Zimowe? Rybnickie karpie - B. Nowacki
Miejsca, na ,,specjalnym" odcinku rybnickiego zalewu, zlokalizowanym przy zrzucie wody z chłodni turbiny, zarezerwowaliśmy ponad miesiąc wcześniej. Któż mógł wtedy przewidzieć, że koniec listopada przywita nas temperaturami odpowiednimi raczej dla zawansowanej wiosny (13 stopni w dzień, 6 stopni w nocy). W drodze na łowisko mieliśmy smętne miny, przy takich warunkach pogodowych ryba pozostanie ,,rozbita" na całym obszarze akwenu. Wstępne rozpoznanie, na miejscu, potwierdziło nasze obawy. Brak jakichkolwiek objawów gromadzenia się ryb, przy zrzucie ciepłej wody. Ale cóż, poddawanie się, nie leży w moim i Grzegorza charakterze. Zezwolenia wykupiliśmy na trzy dni (środa - piątek), przyjechaliśmy dzień wcześniej by ,,rozczytać" wodę i warunki łowiska. Opłacenie ,,stanowisk komercyjnych" (po 100zł/stanowisko/dniówka od godz.5:00 do godz.22:00) w Dziale Ochrony i Utrzymania Zbiornika Elektrowni, który swoją siedzibę posiada w miejscowości Stodoły (przy koronie zapory), jest niebagatelnym wydatkiem, więc każdy zapyta czy warto? Otóż zdania mogą być podzielone, gdyż jak to bywa opłacalność różną ma miarę, zależną od oczekiwań i osobistych poglądów każdego karpiarza. My, wybraliśmy się po prostu podtrzymać kontakt z dwucyfrowym karpiem, o tej porze roku. Opiszę więc, swoje spostrzeżenia, ocenę pozostawiając czytelnikom.

Swoją bazę w postaci samochodu i przyczepy kempingowej, umiejscowiliśmy na skrajnym stanowisku parkingowym, od którego, do łowiska pozostawało około 50m. Tutaj nastąpił pierwszy zgrzyt. Zostaliśmy pouczeni, przez patrolujących rejon pracowników ochrony o braku możliwości pozostawania w godzinach nocnych, na terenie parkingu ?! W bardzo uprzejmy sposób, ,,zasugerowano nam" codzienne przenoszenie się (po 22-giej) na teren parkingu zewnętrznego, przed elektrociepłownię. Po krótkiej dyskusji, nad bezsensem takich przepisów, udaliśmy się do Straży Przemysłowej ER, gdzie pełniący służbę wartownik udzielił nam zgody na tę jedną noc, dalsze pozostawiając w gestii przełożonego (dostępnego na porannej zmianie). Wynikiem takiego obrotu sprawy, następnego ranka, zamiast wędkować od 5-tej rano, musieliśmy wyjaśnić kwestię przebywania w godzinach nocnych na terenie łowiska. Od tejże decyzji, uzależniliśmy pozostanie na łowisku. Codzienne ,,przegrupowanie" naszej noclegowni, nie wchodziło w grę. Szczęśliwie, Pan Komendant okazał się wyrozumiały, wyraził zgodę i rozpoczęliśmy naszą rybnicką przygodę.


Zatrzymując się chwilkę, nad powyżej opisaną sytuacją, chciałbym wyrazić swoją wątpliwość co do organizacji ,,płatnych miejscówek". Moim zdaniem, jeżeli już ktoś decyduje się ,,słono zapłacić" za możliwość łowienia w tym miejscu, nie powinien być traktowany jak potencjalny kłusol (a tak się czuliśmy). Wręcz sugerowałbym, postawienie w bezpośrednim sąsiedztwie łowiska dwóch - trzech domków kempingowych, gdzie można by przeczekać nocną przerwę. Przecież obecność nasza, może tylko pomóc w nadzorze terenu, tym bardziej, że ,,Ochrona" pracuje tylko do północy ! Po północy, teren sporadycznie monitoruje Straż Przemysłowa i Policja. To był drugi zgrzyt, gdy w pierwszym dniu łowienia (środa) skontrolowały nas wszystkie w/w służby...czterokrotnie w ciągu kilku wieczornych godzin !!! W pozostałych dwóch dniach, tylko pracownicy ochrony monitorowali teren. ,,Szarpakowców" nie spotkaliśmy przez cały pobyt, ale trudno było się ich spodziewać, gdy (jak napisałem powyżej) ryba ,,nie weszła" w ciepłą wodę.

Tyle na tematy organizacyjne. Teraz o karpiowaniu słów kilka. Jako kulek zanętowych użyliśmy(wykonane na bazie własnej produkcji) kulki o dużym ciężarze własnym. Atraktor zapachowy, stanowiła mieszanka resztek dipów z przewagą rybnych i krabowo-wątrobowych. Zastosowaliśmy, sprawdzone wcześniej na Raducie, haczykowe ,,boile" o średnicy 20mm, w podobnej nucie zapachowej, montowane na D-Rig-ach. Nęciliśmy rurą rzutową Eazi Sticks-Kordy, starając się ulokować zanętę w górze nurtu (lub już poza nim), by po opadnięciu choć część pozostała w łowisku. Na efekty nie musieliśmy zbyt długo czekać, pierwsze (i jedyne w środę) dwa karpie (mnie się trafił b. ładny pełnołuski, szkoda że jedyny!), już w godzinach południowych, znalazły się na macie. Pierwszy karp, przysporzył nam nieoczekiwanych doznań. Otóż, w trakcie holu, na chwilę ,,wyjechał" poza betonowy ,,grzebień", w tym momencie prawdopodobnie, został zaatakowany przez suma. Ślady jego pyska, w postaci świeżej rany, odcisnęły się wyraźnie po obu stronach karpiowego brzucha (5,5kg). Zobaczcie sami na zamieszczonej fotografii.





Następne dni, stały już pod znakiem brań z poza wspomnianego grzebienia (50cm głębokości wody), i w zasadzie na jednym skrajnym zestawie Grzegorza. W czwartek złowił cztery, w piątek jeszcze dwie sztuki,dwa kolejne brania skończyły się wypięciem karpia. Tak, tak, poległem w ogólnej statystyce wyprawy. Ale sobie z pewnością to odbiję, na następnej.





Co nas zachwyciło, to wspaniale waleczna postawa, mieszkańców ,,rybnickiego morza". Te największe karpie, gdzieś tam sobie spokojnie pływały, te które skusiły się na nasze zestawy, walczyły z siłą lokomotywy. Dwucyfrowe okazy, ,,prostowały ręce" i poddawały próbie wytrzymałość naszych zestawów, szczególnie że większość holów odbywała się z tarciem żyłki po betonowym ,,grzebieniu". Doznane wrażenia z pewnością zaskutkują kolejnym wyjazdem. Tylko czy będzie miejsce ?!

Bogusz Nowacki
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama