Catch Report - Adrian Zgórski


Po ponad dwutygodniowym poświęceniu się przydomowej wodzie nadszedł czas na mój zagraniczny wypad. Kierunek obrany ten sam co w zeszłym roku. Piękna, głęboka czeska żwirownia, która urzekła mnie swoim urokiem i zjawiskowymi łuskaczami pływającymi w jej głębinach. Co jakiś czas docierały do mnie informacje o niezłych połowach. Ryby osiągają piękne przyrosty i z roku na rok są coraz większe. Karpi jestem tam naprawdę wiele, ale oprócz nich chodzi o coś jeszcze… zasiąść w fotelu z butelką dobrego czeskiego piwa i podziwiać piękne widoki. Wyobraź sobie spławy kabanów połączone z pięknymi zielonymi szczytami. To właśnie odpowiedz na to dlaczego prawdopodobnie ta woda nie zniknie z mojego karpiowego kalendarza na dobre kilka lat.




Zamierzaliśmy spędzić na wodą 4 doby, jednak tydzień przed wypadem padła decyzja, że pojedziemy dzień wcześniej. W niedzielę zakończyłem kilkudniową zasiadkę nad moim lokalnym zbiornikiem, miałem praktycznie spokojną dobę na przepakowanie się i przygotowanie pod zupełnie inne łowienie. Krótki reset umysłu i oczyszczenie go, by spojrzeć na kolejny zbiornik nowym okiem. Jak to już kiedyś ktoś napisał nie ma takich samych wód, a spojrzenie na każdy w inny sposób daje nam bardzo dużo. Towar wyrolowałem kilka dni wcześniej, było tego dość sporo bo niemal 40 kg samych kulek. Wolałem być zabezpieczony na wypadek gdyby karpie były tak wygłodniałe jak przed rokiem. W tym miejscu zaczęły się pierwsze schody związane z tym wypadem. W przeddzień wyjazdu zostawiłem uchylony garaż z suszącymi się kulkami. Pech chciał, że w nocy przechodziła ulewa, która zacinała idealnie do wnętrza mojego garażu. Wchodzę rano z kubkiem kawy by spakować towar, a tu połowa rozmoczona. Świetnie, pracują nawet na lądzie…. Szybki telefon do Prezesa czy jest w stanie mi pomóc. Bez wahania odpowiada, że mam przyjeżdżać do siedziby i coś poradzimy. Przed samym wyjazdem obieram kierunek Wągrowiec i odbieram 20 kg świeżego testowego towaru….nooo to już wszystko. Trasa do naszych południowych sąsiadów przebiega z małymi problemami. Wypadek na autostradzie, który udaje się ominąć ale ze sporą utratą czasu.



Na łowisku meldujemy się trochę po godzinie 20 i od razu bierzemy się za przysłowiową robotę. Stanowisko mamy po części trochę inne niż w zeszłym roku. Na pontonie spędzamy naprawdę sporo czasu, wszystko po to by później nie mieć żadnych wątpliwości. Wymęczeni około godziny 2 kładziemy się spać. Rano naszym budzikiem staje się nasz trzeci kompan zasiadki, wraz z czwartym, siedmioletnim, moim imiennikiem . Nocka bez brania nie była dla mnie niczym dziwnym. Spora ilość towaru wpadła na otwarcie i tłumaczyłem sobie to jako kwestie czasu. W południe delikatne branie u Michała i na macie ląduje piękny ponad 18 kg łuskacz, który koniec końców okazał się największą rybą wypadu. Po takim rozpoczęciu każdy spodziewałbym się coraz to lepszych efektów. Myśleliśmy tak samo, ale jak zwykle wszystko zostało zweryfikowane. Karpie całkowicie przestały żerować. Po obserwacji można było stwierdzić, że ich aktywność jest znikoma. Tak to już jest z tymi głębokimi wodami. Wahania ciśnień i zmiany pogodowe to główne czynniki, które powodują, że często z takich wód zjeżdżamy o blanku. Często regulowanie ciśnień w pęcherzu pławnym zajmuje kilka dób.



Brak brań nie dawał mi spokoju. Postanowiłem poszukać ryb i skusić je do brania. W ruch poszły delikatne zestawy, a na włos powędrowały bałwanki złożone z małych kulek i pojedyncze jaskrawe pop-up. W takie dni kolor może pełnić swojego rodzaju intrygę dla karpia i sprowokować go do pobrania przynęty. Te posunięcia pięknie pokazały jak diametralnie może zmienić sięnasz punkt widzenia na daną wodę. Jechałem tam z myślą łowienia tam tak jak w zeszłym sezonie. Duże kulki do 28 mm podbite 20mm popkiem. Warto być gotowym na każdą ewentualność i nie poddawać się jednemu utartemu schematowi. Tak właśnie zaczęły się pierwsze brania. Choć nie były to duże ryby, to byłem z nich bardzo zadowolony. Kilka dób bez brania czasami też ma swoje dobre strony.






Z czasem ryby dawały o sobie coraz bardziej znać. Piękną serią brań mógł się nacieszyć nasz kolega Dominik. W ostatnią dobę mam branie ze spadu, z którego łowiłem ryby w zeszłym roku. Na macie ląduje 10kg złotego łuskacza. Decyzja mogła być jedna. Przygotowuje towar i zasypuje spad. Ryby zdecydowanie tu są, więc trzeba to wykorzystać. Do wody leci ponad 6 kg towaru. Trzy kije ląduja na brzegu, szybkiej uzbrajanie w siateczki pva, drobne przynęty i do wody. Zasypałem cały spad, a zestawy wylądowały na 6 , 7 i 9 metrach. Pomyślałem, że skoro tam są to któraś głębokość im będzie odpowiadać. Okazało się, że każda im odpowiadała. W przeciągu kilku godzina zapunktowałem kilkoma pięknymi karpiami, których waga w końcu przekroczyła 17 kg.





Popołudniową serię brań zakończyło branie jesiotra. Wiedziałem czym to śmierdzi… karpie już się tam raczej nie pojawią. Tak właśnie było, nocka minęła spokojnie i czas obrać kierunek dom. Patrząc na wyniki z poprzedniego sezonu na tej wodzie mógłbym być niezadowolony. Sądzę jednak, że nie powinno się tak na to patrzeć. Zrobiłem tyle ile mogłem i wykorzystałem tyle ile mi dała ta przepiękna żwirownia. Za rok wracam to znowu…. Łuskacze rośnijcie zdrowo !



Adrian Zgórski - ACT


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama