Karpiowy debiut - Grzegorz Lacki
Wybór mieszkania to bez wątpienia trudny wybór. Czym się kierować ? Nowe, używane ? Cena, jakość, wiarygodność sprzedawcy, położenie ? Właśnie - położenie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem budynek, wybudowany w odległości 50 metrów od brzegu uroczego jeziorka, od razu wiedziałem, że tam chcę mieszkać. Oczywiście była jeszcze żona. Wtedy dopiero przyszła żona, ale miała swoje trzy grosze w wyborze lokalizacji. O dziwo poszło niespodziewanie gładko. Mieszkanie nad jeziorkiem, z dala od centrum, z widokiem na dzikie pola, gdzie nierzadko przechadzają się sarny, było nasze.


Jeziorko nie jest duże. Powierzchnia około 1ha z jedną niby wyspą, kilkoma pomostami i niby plażą. Wodą opiekuje się sekcja wędkarska przy zarządzie osiedla. Rozpoznanie nad wodą wykazało, że do jeziorka wpuszczane były regularnie, karpie, sumy, amury, szczupaki a raz nawet pstrągi tęczowe. Napotkani wędkarze co prawda strasznie narzekają na brak brań, ale to mnie zupełnie nie zraża. W wodzie pływają karpie a już dawno chodziła za mną chęć zmierzenia się z tą rybą.

Pierwszą próbę podejmuję pod koniec lipca. Nie wiele wiem na temat karpiowych łowów. Przez kilka dni nęcę kukurydzą. Każdego dnia testuję nową metodę rzucania zanęty i każdego dnia się nie sprawdza. Kukurydza ląduje wszędzie, tylko nie tam gdzie powinna, czyli na wypłyceniu, koło 30 metrów od brzegu. Wynik zasiadki ? Marniutkie. Jedno ładne branie, po którym zrywam zestaw oraz leszcz kolegi, który gościnnie ze mną łowił. Jednak nie zraża mnie to. Z założenia miała to być tylko przymiarka do prawdziwej wędkarskiej przygody. Termin drugiej zasiadki wyznaczam sobie na wrzesień i rozpoczynam przygotowania.

Tym razem nastawiam się na kulki proteinowe. Żeby łowić na kulki wiadomo, najpierw trzeba je zrobić. Internet jest wielki. Wszelkie przepisy na kulki znajduję w sieci. Dodatkowo staje się właścicielem książki Przemysława Mroczka pt. ,,Karp" gdzie również znajduję sporo ciekawych informacji. Decyduje się na mix 50/50. Pierwsze zasiadki zatem są w kuchni. Bez rollera ręce trochę bolą i kulki też jakby mniej okrągłe, ale przecież karp się na tym nie zna - mam nadzieje. Robię 350 kulek scopex oraz 300 z domieszką granulatu rybnego. W miedzy czasie namawiam żonę, że kupienie mi karpiowego kija to świetny pomysł na wydanie pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży sukni ślubnej. Również dzięki internetowi udaje mi się nawiązać kontakt z Januszem Grydziukiem. Wymiana maili oraz spotkanie nad wodą pozawalają mi na odpowiedni dobór zestawów, zapachów, kija i ogólnie cała masa na prawdę pożytecznych informacji. Na prawdę dzięki Januszu.
Szukając odpowiedniego miejsca do zanęcenia, korzystam z ciepłego dnia i wskakuję do wody. Płetwy, maska i ciężarek na żyłce na pewno oddały mi nieocenione usługi. Typuje miejsce kilkanaście metrów od wyplecenia jakieś 40 - 50 metrów od brzegu. Głębokość około 3 metrów, dno muliste. Następnego dnia rano melduję się z kijami, w celu sprawdzenia warunków połowu. Oczywiście nie mam żadnych brań, ale miejsce mi się podoba. W końcu nadchodzi ten dzień. Pierwszy dzień nęcenia.
Na początek do wody idzie około 1 kg ziaren pszenicy z kukurydzą oraz 50 kulek proteinowych, pół na pół scopex i ryba. Zanętę podaję z pontonu kupionego w markecie za 28 zł. Oczywiście nie obywa się bez przygód. Na początek mało, co nie wpadam do wody z tego pontonu by zaraz potem przebić podłogę na kamieniach. Na szczęście podłoga była pompowana i przetarła się tylko dolna powłoka. Powietrza już w niej nie ma, ale woda do środka się nie dostaje. Jakoś w końcu dopływam i wrzucam zanętę. Drugi dzień to nadal trochę ziarna, ale mniej i 150 kulek również pół na pół Trzeci dzień to już same kulki i zmniejszam ilość do 50. Trochę zaczynam się obawiać, czy jest tam na tyle ryb, żeby to wszystko zjeść. Czwartek to kolejne 120 kulek i w piątek pas. W końcu nadchodzi sobota.

Piąta rano. Budzik wyrywa mnie ze snu W ciągu kilkunastu minut jestem gotowy do wyjścia. Idąc na łowisko muszę wyglądać jak wielbłąd. Dobrze, że nikt mnie nie widzi. Choć to zaledwie 300 metrów do przejścia, to dochodzę resztką sił. Jest 5:40 jeszcze ciemno. Z ulgą zrzucam te wszystkie toboły. Wędki, pożyczony od ojca podbierak, torba, ponton, grill, parasol i calą masę drobnego sprzętu. W pierwszej kolejności rozkładam kije.

Na mojej nowej wędce karpiowej montuję centryczny płaski ołów, przypon z tonącej plecionki, pływającą kulkę o zapachu ryby oraz kilka dodatkowych kulek zanętowych o tym samym zapachu na nici PVA. Pierwszy zestaw już w wodzie. Drugi kij, to spinning do 40 gram. Tam zestaw z bocznym trokiem i również pływająca kulką, ale o zapachu scopex oraz trzy sztuki zanętowych. Kiedy zestawy są już w wodzie, donęcam łowisko mieszanka scopex/ryba/truskawka, w sumie około 30 kulek. Rozkładam resztę majdanu i już o 7:20 spokojnie siadam w foteliku. Nad moim jeziorkiem dzień się rozkręca. Pojawiają się pierwsi wędkarze. Kaczki harcują po wodzie. Łyski oczywiście nurkują w łowisku. Cisza, spokój, na prawdę sama przyjemność. Bombki wiszą niewzruszone a na wodzie tylko jeden spław od rana. Czekam. Koło godziny 10 już zaczyna mnie świerzbić ręka żeby przerzucić zestawy. Kiedy tak siedzę i myślę o tym, na lewej wędce, tej karpiowej, bombka podskakuje, opada i równo idzie pod kij. Już jestem przy kiju. Ręka na szpulę i lekkie zacięcie. Siedzi ! Serducho wali jak opętane. Trochę chyba chaotycznie dokręcam hamulec, reguluję go i zaczynam pompować. Ryba idzie niespodziewanie gładko. Myślę sobie pewnie jakiś maluch. Podbierak do wody i próbuje podciągnąć rybę do wierzchu. Udaje mi się ta sztuka, ale w tym momencie doznaję szoku. Na końcu mojego zestawu pływa prawie metrowa ryba - amur. Nogi mi się lekko uginają. Rzut oka na mój podbierak i ogarnia mnie wewnętrzny ironiczny śmiech. To chyba jakiś żart. Szanse na wprowadzenie tej ryby do podbieraka, mam jak na upchniecie kilkunastu ludzi do malucha... podobno ktoś kiedyś słyszał o tym, że to się da zrobić. Na razie jednak problem rozwiązuje się sam.

