Trzy tygodnie oczekiwań
W tym roku polowania na miśki rozpocząłem dosyć późno, biorąc pod uwagę doniesienia i informacje z sieci, gdyż dopiero w połowie kwietnia. Do tego czasu bracia po kiju z kraju łowili już gdzie nie gdzie karpie. Dla mnie zasiadki zaczęły się w połowie kwietnia, i nie były to jakieś konkretne wypady. Ot z wiosny kilkugodzinne sesje popołudniowe ze sporadycznymi nocnymi zasiadkami. Próbowałem delikatnie i punktowo poszukać ryb, wybadać co w wodzie piszczy, siedząc i szukając znaków na wodzie i „niebie”. Jednak nie dane mi było z początku się nacieszyć holem. Pogoda zmienna, przymrozki z rana, wahania temperatur i ciśnienia nie dawały jakby dobrych wizji na branie. Jednak nie poddawałem się i meldowałem się nad wodą dosyć często.






Tak połowa kwietnia minęła na niczym. Żadnych efektów. Ale nadszedł maj. Maj tak oczekiwany gdyż zawsze z początkiem tego miesiąca w innych latach zaczynałem sezon i to z powodzeniem. A w tym roku byłem już że tak powiem rozkręcony choć duch słabł z kolejnymi brakami wyników. Postanowiłem dokładnie poszukać miejsc z pontonu, obstukać dno, gdyż do tej pory łowiłem i nęciłem klasycznie, kobrą i procą. Czas więc było wytoczyć sprzęt większego kalibru i szukać ryb dalej pod przeciwległymi brzegami. Po kilku pływalniach, znalazłszy miejsce pod trzcinkami z twardym dnem pełnym muszli małż i racicznicy, postanowiłem zanęcić trochę szczodrzej.







Kukurydza poszła w ruch. Specjalnie nie dodawałem nic innego gdyż chciałem na początek wybadać czy w ogóle cokolwiek weźmie. Ryby znają bardzo dobrze ziarna więc uważałem je za najlepszy sposób na wybadanie wody. Liczyłem choćby na leszcza. Po prawie trzech tygodniach od startu nie usłyszałem nawet jednego pika więc zależało mi choćby na jednej rybce. Tak aby naładować baterie. I o dziwo naładowałem je pierwszej nocy w nowym miejscu łowienia. A żeby było tego mało, podwójna radość. To na co czekałem trzy tygodnie pojawiło się nieoczekiwanie po pierwszym grubszym nęceniu, gdyż do wody, dodam że z marszu, poleciało około 10 kg kukurydzy i na to dwa zestawy.





Był to pamiętny dla mnie teraz dzień 15 maja. Zdecydowałem się wcześniej siadać tylko w nocy. Od zmierzchu do świtu i do domu. Wcześniejsze zasiadki całodobowe wszak nie przyniosły rezultatów. Tak więc owego pięknego dnia wywózka około godziny 20 z pierwszym nęceniem i czekam.





Jaki byłem w szoku gdy już półtorej godziny później, siedząc jeszcze przed wędkami usłyszałem „pip”. Hanger delikatnie w dół, raz, potem drugi, i niżej. Chwila przerwy. Myślę już po wszystkim, jakieś przypadkowe zaczepienie. Ale po kilku sekundach hanger powoli skokami w górę, pip, pip pip… Zacinam i czuję nieduży opór. Ryba poddaje się mojemu pompowaniu. Kilka minut i już wiem dlaczego. Amur. Pokazał się raz jakieś 5 metrów od brzegu i odjazd. Tak kilka razy. Cieszyłem się jak dziecko. Mimo że chciałem go jak najszybciej mieć na macie, to jednak byłem uradowany móc wypróbować nowe wędki i kołowrotki. Ryba nieduża jak później się okazało walczyła naprawdę zadziornie. Waga po późniejszym podebraniu wskazał 4 kg.



Gdy już ochłonąłem, szybkie wypłynięcie, i zestaw wodzie. Myślę w końcu się udało. W końcu coś się ruszyło. Ale to nie był koniec. Na drugim kiju, na zestawie położonym na obrzeżach nęconego miejsca około godziny 22:50 odzywa się sygnalizator. Najciekawsze że identyczne branie jak wcześniej. Znów amur? Może być myślę. Zacinam i… ryba idzie w lewo i bije pięknie. Na pewno nie amur. Byłem pewny że karp. I dodatkowo pełen obaw. Ryba odeszła za trzciny i zaparkowała tam. Jakieś 30 metrów ode mnie. Szybki skok na ponton i na wodę. Liczyłem tylko żeby nie było spięcia. Żeby tylko tam jeszcze był. I był na szczęście. Spędziłem uganiając się za rybą w trzcinowisku jakieś 10 minut gdy udało mi się wprowadzić rybę do podbieraka. Piękny pełnołuski karp. Byłem szczęśliwy jak nigdy. Drugi w moim życiu z dzikiej wody. Wyglądał mi na oko na 7 kg. Ale to nie ważne. Ważne że jest. Po mozolnym powrocie do miejsca zasiadki ryba na matę. Wtedy wydawał mi się większy. Taka 10. Po ważeniu ryba miała 9 kg. Największy dziki karp jakiego złowiłem. Liczyłem na to że przeskoczę w końcu te magiczne 10 kg ale widocznie moja woda wystawia mnie dalej na próbę. Dalej muszę walczyć. Na komercyjnych wodach były już ładne karpie ale zależało mi na przeskoczeniu mojej bariery.







Nocka minęła dalej bez brania. Następna doba w pracy. Po niej znów nocka.





Podobny schemat. I tylko jedno branie. Ale za to jakie. Wściekły i szybki odjazd na prawym kiju około północy. Zacięcie i pompka do brzegu. Schemat się powtórzył jak przy pierwszej rybie z przed 48 godzin. Amur, Tm razem o wiele większy, dziko jeździł na wodę, to w lewo i prawo. I tak przez jakieś 10 minut zanim trafił do podbieraka. I jak się okazał piękne 11 kg.




Byłem niesamowicie zadowolony. Dwie noce po zmianie taktyki. Trzy ryby z czego jeden bijący własny rekord. Przy wydawało by się kiepskiej pogodzie. Gdyż nie nadmieniłem że aura była niesprzyjająca. Niskie temperatury, wzrosty ciśnienia i szybkie spadki, przelotne deszcze i silny wiatr. Do tego pełnia. Ale to dało mi jednak pewnego pozytywnego kopa. Wytrwałość mimo przeciwności przyniosła efekt o jakim nawet nie myślałem. Liczyłem choćby na leszcza, a połowiłem piękne ryby. Teraz zasiadki dają różne efekty ale to na inny artykuł już zostawiam gdyż jest to mój pierwszy na tym portalu. Wszystkim życzę wytrwałości mimo niesprzyjającej aury. Mnie się udało to i innym także. Gorąco pozdrawiam i łamcie wędki.. na rybach.




Wojciech „Firecarp” Jagiełło

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama