliwił mi udany hol i ryba ląduje wreszcie w podbieraku. Już widzę, że nie jest mała, choć stoję od niej jakieś trzy metry. Odkładam wędkę i wchodzę do wody aby przejąć podbierak. W między czasie zostaje doniesiona mata i worek do ważenia. Jak się ucieszyłem jak zobaczyłem że to pełnołuski, a jeszcze bardzie moje serce z radości załomotało jak próbowałem go podnieść, a było co ... W głowie tylko jedna myśl – Ma więcej niż 20kg ??

Na brzegu już tłok, sąsiedzi przyszli pooglądać moją zdobycz. Z drgającym sercem zapinam worek do ważenia o wagę i podnoszę moje trofeum. Jest, jest, jest ... Mam go, tego upragnionego, waga wskazywała 24,7kg, co po odjęciu 1,2kg na worek dało 23,5kg mojego szczęścia. Pierwsza ryba 2013 roku i zaraz +20kg, zresztą moja pierwsza i jak narazie jedyna tzw. dwudziestka.



Gratulacji nie ma końca, zresztą mojego szczęścia też nie było widać końca. Po wypuszczeniu już mojego przyjaciela sięgam do torby i częstuję moich kompanów cygarami zwycięstwa, które woziłem ze sobą właśnie na tą okoliczność, +20kg. Do końca zasiadki już byłem bez brania, ale jakież to miało znaczenie, żadne. Nie potrzebowałem już nic, miałem to po co tu przyjechałem i starczy.

Następną zasiadkę, zresztą jak się domyślacie zaplanowałem szybciutko ... Mając jeszcze w głowie te moje chwile, siedzę z powrotem nad wodą, a mija dopiero 9 dni od ostatniej mojej wizyty na brzegu. Tym razem krócej, od piątku do niedzieli. Nawet nie brałem namiotu, jadę sam i tylko dwie nocki to prześpię się w samochodzie. Piątek i sobota na zero, choć endorfiny z zeszłej zasiadki jeszcze działają to trochę dopada mnie smutek, nie ma ryby. Niedziela rano, wywożę bez przekonania, ale jak jestem tu to wywiozę, tym bardziej, że do domu dopiero na obiad to trochę czasu jest. Zdrzemnąłem się na siedząco jak to w samochodzie, Dochodzi 6.00 rano i z mojej drzemki wyrywa mnie ryk centralki uwieszonej na lusterku wstecznym. Mam branie, wyskakuję z samochodu i zacinam, siedzi. Podobna sytuacja jak parę dni wcześniej, choć może na siłę doszukuję się podobieńst ale jest ciężko i spokojnie. Parę minut później mam mojego klocka w podbieraku, Grzegorz zawodowo go podebrał i zaraz krzyknął że będzie co ważyć. Po zważeniu i odjęciu tegoż samego worka, waga 21kg golec.




Wprost nie mogę w to uwierzyć, druga zasiadka, druga ryba i druga +20kg ... Tego dnia jeszcze około 10.00 doczekałem się brania, lecz ryba wygrała .. Po paru "pompach" zeszła z haka ... No cóż raz na wozie raz pod wozem.

Jak już wspominałem że wolę łowić w zimne pory roku to wraz z nastaniem wiosny trochę wychamowałem z zasiadkami. Jeździłem co prawda po śląskich żwirkach, czy po komercjach – Koblov, Gosławice, ale dużych ryb się nie doczekałem ... Połowione i to sporo ale te sportowe od
8kg do 14kg. Na żwirce w sierpniu 16,20kg, ale tych wymazonych z dwójką z przodu nie było.




No i wreszcie znowu jesień, i zima na horyzoncie. Żyłki pozmieniane, sprzet uzupełniony i jazda na wodę. Na te trzy miesiące, październik, listopad i grudzień zaplanowałem sobie trzy zasiadki, po jednej czterodniowej na miesiąc.
Pierwsza w okolicach 19 paździenika, bardzo ale to bardzo udana. Na te faktycznie trzy dni łowienia, pierwszy dzień to prawie się nigdy nie liczy, za dużo integracji, łowię 6 ryb. Cztery od 11kg-13kg i te dwie największe golec16kg i przepiekny pełnołuski 19kg. Chyba najładniejszy sazan jakiego złowiłem, długi i praktycznie bez żadnej skazy.




Druga to początek listopada, znicze zapaliłem nad brzegiem w hołdzie uśmierconych karpii ;) .
Na tej drugie zasiadce łowię trzy ryby, dwie - 10kg i 13kg, no i największa 16kg ... Coś nie potrafię wytarmosić znów tej +20kg ale cóż, cieszę się z tego co mam bo to i tak mówiąc nieskromnie dobre wyniki patrząc na resztę brzegu.




Trzecia to już grudzień, krótko przed wigilią .... Koledzy się śmieją że jadę po karpia a nie na karpie .... Kończe swój myślę udany 2013 rok ostatnią rybą sezonu 16kg. choć to nie było ostatnie branie ...



Drugie branie na ostatniej zasiadce 2013 roku kończy się zwycięstwem przeciwnika. Niestety a może stety, spina się ale odpływając w tą 500 hektarową toń daje mi nadzięję na kolejne spotkanie w 2014 roku.



Pozdrawiam Artur Jagła

ps. Resztę tych sportowych można obejrzeć na FB ;)




Szybki Kontakt
Reklama
Reklama