Amur przypomina sobie po co Pan Bóg dał mu płetwy. Jazgot kołowrotka i wędka wygięta w pałąk świadczą wybitnie o tym, że na razie to mogę zapomnieć o podbieraniu tej ryby. Właśnie wędka wygięta w pałąk. Jeszcze kilka godzin wcześniej zastanawiałem się, jak niewiele się ten kij ugina pod 60 gramowym ciężarkiem. A teraz jakieś stworzenie wodne potrafi w ten sposób potraktować moją wędkę. Chylę czoła przed Panem Amurem i delikatnie rozpoczynam pompowanie. Taka zabawa trwa dłuższa chwile. Amur to odpływa, to ja podprowadzam go do brzegu. W międzyczasie oczywiście plącze zestaw z drugiego kija. W końcu ryba jakby zaczyna słabnąć. Próbuję naprowadzić ja na ten mój nieszczęśliwie mały podbierak. Kilka prób i daje sobie spokój. Luzuję hamulec i szybko ściągam buty, skarpetki, spodnie... spokojnie. Na spodniach kończę. Włażę do wody i tu niespodzianka. Pod warstwą liści, patyków i innych takich spora warstewka mułu. Stoję wiec pół metra od brzegu ponad kolana w wodzie. Podciągam amura i rękami jakoś upycham do podbieraka. Jest mój. Wychodzę z wody i kładę rybę na pseudomacie. Do tego celu posłużył mi ponton odwrócony do góry dnem. Odczepiam rybę i patrzę z podziwem. Oczywiście nie mam wagi. Co gorsze nie mam nawet miarki. Zaznaczam na pontonie długość i robię zdjęcie. Kiedy się odwracam za plecami widzę wędkarza. Jest zszokowany. Proszę go o to, aby zrobił mi fotkę i wchodzę z ryba z powrotem do wody. Amur odpływa majestatycznie na pożegnanie machając nam swym wielkim ogonem. Jestem naprawdę szczęśliwy. O dziwo wędkarz jakoś to znosi i nie pada z jego strony żaden negatywny komentarz. Ubierając się rozmawiam z nim chwilę. Potem on idzie w swoją stronę a ja zabieram się za ponowne zarzucanie zestawów. Pierwszy kij już po chwili ląduje na podpórkach. W końcu i drugi zestaw jest gotowy. Rzut, zamkniecie kabłąka i odczekanie aż ciężarek spadnie na dno. Luzuję hamulec do zera i odkładam kij na podpórki. Nie wiem czy mi uwierzycie.

Kiedy próbuję powiesić bombkę, jakaś tajemnicza siła wyrywa mi żyłkę z palców. Chwytam za wędkę, zacinam i ... jest ryba. Zabawa zaczyna się od początku. Podciągniecie do brzegu i odjazd. Tym razem od razu zrzucam ciuchy i wchodzę do wody. Po kilku minutach ryba daje się łagodnie podebrać do mojego malutkiego podbieraczka. Oczywiście muszę jej w tym pomóc rękoma. Wychodzę na brzeg i kładę ją na pontonie. Ponton wygląda jakbym w ogóle amura z niego nie ściągał. Wielkość ryby jest praktycznie taka sama. Robię zdjęcia i ponownie z największą ostrożnością rybę wypuszczam. Jestem na prawdę wypompowany. Od momentu pierwszego brania minęło około 40 minut. Jestem wykończony fizycznie, ale szczęśliwy jak małe dziecko. Montuję zestaw i ponownie zarzucam. Dopiero teraz mam czas donęcić kulkami. Siadam na krzesełku i pewien obaw zastanawiam się jak będę wyglądał, jeśli dalej będą brały w takim tempie. Na moje szczęście na razie jest spokój. Czas miło upływa. Odwiedza mnie żona, chwile rozmawiamy. Po południu przychodzi kumpel z osiedla. Piwko, grill i opowieści o łowieniu ryb. On wędkarzem nie jest, ale słuchał z zainteresowaniem. Od czasu do czasu donęcając kilkoma kulkami oraz zanętą i przerzucając zestawy co 2-3 godziny doczekujemy godziny 18.30 Wtedy to znowu bombka na prawej wędce ożyła. Lekkie drgniecie i równomierny podjazd pod kij. Zacięcie udane, czuję rybę.

Niestety jak to w życiu bywa, nim dokręciłem hamulec, już było po. Szybko zwijam zestaw i wrzucam koło 10 kulek w łowisko. Za chwilę emocje opadają i spokojnie czekamy co będzie dalej. Koło 19.00, tym razem na wędce z lewej strony, coś się dzieje. Bombka podskakuje podjeżdża z 10 cm po czym opada na ziemię. Kij w górę i znów siedzi. Jestem pełen obaw. Tym razem mam rybę na tym spinningowym kiju. Widziałem co amur potrafił zrobić z karpiówką. Nawet nie chce myśleć co zrobi z moim spinningiem. Ryba jednak zachowuje się inaczej. Nie daje się podciągnąć, ale idzie wzdłuż brzegu. Idzie, idzie .. i się wypina. Niestety. Druga stracona ryba w ciągu kilkudziesięciu minut. Nie jest mi żal. Taki urok wędkarstwa. Kumpel jest chyba bardziej podekscytowany ode mnie. U mnie pewnie już zmęczenie dało się trochę we znaki. Spokojnie zwijam zestaw, donęcam i ponownie zarzucam. Tym razem już do końca dnia nic się nie dzieje. Kumpel zwija się koło 21:00 ja zostaję do 23:00. Aby nie targać całego majdanu, część sprzętu upycham po krzakach, wrócę tu przecież wcześnie rano więc miejmy nadzieję, że nic nie zginie.

