LAC DU DER


Chciałbym wam, choć w skrócie przedstawić moją przygodę z tym zbiornikiem, przeogromną wodą, która kryje w swoich odmętach jeszcze nie jedną nieodkrytą tajemnicę.
Zeszył rok pokazał nam, że karpie powyżej 40kg to dla tej wody nie jest żadne ograniczenie,a jej wielkość i żyzność pozwala naszym ulubieńcom na dorastanie do ogromnych rozmiarów, zaskakując nawet
największych sceptyków.

Ja trafiam nad tą wodę dzięki rozmowie z Krzysztofem Charmuszko, który jako pierwszy organizuje od polskiej strony zapisy na międzynarodowe zawody World Carp Masters.




Jakoś się tak składa w moim życiu karpiowym, że często właśnie Krzysiek jest początkiem wielu ekscytujących jego etapów. Dzięki Krzysiu.
Dla mnie tak duże zawody nigdy nie miały odzwierciedlenia do mojego podejścia do łowienia karpi.
Choć uczestniczyłem w zawodach to raczej bardziej regionalnych i typowo towarzyskich, spotkań kolegów porozrzucanych po całym europejskim kontynencie.

I tak do czasu pierwszego wyjazdu na WCM traktowałem zawody.
W tym roku była to już trzecia edycja tych zawodów, uczestniczyłem we wszystkich. Zbierałem doświadczenie, które w bardzo pomogło osiągnąć sukces, ale zacznę od początku.






Jak na takie zawody się przygotować co zabrać ze sobą ,jak
dostosować taktykę do warunków tego zbiornika.

To i dla mnie było nowe doświadczenie i ogromne wyzwanie . Uwielbiam wyzwania, a wyzwania związane z naszą pasją wydaje mi się najlepiej pozwalają na nasz rozwój i podnoszenie poprzeczki naszych umiejętności. To był główny bodziec uczestnictwa w tych zawodach, chęć swojego rozwoju i sprawdzenia się w nowych całkiem odmiennych okolicznościach. Pierwszy wyjazd pełen nowych doświadczeń i ekscytacji. Pierwszy kontakt z ludźmi, którzy łowią karpie w wielu krajach na
świecie. Bezpośredni z nimi kontakt ,tego nie można porównać do niczego innego. Nigdzie indziej nie jesteśmy w stanie ramięw ramię walczyć i nabierać doświadczenia pomiędzy gronem światowych karpiarzy.

Jesteśmy dużo wcześniej żeby poczuć atmosferę zobaczyć wodę. Właściwie dla mnie dla nas mojego teamu wszystko jest nowe ,choć miałem już kontakt z dużymi wodami to nigdy w czasie zawodów.

Masa ludzi z całego świata trochę na początku przytłacza, ale z czasem jesteśmy jedną wielką rodziną, co mnie też trochę zaskakuje. Wszyscy mamy ogromną pasje która nas wszystkich tu przywiodła.
Nawet tak dla nas abstrakcyjne kraje jak z USA czy z Południowej Afryki. W pierwszym roku tak nas pochłania integracja, że omija nas kilka dodatkowych atrakcji ,jak rzucanie na odległość, trafianie do tarczy kobrą czy zawody o najsilniejszego wśród karpiarzy.

Omijamy to w pierwszym roku, ale w kolejnych pokazujemy, że nie tylko w łowieniu liczymy się na takich imprezach. Po drugiej edycji czuje duży niedosyt w konkurencjach siłowych i
obiecałem sobie, że w kolejnym roku wygram te zawody.

Omyłkowo nawet zostałem pominięty na liście startowej tych zawodów i
wtedy tak trochę sarkastycznie podpisałem na fb zdjęcie, że jak wygram w kolejnych to już nie da się mnie pominąć.



Jak zapowiedziałem uczyniłem nie pozostawiając złudzeń innym
startującym choć było ich wyjątkowo dużo.

Konkurencje to przeciąganie pontonu po trawie, wyławianie z basenu dwóch spombów , bieg na czas sprawnościowy ,trzymanie na wyciągniętych rekach podłogi z pontonu i tu nie dałem szans trzymając
przeszło 22 minuty gdzie drugi wynik był 16.

Mam swój pierwszy mały sukces. W takich imprezach dzień losowania to najbardziej gorący dzień na
takich zawodach. Napięcie sięga zenitu, losowanie ma dwa etapy pierwszy przy rejestracji, tam losujemy kolejność w jakiej będziemy podchodzić do losowania głównego. Losowanie główne jest tylko jedno i odchodzimy z tym co za pierwszym razem mamy w ręku. Jak we wszystkich zawodach mamy swoje typy, choć jest to pierwsza edycja i wiele stanowisk to jedna wielka niewiadoma, bo wytyczone są poza obszarem ogólnodostępnym, gdzie nie ma stanowisk do całorocznego łowienia.




Dlatego przy tym pierwszym losowaniu nie mieliśmy złych stanowisk,każde mogło przynieść mistrzostwo.
W kolejnych edycjach już tworzy nam się siatka stanowisk lepszych i tych, które lepiej omijać z daleka.
W trzeciej edycja zmienia się zasada podliczania wagi ryb, mają się liczyć tylko trzy największe ryby.
Wszyscy, którzy śledzili nasze zmagania to wiedzą, że w zawodach
mamy do dyspozycji dwa zbiorniki. Jeden to największy w Europie zbiornik zaporowy powierzchnia
przyprawiająca o zawrót głowy 48 km kwadratowych. Drugi zbiornik znacznie mniejszy, który przypomina jezioro. Podział ogólny taki, że na dużym łowi się średnio większe ryby, na małym mniejsze, acz zgrupowanie ich jest większe co przekłada się na większą ilość brań z jednego stanowiska.



Dwie pierwsze edycje pokazały, że ryby powyżej 20kg są łowione znacznie rzadziej na małej wodzie i przy formule 3 największych ryb wskazywało duży zbiornik Lac du Der jako faworyta. W pierwszych dwóch latach losowanie różnie się układało. Pierwszego roku razem z Krzyśkiem Fraskiem siadamy na małym
zbiorniku w jednej z jego odnóg. Byliśmy gotowi na walkę na ogromnych falach mając przed sobą ogrom
wody ale przekorny los chciał inaczej. Miejsce przepiękne nie możemy się doczekać łowienia, które się
odwleka ze względu na warunki pogodowe. Musieliśmy też sami się przeprawić, bo nie było dojazdu pod nasze
stanowisko. Chcąc uczestniczyć w takich zawodach trzeba być na to wszystko przygotowanym.



Dwa duże pontony są niezbędne, jeśli mamy stanowisko do przeprawy, musimy zabrać ze sobą wszystko co będzie nam potrzebne w ciągu tygodnia a nie jesteśmy wstanie przewidzieć do końca tego co może nas spotkać na danym stanowisku. Mały zbiornik nijak się ma do zbiornika dużego, na którym w kolejnych dwóch latach przyszło mi próbować zmierzyć się mieszkańcami tej wody.

Trzeba być gotowym na duże fale, pontony z kilem, ze stałą podłogą to najlepszy wybór. Do tego dobre silniki(40-60lb),ja mamy ze sobą dwa ,dużo pojemnych akumulatorów (teraz mieliśmy 7) bo te mocne silniki potrzebują dużo energii, która jeszcze szybciej znika, gdy musimy pokonywać ogromną siłę wiatru i fal.
Do kompletu jeszcze agregat tak na wszelki wypadek. Trzeba być gotowym na wszystko, żadna zaistniałe warunki nie mogą nam przeszkodzić w łowieniu. Do tego trzeba dodać oczywiście całą masę dodatkowego sprzętu jak kamera podwodna, dobre echo najlepiej z funkcją GPS. GPS to nie przesada wędkujemy na dużych odległościach, często nasze markery są zbierane przez osoby, które pływają po zbiorniku a dla nich
to atrakcja. Wtedy odnalezienie miejsca położenia zestawu nie jest już takie proste, tym bardziej że ciężko a żadne punkty odniesienia 350 metrów od brzegu gdzie wkoło jeszcze kilometry wody.
Także bardzo nam ułatwi powrót w nocy czy w czasie mgły do swojego stanowiska.




To wszystko to takie małe rzeczy, które muszą się złożyć na całość ekwipunku potrzebnego w czasie takiego wyjazdu. „Towar karpiowy” tu już jest temat do taktyki, ale ogólnie trzeba być przygotowanym na wszystko
Ja powiem tylko tyle ze mną jadą zawsze dziesiątki kilogramów. Kulek, ziarna pod różną postacią ,pallety,orzechy. Większość muszę przyznać wraca ,ale jestem ,przynajmniej staram się przygotować na wszystko.
Nie mogę zostać bez towaru siedząc gdzieś odcięty i bez możliwości dowiezienia od kolegów jak by mi zabrakło. Staram się wam przekazać że trzeba być gotowym na wszelki możliwy
scenariusz.

Być na sto procent przygotowanym na pogodę, warunki, jakie panują w łowisku, na to, jak ryby będą z nami współpracować. Niby jak zawsze, kiedy jadę na ryby jednak tu robię to naprawdę ze
wzmożoną dokładnością. Pierwsza edycja była dla mnie przetarciem szlaku, połowiliśmy ryby,
walczyliśmy do końca. Na pewno popełniłem kilka błędów, które gdyby nie zaistniały podniosłyby nas w drabince kwalifikacji, choć wydaje mi się, że one musiały zaistnieć, wynikały po prostu z braku doświadczenia na tak dużych imprezach.

Ale pierwsze ryby i uczestniczenie w rywalizacji już chyba na zawsze we mnie wsiąknęło, cała atmosfera nie da się tego skopiować i przeżyć nie będąc tam.

Druga edycja przyniosła nam sektor, w którym nie padła żadna ryba w pierwszym roku. I zmianę na duży zbiornik. Zawody odbywały się w późniejszym terminie, woda już znaczne opadła,zbiorniki zaporowe przed zimą zostają spuszczane i oczekują na przyjęcie wody na wiosnę. Dało to trochę nowych możliwości, choćby dużo dalej mogliśmy stawiać nasze zestawy ,odsłoniło wiele miejsc, które wcześniej były głęboko pod
wodą. Okazuje się że będzie to kolejna dla mnie lekcja pokory i kolejne
doświadczenia. W naszym sektorze łowione są raczej małe ryby, które trzeba wydłubywać spomiędzy zielska i korzeni. Ciężka i bardzo precyzyjna robota, nad którą nie mogę się skupić, mając
na głowie swoje problemy prywatne. Daje zwycięstwo sektorowe Jarkowi Dąbrowskiemu i jego bratu
Łukaszowi, chłopaki naprawdę w tych ciężkich warunkach pokazują niebywały kunszt swojego hobby.
Niestety my zostajemy bez ryby, choć z karpiem mieliśmy kontakt.

Ostatnia noc i przeprawa na zawsze pozostanie w pamięci. Po kilku upalnych dniach ostatnia noc przynosi ulewę, a że rozbici jesteśmy na glinie, rano toniemy w błocie, marsz kilkudziesięciometrowy jak nogi zapadają się do kolan z całym ekwipunkiem jest dla nas kolejną zmienną którą trzeba brać pod uwagę.

Zawody w tym roku wygrywa historycznie po raz pierwszy polski team Krzysztof Mróz i Leszek Rutecki.

Zdobywamy również sektory. Jarkowi i Łukaszowi udaje się to drugi rok z rzędu.

Panowie czapki z głów ,Polska naprawdę mocno liczy się na scenie międzynarodowej. My następne doświadczenia chowamy do naszego bagażu. Trzeci rok mógł w ogóle się nie odbyć, były miliony powodów, które stawały na drodze. Jakimś sposobem spinam wszystko jak tylko się da i stawiam na wyjazd.

Całe to zamieszanie doprowadza też do zmian personalnych.W tym roku jadę z „Amsterdamem”. Robert Budziński po chwili przemyślenia też stawia na wyjazd ze mną, „Na start w tych zawodach zdecydowałem się
tylko ze względu, że to TY” Piękne słowa,ale gdzieś tam w środku pobudziły one we mnie wzmożone poczucie odpowiedzialności.



Tworząc takie teamy musimy mieć na uwadze, żeby wzajemnie się uzupełniać i to pod wszystkimi względami. Jesteśmy razem przeszło tydzień i takie dogadywanie się to klucz do sukcesu.
Amsterdam ma też doświadczenie w łowieniu na dużych zaporówkach i starty w tak dużych zawodach.
Ostatecznie zaskakuje mnie wieloma rzeczami, które bardzo mocno poprawiają nam komfort łowienia. Zimne piwo w 40-stopniowym upale naprawdę potrafi zdziałać cuda.

Robert też staje na wysokości zadania i organizuje nam team runnera. Piotrek Jawor jedzie z nami, wszystko poukładane, tzw.organizacja na najwyższym poziomie.

Jestem na miejscu, czekam za resztą chłopaków otwierając piwo.
Ogarnia mnie jakiś taki dziwny spokój,miało mnie tu nie być a jestem już nic nie może zaburzyć mojej pewności. Jak zwykle tworzymy mega atmosferę, jak co roku w podobnym składzie wiele razy zastaje nas dzień
.




Mamy w sercach Polskę i ją reprezentujemy, choć przyszło nam mieszkać po całym kontynencie europejskim.
Dzięki temu, że startujemy w tych zawodach możemy co rok razem zasiąść i pogawędzić.
Dogadaliśmy między nami, że pierwsze losowanie ,przypada Robertowi a drugie mi.
Amsterdam wyciąga 4 jako kolejność do losowania głównego, osobiście preferuje takie rozwiązanie mając prawie wszystko jeszcze do wyboru. Moja szybka decyzja ,jak tak dobrze mu poszło za pierwszym razem
oddaje mu swoje losowanie. Podchodzimy jako pierwszy Polski team i tak jakoś układa się to już do
samego końca.

9 otwieramy naszym stanowiskiem część sektora Sonika.

Mamy do dyspozycji aplikacje na telefon BeOnSsil ,która okazuje się bardzo pomocna. Możemy prześledzić jak wygląda nasze stanowisko nie będąc jeszcze nad wodą. Mamy głęboką część zbiornika i kilka bardzo obiecujących blatów gdzie z 11-12 metrów mamy wyjścia na 7-8, jak i na 5-6. Są i duże i mniejsze w różnej odległości od brzegu. Wygląda to bardzo zachęcająco,choć w zeszłym roku nie było tu stanowisk a w pierwszym nikt tu nic nie złowił. Mnie tu pachnie dużą rybę i po cichu jestem bardzo zadowolony, bo to takie moje łowienie.

Mimo iż to zawody i wszystkie ryby są istotne to mnie osobiście męczy kiedy muszę skupiać się na dłubaniu małych ryb. Ogromna woda to ogromne ryby i ja cieszę się, że według mnie będziemy mieli taką szansę.

Noc ledwo zamknąłem oczy już jeszcze po ciemku trzeba wstawać ale nikt nie marudzi,wszyscy szybko się pakujemy i nad wodę. Kilku chłopaków ma przeprawę,pomagamy zostawiając ponton Amsterdama Jarkowi. Nam nie będzie potrzebny, bierzemy na wszelki wypadek jedynkę Jarka jak by miało się coś wydarzyć z moim.
Takie zabezpieczenie jest konieczne.

Już na miejscu okazuje się, że mamy do sforsowania wał,jedna jego strona to schody, ale druga to kamienie zabezpieczające przed rozmyciem się wału. Przenosimy zawartość dwóch vanów co trwa kilka godzin, Piotr jest nie ocenioną pomocą wiem bo już raz przeprawiałem się w dwóch i każda para rąk jest na wagę złota.
Za sąsiadów mamy Anglików bardzo dobry team Paul Butler i Paul Sharman to bardzo duża konkurencja dla nas ,jako trzeci team nasz cypel wylosowała drużyna z Czech.

Jesteśmy na miejscu mocno zmęczeni, ale widok zapiera dech w piersi,mamy tak dużo wody w zasięgu wzroku, że ciężko się skupić idziemy zobaczyć stanowisko Anglików, które oddalone jest od naszego o kilka set metrów, to też jest bardzo duża zaleta WCM. Przyjdzie nam tu spędzić kilka dni dlatego ogarniamy nasz obóz w miarę
zabezpieczając się na ewentualne warunki pogodowe. Przychodzą sędziowie ,dostajemy namiary telefoniczne, żeby mieć możliwość zgłoszenia ryb.



Inspekcję też przechodzi nasz ponton, który musi mieć na wyposażeniu kotwicę, coś, co pozwoli nam na usunięcie wody z pontonu, my mamy dużą łopatkę.

Na ponton można wsiadać tylko w kamizelce ratunkowej i tu trochę też zmieniły się przepisy. Kamizelka musi mieć dużą wyporność może być automatyczna która otwiera się przy kontakcie z wodą bądź kamizelka
wyposażona w kołnierz który chroni głowę przed zanurzeniem. Do nich mamy gwizdki sygnałowe i świetliki chemiczne Mamy odbiór i już na dobre możemy zająć się sprzętem ,po dwie wędki przewidział organizator a my mamy przed sobą ogrom wody to wyglądają one jak przysłowiowe igły do stogu siana.

Zbliża się czas pierwszego wypłynięcia a ja wiąże haczyki , Amsterdam patrzy z niedowierzaniem i pyta, dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. Ja spokojnie odpowiadam, że haki wiąże nad wodą, a nie w domu.
Bo muszę wiedzieć gdzie będę łowił i tu też mała zmiana ,zmieniam moje ulubione banany na haki z mocnego drutu ,dość duże, bo 2, ale o krótkim trzonku, które lecą na dwie odległe moje wędki.

Roberta wędki mają być bliżej i tu klasycznie ls 4. Wszystko gotowe zostało 5 min ubieramy kamizelki i z Piotrem stoimy po pas w wodzie czekając na racę która ma oznaczać początek
zawodów.

Płyniemy nie wieje na szczęście możemy w idealnych warunkach poszukać miejsc które wcześniej wytypowaliśmy dzięki aplikacji . Nie jest to takie proste, bo nagle aplikacja nie chce się nam
odpalić ,ale Piotr staje na wysokości zadania i szybko ogarnia temat. Mamy ogrom wody do spenetrowania a czasu do zachodu słońca mało. Mówię Piotrowi że to żebyśmy odnaleźli odpowiednie miejsca to priorytet i dopóki nie będę do końca pewny to pływamy ,Piotr tylko skina głową.

W czasie łowienia można mieć postawione 4 markery,ale w czasie ich ustawiania stawiamy i 4 w okolicach jednego miejsca. Scenariusz ten sam pierwsza echosonda leci marker,kamera.
Kamerą sprawdzam duży obszar wkoło markera, jeśli znajdę lepsze według mnie miejsce kolejny marker i tak do skutku. Na blatach mamy kępy zielska i to właśnie między nimi szukam
odpowiedniego miejsca.

Mamy dwie wędki daleko od brzegu jedna na czujkę bardzo blisko, bo na naszym stanowisku dno schodzi dość szybko do kilku metrów, a chcemy łowić na 4-5 metrach a tyle mamy 50 metrów od brzegu,ostatnia wędka
to głębszy blat w pobliżu wspomnianego wału kamiennego. Markery postawione teraz wędki,kończymy po godzinie pierwszej w nocy.

Wszystko gotowe. Każdy zestaw posypaliśmy raczej średnio obficie, wychodzę z założenia, że lepiej dosypać niż później wyjąć z wody.

Do wody lecą orzechy i kulki raczej ukierunkowane w owocowe, choć mieszamy trochę z kulkami orzechowymi i na mączkach rybnych. Teraz trochę snu choć stawiając zestawy wiem że miejsca pachną grubą rybą. W głowie milion myśli ,które bardzo ciężko posegregować i uspokoić wygrywa jednak koszmarne zmęczenie.

Mijają pierwsze godziny, kiedy nasze zestawy są w wodzie. Pierwsze przemyślenia i wrażenia, jedyne czego nam brakuje to spławyryb ,niestety nie zaobserwowaliśmy nic. Kontrolujemy praktycznie na bieżąco pogodę.
Pierwsze dni przynoszą Afrykę upały i mimo że wieje i to nawet w naszym kierunku to nie jest to ten wiatr, który przynosi tu brania.Czekamy sprawdzając zestawy i co wkoło nich, kamerą ciężko się przebić przez duże stada drobnicy, która okupuje nasze miejscówki. Na tyle skutecznie, że znikają nasze kulki ,które mieliśmy jeszcze dosuszone, aby nie poddawały się szybko . Uzupełniamy braki i dalej czekamy.

Mijają godziny i dni nic się nie zmienia.

Chłopaki trochę już pobąkują o zmianie miejsc, pływając wytypowaliśmy jeszcze jeden blat który miał być dodatkową opcją o innych zmianach nie chce słyszeć wiem, że jest dobrze wszystko wytypowane tylko trzeba jakieś zmiany pogody, żeby ryby zaczęły się przemieszczać.

Oprócz słońca mamy jeszcze dodatkowe atrakcje w postaci motorówek,skuterów wodnych itp sprzętu,przepływają nawet 50 metrów od brzegu. Niestety jest to okres wakacyjny i nic nie możemy zrobić.
Na środę wieczór zapowiadają burze i co za tym idzie wiatr ,wiem, że to jest to na co czekamy.

Niestety prognoza zostaje zmieniona dopiero na kolejny dzień przesuwa się burza. U Anglików pierwszy spław bardzo daleko od naszych zestawów. Po nocy dowiadujemy się, że złowili piękną rybę ciut ponad 20kg.
To potwierdza moje przypuszczenia o grubych rybach w tym miejscach. Zmieniamy kulki na zestawach, woda bardzo ciepła i kulki które pracują bardzo intensywnie rozpadają się w palcach.
Zdążyłem postawić ostatnią wędkę i usiąść do obiadu ,słyszymy gwizd sygnalizatora, niestety to motorówka, która praktycznie przelatuje przez nasze stanowisko. Ponad 200 metrów plecionki która została na
kołowrotku kończy się a my nawet nie zdążyliśmy dojść do wędki. Całe szczęście w tym zamieszaniu, że Robert nie zawiązał końca do szpuli ja tak robię zawsze, bo nie byłoby wędki i pewnie jeszcze zniszczony sygnalizator.

Siedziałem od wędek 10 metrów. Wywieziona dopiero co wędka i plecionka nie zdążyła jeszcze na dobre
się wyprostować. No nic jesteśmy i na to gotowi nawijamy nową plecionkę i powtórka. Zbliża się wieczór już czuć w powietrzu zmianę ,robię ostatnie nocne zdjęcia wspinając się na wał,z którego już biegiem do namiotu w pierwszych strugach deszczu. Przychodzi nawałnica zamiast śledzi wbijam długie podpórki a i tak
wszystko lata w powietrzu . Siedzę patrzę czy mnie nie zabierze ,ale śmieje się sam do siebie wiem,czuje że to właśnie to. Na szczęście wiedząc co nasz czeka wszystko było przygotowane. Deszcz ucicha, ale wiatr jeszcze dyma,niech dyma niech się nie zatrzymuje myślę sobie w duchu wylewając wodę z pontonu żeby być
gotowym do wypłynięcia. Mokry cały wracam do namiotu ,wiatr nie ustaje do rana jest pięknie
gdzieś tam w duchu wiem że to nasza szansa. Rano myślę tylko o przestawieniu zestawów fale duże, ale mówię do Piotra płyniemy, bez słowa jest już wszystko gotowe i przebijamy się przez fale.

Markery przestawione, mocno się wywineły, ale jest gps szybko odnajdujemy właściwe miejsca.
Teraz to wygląda trochę inaczej musimy postawić kotwice żeby sprawdzić czy towar jeszcze jest.
Robię to bardzo skrupulatnie ,w jednym miejscu dosypujemy minimalnie w innym nic.
Przestawiamy też wędki Amsterdama i tu okazuje się, że spod jednej wędki wymiotło prawie wszystko.
Robert płynie i koryguje braki. Wszystko świeżo postawione, dalej wieje mówię do Piotra wiatr stanie i
będzie branie.

To, co się stało jak wiatr ustał , przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po kilku godzinach wycisza się, nie ma motorówek zrobiło się znacznie chłodniej.

JEST PIIIII bez odjazdu, ale zdecydowanie to branie ,to wędka, którą przestawiliśmy. Chłopaki wskakują do pontonu i już wypływają ,ja zostaje nie wiem co mam ze sobą zrobić ,chodzę w kółko ,widzę, że na pewno ryba niestety niebezpieczne zbliżają się do moich wędek. Wiem, że pod sobą mają głęboką wodę i nic im nie grozi oprócz moich linek . Krzyczę, żeby odpłynęli na bezpieczną odległość, choć w tym momencie ryba ląduje w podbieraku. MAMY RYBĘ gęba się cieszy, choć jeszcze nie wiem co i jak. Podpływają bliżej jest przeszło 10kg. Jest pięknie ,ryba do worka my z powrotem na wodę postawić jak najszybciej wędkę z powrotem.
Jesteśmy 50 metrów od brzegu a Robert podnosi moją wędkę i krzyczy, że jest branie. Krzyczymy do siebie czy coś jest, my od razu wracamy. Odbieram wędkę od Roberta i podaje nam podbierak i tu następuje
ogromny nasz błąd ...............Dostają nie złożony.

Jakoś w ogóle się nad tym nie zastanawiam 5 i do przodu . Nic niestety nie czuję, metry zmieniają się w kilometry ciągnie się to strasznie. Już wiem, dlaczego nic nie czuje po drugiej stronie wędki,dopływamy do
ogromnej kupy zielska zaczynam to wyplątywać. Usuwam kilogram za kilogramem już widzę plecionkę KTÓRA IDZIE W
PRZECIWNYM KIERUNKU NIŻ MARKER. Teraz jeszcze szybciej zielsko rozlatuje się na boki, już końcówka. Zostały ostatnie strzępy i w tym momencie plecionka ciągnie moją rękę. Odpuszczam czyszczenie a podnoszę wędkę i holuje rybę. Jest zmęczona musiała holować za sobą te tony zielska. Jest dobrze ostatnie odjazdy i już wiem, że będzie gotowa. A tu podbierak nie złożony,przepisy mówią, że pomocnik nie może go
dotykać, wiem, że Anglicy nas obserwują.

Karp ,Ogromny KARP nurkuje ponownie pod ponton,jedna ręka wędka druga podbierak ,oczywiście jest tak zaplątany że jeszcze chyba nigdy tak mi się to nie poukładało. Jakimś cudem się to udaje ryba już trzeci raz pod pontonem, widzę ogromną jape i ten haczyk 2, który wygląda tak mikroskopijnie
przy rybie.

Ale tak naprawdę nad tym zastanawiam się dopiero dużo później. Tak jakoś mam, że działam instynktownie, jest jeden cel ryba w podbieraku ,wszystko inne się nie liczy.

JESTTTTTTTTT

To chyba było słychać na drugim brzegu ,teraz szybko do brzegu.

MAMY KONIA, KONIA NA ZAWODACH !!!!!!!!!!!!!!!

Szybko waga z workiem i jak się później okazało z nie wytarowaną wagą mamy 23-24kg,prawdopodobnie jest big fish. Dzwonię po sędziów w ciągu pół godziny dwa brania . Już po drodze ustalamy co robimy ,wszystko poukładane ryba ląduje w worku bardzo dobre wiązanie i już siedzę z powrotem w pontonie. Piotr wszystko przygotował mamy do wywiezienia dwie wędki i sędziowie w drodze. Robimy to najszybciej jak się da ale ze szwajcarską dokładnością bo liczymy się już mocno w walce o najwyższy cel. Wracamy z drugą wędką - już na nas czekają i teraz mnie łapie,zawsze tak mam ręce ciężko mi opanować.
Telepie się cały chłopaki mają ubaw. Pierwsza ryba 12,8kg jest bardzo dobrze,teraz koń i tu waga
zatrzymuje się na 21,7. Big fisha nie ma, ale te pół godziny dało nam kosmiczną moc.

Zdjęcia,wywiady a ja już myślę, że kolejne dwie wędki koniecznie trzeba przestawić.




Kurz opada my do pracy ,walczymy o zwycięstwo tak jak zawsze podchodzę do zawodów taki teraz numer jeden to priorytet. Szybka zmiana dwóch wędek sypiemy tylko drobno pelet i orzechy. W międzyczasie widzimy spławy ,blisko markerów . To wszystko pozwala wierzyć w kolejne brania. Niestety do pierwszej w nocy nic się nie dzieje,zrobiło się zimno my prawie cały czas mokrzy. Kładziemy się o pierwszej, choć wiem, że to jeszcze nie koniec. Liczymy kilogramy, ale nie wiemy co u konkurencji. O drugiej u mnie pik ,ta godzina musiała wystarczyć już się nie kładę. Chodzę między wędkami,myślę o wszystkim,modle się wpatruje w
niebo gdzie w tym czasie spadają gwiazdy. I wierze, że jeszcze usłyszę piii.
Jakiś ruch do sąsiadów przyjechali sędziowie mają rybę ,coś widziałem na wodzie, ale moje skupienie było gdzie indziej. I się dzieje jest kolejne PIIIIIIIII Chłopaki wyskakują podbieraki już nawet dwa czekają,tym razem też nie było odjazdu, ale podnoszę wędkę i w tym momencie odzywa się
hamulec.

Jest ryba na 100%,już w pontonie podaje wędkę Robertowi, poszli. Ja teraz tu już najchętniej popłynąłbym za nimi nawet wpław.
Ciemna noc ja nic nie widzę, odchodzę od zmysłów, nie są aż tak daleko. Tym razem branie na kolejną wędkę postawioną najbliżej brzegu. Nic nie wiem, nie chcę się pruć, te minuty na zawsze pozostaną mi w
pamięci. JEST RYBA ,dowiaduje się tylko czy do wagi, bo liczą się ryby ponad
5kg.

Na pewno ma dużo więcej. Jeszcze nie spłynęli a ja już dzwonie okazuje się że sędziowie jeszcze
są nie odjechali. Ważymy rybę 10,5 od sędziów dowiadujemy się że możemy być bardzo
wysoko ,choć mają dużo pracy i padło kilka ryb w nocy.

Liczymy kilogramy. Oczywiście wędka już w łowisku. Mamy równo 45kg tyle mieli jeszcze wczoraj Szkoci na pierwszym miejscu. Ja, dopóki tego nie sprawdziłem byłem pewny że Szkoci mają 45 z jakimś haczykiem i liczyłem drugie miejsce. Sprawdzamy fb okazuje się że Anglicy mają przeszło 48kg ,czyli 3 miejsce.
Ale w uszach świszczą mi słowa sędziów że padło jeszcze kilka ryb. Podróżujemy z nieba do piekła z pudła lądujemy w nicości już nic nie wiemy.

Zostało jeszcze kilka godzin do 8 rano, kiedy kończymy się impreza. Chodzimy już nawet nikt niczego nie liczy ,zapanowała cisza. Mieliśmy posprzątać wszystko wcześniej i wynosić pomału do samochodów.
Ale wszystko się zmieniło ,wszystko zostało podporządkowanie jednemu
celowi. Walka ,walka do samego końca.

Czas upływa nieubłaganie jest ósma ,kończymy. Sprawdzamy ostatnie dostępne listy, okazuje się, że my i Szkoci mamy identyczną wagę.

W tym momencie strzelają race na wysokości stanowiska numer 4 więc
jeszcze wszystko wywróciło się do góry nogami. Obok Anglicy w nocy tuż przed nami mieli rybę 19kg,wygrywa 4, która też jest w naszym sektorze. Teoretycznie spadamy z pudła zostaje nam sektor.
Jeszcze nie wiem jak nas policzą mając wspólnie po tyle samo kilogramów co Szkoci tylko my mamy 3 ryby, Szkoci 4. Jednak my mamy większą.

Krzysiu, rozwiewa nieco moje wątpliwości, bo ja nie mogę nawet
otworzyć regulaminu.

Mówi mi, że na sto procent wygrywa zespół z większą rybą. To wszystko nie mieści mi się w głowie ,nijak nie mogę tego poukładać. I wy tym momencie dostaję zdjęcie tabeli od naszej sędziny.

MAMY TRZECI PLAC JEEEEEEEEEE JEST PIĘKNIE.
TERAZ MOŻEMY OTWORZYĆ SZAMPANA.
MAMY TO ,MAMY SWOJĄ CHWILE JEEEEEEEEEEEEE
LECĄ GRATULACJE MY JESZCZE NIE WIERZYMY .
NASZA WALKA DO KOŃCA PRZYNIOSŁA CEL.




Teraz już możemy zacząć ogarniać nasze stanowisko, oczywiście humory szampańskie więc i kilogramy wydają się jakieś lżejsze.
Mamy tego bardzo dużo ,dzwonią telefony podjeżdżają chłopaki. Spakowali się wcześniej,gratulują nam osobiście. Zostają z nami do samego końca i pomagają . Maga podziękowania dla nich Grzegorz Turowski i Darek Bomba.

Niby oczywista oczywistość, ale mało kogo stać na takie gesty. Możemy jeszcze zjeść obiad i na zakończenie.
Jeszcze nie dociera jeszcze huczy cała głowa,jeszcze walczymy, jeszcze jesteśmy na stanowisku a za chwilę mamy wejść na
scenę.

Jeszcze przed odbieram moją nagrodę dla najsilniejszego wśród
karpiarzy, taki mały przedsmak tego, co nas czeka. Prawie wszystkie Polskie Teamy zostały, żeby być z nami.

I jest scena wchodzimy ,niesamowita oprawa.Oodbieramy rzeźbione karpie, po te trofea tu przyjechaliśmy.

W tym momencie strzelają szampany i dostajemy po pełnym strumieniu. Nic nie widzę, emocje teraz sięgają zenitu,a chłopaki zaczynają śpiewać nasz hymn.
To są chwile, które zostaną nam w pamięci do końca życia.



Nie jestem wstanie opisać emocji które nas ogarniały. Jest to na pewno podsumowanie mojego dotychczasowego karpiowego życia.

Dziękuje wszystkim, którzy nawet w najmniejszym stopniu przyczynili się
do naszego sukcesu. Dziękuje mojemu teamowi za walkę za ogarnięcie wszystkiego co do
was należało i to na 200%.

Tak to właśnie powinno wyglądać.
Jarosław Gulej






Szybki Kontakt
Reklama
Reklama