Wyprawa na Karpie
Zbliża się koniec lata. Czuć w powietrzu już jesienny chłód. Właśnie wracam samochodem z drugiej zmiany. Jest piątek i zaczyna się dla mnie weekend, który mam cały dla siebie. Wpadam do domu i pytam syna czy jest gotowy na 3 dniowy wypad na ryby. Już wiem, że pokrzyżowałem mu plany, jednak nie daje się długo prosić i razem zaczynamy od gotowania kukurydzy;)W wielkim garnku ląduje pół worka kukurydzy i zaczyna się wielkie gotowanie zanęty. Otwieram laptopa i tu zaczyna się dylemat …... gdzie ? Gdzie wybierzemy się tym razem? Pada pomysł ….tego łowiska jeszcze nie znamy i tam właśnie wybierzemy się tej nocy. Robię mapkę, zdjęcia satelitarne z łowiska pokazują zróżnicowaną głębokość. Jednym słowem są dwie możliwości....blisko brzegu, lub tuż przed wyspą, po przeciwnej stronie. Tam powinno być wymarzone miejsce na nasze zestawy ;)



Kukurydza się gotuje a my upychamy sprzęt do samochodu. Ledwo się wszystko mieści a my mamy jeszcze kukurydzę i prowiant na te kilka dni do spakowania. Baterie i wszelkie akumulatorki naładowane, wszystko upchane po brzegi do samochodu, jeszcze tylko ustawić GPS na właściwy kurs i odjazd. Po drodze tankujemy paliwo i uzupełniamy zapas piwa ;)
Zaczyna świtać, jesteśmy blisko naszego wypatrzonego w ostatniej chwili łowiska. Kończy się droga, zaczynają się polne miedze. Jesteśmy wreszcie na miejscu, powoli jedziemy brzegiem i szukamy swojego miejsca. Nie mamy zbytnio wyboru ale jest, jest miejsce! Ostatnie dwa stanowiska są wolne. Moim zdaniem najlepsze jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Gdyby nie było tam nikogo, to właśnie tam bym rozbił swój namiot.
Jednym słowem mamy szczęście ;)
Wychodzimy z samochodu i zaczyna się to, co lubimy najbardziej. Ja pompuję ponton, syn w tym czasie rozbija nasz nowy namiot. Przyznam, że jest wart swej ceny i przestraszyłem się trochę widząc jaki jest wielki.Wstawiamy łóżka, rozkładamy tripody i składamy nasze wędki ;) Teraz czas na zestawy. To żwirownia, woda bardzo czysta, zimna i głęboka.



Tak jak widać było ze zdjęć satelitarnych. Łowienie tylko przy brzegu wchodzi w grę lub po przeciwnej stronie pod samą wyspą. Wskakuję do pontonu i sprawdzam echosondą głębokość. Po trzech metrach od brzegu mamy już 3 metry głębokości. Potem zaczyna się głębina dochodząca do 7 metrów i dno płaskie jak deska. Podpływając pod wyspę jest już lepiej. Gałęzie drzew robią cień i jest jakieś 2 do 3 metrów głębokości. Wrzucam do wody bojkę. Przy bojce wysypuję zanętę, trochę z lewej i trochę z prawej strony oznaczonego łowiska. Kukurydza, konopie i trochę rzepaku ląduje w wodzie. Teraz wracam do brzegu.Prąd jest dosyć duży i trzeba się namachać by wrócić do brzegu ;)
Teraz zaczynam zbroić swe kije. Żyłka 0,35mm, metrowy leadcore i na końcu ląduje przypon z kulką 20mm o smaku truskwaki, na drugi zestaw zapinam kulkę o smaku banana 20mm ale już zestaw
pływający.
Syn zapina na jednej wędce dwie kulki 14mm coconut a na drugą (drgająca szczytówka)
dwa duże czerwone robaki. Czas to wszystko powywozić. Łódka do wywozu zestawów ma co robić.
Wywozimy wszystko i teraz czas na odpoczynek. Po trzech minutach odjazd na mój kij( truskawka). Po kilku minutach w podbieraku ląduje leszcz 65 cm długości i po buziaku ląduje w wodzie.
Jeden zero dla mnie;)




Wywozimy łódką zanętową kolejny zestaw, już bez truskawki a dokałdniej mówiąc tym razem pomarańcza, kulka neutral. Wracam powoli łódką i kolejne branie! Zacinam i w podbieraku ląduje leszcz 35 cm! Kolejny buziak i do wody ;) Kolejny zestaw ląduje w wodzie i tym razem cisza.
Rozkładmy z synem kamerę na trójnogu i ustawiamy czujnik ruchu. Ustawiamy też czujnki ruchu alarmu za namiotem od strony drogi. Widać, że nie jesteśmy tu mile widziani. Po prostu obcy ;)Tablice rejestracyjne samochodu mówią same za siebie. Okazało się, że miejscowi karpiarze siędzą tu już całe lato i nie lubią zbytnio konkurencji.
Jest 18.35 i odjazd na mojej wędce. Podlatuje do wędki, zacinam.............siedzi...........jest.
Walka od samego początku. Myślę sobie, teraz się pobawimy;) Ściągam, pompuję i 5 metrów od brzegu wyskakuje z nad wody.
To amur.
Walczy, wyciąga żyłkę, syn trzyma podbierak i jest!
Pierwsza „ryba” amur 11 kilo ląduje w podbieraku. Synowi mówię idź z tym amurem i pokaż tubylcom jak wypuszczasz rybę. To był mój błąd. Syn poszedł a nagle odjazd na jego kij! Branie zupełnie inne, bardziej energiczne. Zacinam i siedzi! Jest i teraz to może być nawet rekin.
Niczego nie urwie i jakieś trzy minuty potem jest już przy brzegu. Ja nie mam podbieraka! Syn zabrał sztyce podbieraka razem z karpiem. Popuszczam go delikatnie i widzę ile w nim energii, jest silny a przy tym pewnie duży musi być. Jest jeszcze jeden problem, syn jest leworęczny!
Rączka kołowrotka jest z innej strony. Teraz zrozumiałem jaka jest różnica leworęczny a praworęczny ;) To nie wszystko, syn wybrał sobie kij, że sam tracę orientacje. To nie są żarty ! Wędka wygięta w parabole i ja bez podbieraka! Syn łowi wszystko na plecionkę i to chyba mnie uratowało, że nie zerwałem tej ryby! Wreszcie przyszedł i oddałem mu jego parabole ;) To trwało wieki!
Sam zabrałem się za podbierak i jest............karp 14 kilogramów! ( dodam, że krzywa ugięcia kija była naprawdę krzywa ;)
Buzi i do wody. Znowu cisza i to zupełna.



Po wywiezieniu zestawu po prostu nic się nie działo.
Jest już ciemno, to ja będę pierwszy czuwał nad wędkami. Jest 22.10 i tylko radio cicho gra.
Głucha noc i jak do tej pory nic. Wchodzę do namiotu, budzę syna i mówię zmiana....teraz ty ;)
Teraz ja zasypiam a on czuwa nad wszystkim. )dzywa się dzwonek federa ! Dobieg do wędki i siedzi ;)
Jest ! Ale co ?Ledwo widzę na oczy, nie wiem co się dzieje, widzę jak syn meczy się przy wędce. Fedeer jest delikatny, przy zacięciu łamie się szczytówka federa .Jednym słowem ”kaplica”
Plecionka napięta, kij omal cały się nie wygiął w pałąk i co teraz ? Wskakuje do pontonu i po nitce do kłębka. Jestem najbliżej jak tylko się dało i złapałem za plecionkę.
Teraz to ja miałem w rękach zdobycz. Pytanie jeszcze co to za zdobycz ? Po godzinie w pontonie wylądował sum. Dopadłem go własnymi rękami! Jaka frajda wiosłować z czymś takim na pokładzie!
Nie mieliśmy czym zmierzyć suma. Waga, którą miałem miała skalę do 50kg. Zostały tylko zdjęcia i krótki filmik nakręcony na brzegu.
Wymieniamy szczytówkę w federze i zestaw ląduje na dnie w tym samym miejscu. Branie na mojej wędce, leszcz 50 cm ląduje w podbieraku.
Godzinę później szaleńczy odjazd i pudło! Jest już zupełnie jasno. Wskakuję do pontonu i wywożę kolejną porcje zanęty. Wracając mam branie! Syn jednak po kilku obrotach kołowrotkiem traci rybę. Wywozimy kolejny zestaw. Do południa nic się nie dzieje. Około 14 tej następnego dnia zmieniamy zestawy. Miejscowi podpowiadają nam, że do 18 tej nic się nie wydarzy. Tak też dosłownie było. Około 20 tej odjazd na mojej wędce. Nie musiałem zacinać, tylko podniosłem kij. Na zestawie miałem zapięty kamień na gumce zamiast ciężarka. W podbieraku ląduje karp 17 kg! 15 minut później znowu branie ! Dwa razy swinger poszedł w dół i cięcie! Amur ląduje w podbieraku 14kg Nagle cisza i tak do samego rana. Około siódmej pogorszyła się pogoda, zaczął padać deszcz i brania jakby ustały. Zrobiło się zimno i czuć było zewsząd jesienią. Kilku wędkarzy spiningowało po przeciwnym brzegu.Syn tex postanowił, że połowi na spining. Zwinął swe karpiowe wędki i zmontował zestaw na okonia. Miejscowy wędkarz podpowiedział mu, że jeśli spininguje to tylko na srebrną obrotówkę! Syn uzbroił swoją wędką w srebrną obrotówkę i po kilku rzutach złapał kilka sporych okoni! To była srebrna obrotówka bez żadnych dodatkowych gadżetów Żwirownia ma swoje prawa ;) Ja czuwałem nad swoimi wędkami do końca. Nie dawała mi spokoju jedna rzecz. Amur „brał” zupełnie inaczej. Dwa razy swinger opuścił się i trzeba było zaraz ciąć. Takich brań miałem tego weekendu wiele więcej na samym początku. Gdybym wiedział, że po takich delikatnych braniach trzeba zaraz ciąć, to bym złowił ich pewnie o niebo więcej !

Z wędkarskim pozdrowieniem Grzesiek



Szybki Kontakt
Reklama
Reklama