Podsumowując dzień, miałem cztery brania dwie ryby na brzegu. Po zmierzeniu okazało się że miały około 85 cm każda. Jedno branie było na kulkę o zapachu scopex, a trzy, w tym obie ryby, na kulki o zapachu ryby. Jak na karpiowy debiut to całkiem niezły wynik. Zobaczymy jak pójdzie w niedzielę.
Znów pobudka o 5:00 ledwo się ruszam. Cały dzień na niewygodnym foteliku to mordęga. Ale cóż. Dopiero zaczynam karpiową przygodę a kasy nie ma na to, by od razu skompletować porządny sprzęt. Jednak wiem, ze oprócz podbieraka i maty, fotel będzie jednym z pierwszych moich kolejnych wydatków wędkarskich.


Nad wodą jestem mniej więcej tak jak dzień wcześniej, ale rozłożenie maneli zajmuje mi znacznie mniej czasu - nabieram doświadczenia. Ledwo zasiadłem w fotelu a już bombka prawej wędki miło zaczyna podskakiwać. Już jestem przy kiju, ale niestety uspokaja się. Chwilę czekam, ale nic się nie dzieje. Wracam wiec na swój fotelik i pogrążam się w pół letargu, marząc by tym razem przechytrzyć jakiego - karpia. Oczywiście nie mam nic do amurów. Wspaniała waleczna ryba. Jednak zasiadka miała być z założenia karpiowa, więc liczę na to, że coś się wydarzy. Dzień jednak mija, bombki wiszą jak zaczarowane. Zaczynam kombinować. Przerzucam bardziej na prawo od nęconego miejsca. Zakładam koszyk zanętowy i próbuję szczęścia w ten sposób. Zmieniam przynęty na zestawach. Do dyspozycji mam kulki o zapachach scopex, truskawka, ryba oraz kukurydzę. Ryby jednak ani myślą współpracować. Pomny przeczytanych gdzieś informacji, o tym jak karpiowate reagują na zmiany pogody, już zaczynam podejrzewać, że pogoda się zmieni. I faktycznie poniedziałek wita nas siąpiącym z nieba deszczem. Jednak do poniedziałku jeszcze sporo czasu. Aktualnie jest leniwe, słoneczne, niedzielne popołudnie. Grill, piwko i żona wylegująca się na pontonie. Jest na prawdę fajnie, ale ryby chyba mają też sjestę. Ania idzie do domu umawiam się z nią, że przyjdzie po mnie o 21 i pomoże zabrać sprzęt. Przede mną trzy ostanie godziny w tym roku, na złowienie karpia. Kiedy zaczyna zapadać zmrok, przychodzi do mnie dwóch młodych adeptów sztuki wędkowania. Gaworzymy sobie spokojnie o rybach w jeziorze, o tym co się dzieje w samej sekcji... sporo ciekawego się dowiaduje od nich. Około godziny 20:15 przychodzi również mój sąsiad, z którym siedziałem dzień wcześniej. W tak dobranym towarzystwie spędzamy ostatnie minuty.

Kiedy wydawało by się, ze już nic się nie może wydarzyć, bombka prawego zestawu startuje w góre. Serce mi wali jak młot. Kiedy podbiegam do kija, odkręcony hamulec już oddaje żyłkę. Przyciskam szpulę ręką i podnoszę kij. W tym momencie dowiaduję się, do czego przydaje się wolny bieg w kołowrotku, Nieopatrznie, próbując zastąpić hamulec ręką, dotykam żyłki i od razu czuję nieprzyjemne pieczenie. Żyłka jak żyletka tnie skórę. Jakoś w końcu udaje mi się odpowiednio ustawić hamulec a ryba traci impet swojej ucieczki. Nadzieje rosną. Zupełnie inne zachowanie. Energiczne branie i potężny odjazd. Czyżby dopisało mi szczęście i na koniec dnia na moją kulkę o zapachu ryby połakomił się sam Pan Karp ? Ryba idzie wzdłuż brzegu. Staram się skrócić dystans między nami, ale nie jest to proste. Gdzieś w ciemności słyszę spław. Sąsiada proszę o zwinięcie drugiego kija. Chłopaki zaś dzielnie mi asystują, pokrzykując na zmianę: ,, ale wielka", ,, to na pewno amur", ,, ma pan latarkę" itp. Itd. Gdzieś w głębi serca mam jednak nadzieję, ze to karp. Pierwszy raz zapalam czołówkę i świecę w kierunku ryby. Znosi to dzielnie chlupiąc się pod wierzchem kilkanaście metrów od brzegu. Nie widzę jej, ale komentarz chłopaka jest jednoznaczny. To amur. Widocznie musiał go dojrzeć w świetle latarki. Ryba znów jakiś czas idzie dnem. Podbierak przygotowany, ale mentalnie już jestem nastawiony na rozbieranie. Kiedy po raz drugi mój przeciwnik pokazuje się pod powierzchnią wreszcie go dostrzegam w świetle latarki. Po raz drugi w ciągu tych dwóch dni, nogi pode mną się ugięły. Karp i to jaki. Piękny, okrąglutki brzuchacz. Prosiaczek kochany, przewalający się pod powierzchnia. Do drugiej ręki biorę podbierak i naprowadzam rybę . Oczywiście jest znacznie dłuższa od podbieraka ale jakoś przy trzeciej próbie udaje mi się ją tam umieścić. Teraz tylko za obręcz i do góry. Ufff... jest mój. Wszyscy cos mówią, ale jakoś to nie dociera do mnie. Adasia- sąsiada wyznaczam do robienia fotek. Chłopakom każe stanąć na razie z boku a sam kładę karpia na trawie. Niestety. Wszystko już popakowane. Ponton bez powietrza leży zwinięty w torbie. Delikatnie wczepiam rybę i podnoszę ... ileż on może ważyć. Nie mam pojęcia. Nie mam tez czasu na szukanie miarki. Cykamy kilka fotek i przymierzamy karpia do ... rurki do wyrzucania kulek. Sam robiłem ja z rury PCV i wiem ze ma 75 cm . Karp jest odrobinę krótszy, stąd werdykt 73 cm. Powoli schodzę do wody i ostrożnie kładę rybę na wodzie. W świetle latarki, wszyscy z p
od
ziwem patrzymy, jak moja największa życiowa ryba, dziarsko odpływa w ciemną toń. Radość, szczęście, spełnienie, trudno opisać uczucia, które mną targały. Na pewno wszyscy je znacie. Na stanowisku panuje lekki rozgardiasz. Wędki, podbierak, częściowo spakowane manele i czterech facetów gadających jeden przez drugiego. Tak zastaje nas moja żona.


Pakując się wciąż gadamy. Młodzież z zaciekawieniem wysłuchuje tajników sztuki łowienia karpi, które w emocjach sprzedaje im jeden za drugim. Włos, kulki, nęcenie, zestawy, miejsce sprzęt. Prawie wszystko, czego się nauczyłem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy udaje mi się opowiedzieć w kilkanaście minut. Tłumaczę dlaczego wypuszczam ryby, mam nadzieję że coś niecoś zrozumieli. Na koniec oddaję resztę kulek i życzę połamania. Ja swój sezon już zakończyłem. Bez wątpienia najkrótszy sezon karpiowy, składający się właściwie z jednej zasiadki, ale jednocześnie jakiż udany. Dwa amury i karp. Nie wiem ile ważyły te ryby, ale dla mnie były największe w życiu jakie złowiłem. Wiem ze przez zimę będę kompletował sprzęt, a na wiosnę znów zasiądę nad moim jeziorkiem pod domem i mam nadzieje, ze znów będę mógł wam opisać efekt połowów.

Grzegorz Lacki
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama