Mistrz "Prawdziwego Karpiowania"


Jest piękny lipcowy dzień. Jestem wraz z rodziną na spacerze przechadzając się nad niewielkim dość uroczym zbiornikiem. Jako wędkarz opanowany przez tzw. "cyprinusomanię" chcąc nie chcąc wpatruje się w powierzchnię wody w wyszukiwaniu znaków żerowania ryb - ku mojemu zdziwieniu pomimo pełnego południa prażonego słońcem jest na co popatrzeć - spławy głównie karpi są dość częste i doskonale widoczne. Nie skupiam jednak tylko na nich wzroku - delektuje się otaczającą mnie przyrodą gdyż akwen mimo niewielkich rozmiarów ślicznie komponuje się w otaczającym go terenie. Obserwuje również linię brzegową gdzie stadko kaczątek pływa sobie wzdłuż trzcin ucząc się samodzielnego życia. Wszystko wygląda wspaniale więc zatrzymujemy się na chwilę aby nie zakłócić tej sielanki i z aparatem w ręku podziwiamy piękno natury.





Nagle jednak kaczki uciekają głęboko w trzcinę, małe ptaszki które nie opodal siedziały czmychają jakby spłoszone atakiem drapieżcy i wszystko wręcz zamiera. Na horyzoncie pojawia się wędkarz płosząc warkotem silnika niemal każde stworzenie. Dojeżdża do zbiornika, wysiada ze swojego pojazdu, patrzy dumnie nad wodę po czym kilkukrotnym trzaskiem drzwi oznajmia całemu światu swe przybycie. Zaczyna się jego krzątanina, wyciąga po kolei wędki, ponton, ogromny stojak, namiot, kuchenkę, łóżko i sprawia wrażenie człowieka który zrezygnował z mieszkania w wielkich głośnym (do którego się przyzwyczaił aż nadto) mieście by rozpocząć podobne życie tutaj gdzie przed chwilą jeszcze było tak spokojnie i uroczo.
Jednakże wędkarz ten nie zraża się tym faktem i przystępuje do podboju tej wodnej krainy. Miesza zanęty, przynęty, wywozi zestawy, włącza jakieś piszczyki, rozkłada cały obóz po czym triumfalnie wręcz otwiera puszkę piwa i jakby jednym chałstem pochłania jej zawartość, a nie potrzebny balast w postaci jej aluminiowego opakowania ciepie wręcz z zawziętością w pobliskie krzaki.
Jako, że droga naszego spaceru przebiega dokładnie wzdłuż jego stanowiska spotkanie staje się nieuniknionym. Jak już wcześniej wspomniałem ja również staram się łowić ryby więc choć ów przybysz zakłócił mi moją harmonię staram się nawiązać kontakt i za pomocą mowy porozumieć z naszym opowiadania bohaterem.
Witam się więc z tym człowiekiem, lecz zaraz otrzymuję reprymendę w postaci zwrócenia uwagi abym nie mówił zbyt głośno gdyż on łowi ryby, które swym nader niefortunnym zachowaniem mógłbym spłoszyć. Ot niezła paranoja po tych jego wcześniej iście żeglarskich wyczynach. Jednakże z uwagi na szacunek przynajmniej pozorny natychmiast stosuję się do tego nakazu, co by go broń boże prośbą nie nazwać i delikatnie zapytuję: pan to na dłużej skoro taki obóz?? Odpowiedź jest bardzo szybka i udzielona głosem stanowczym "jestem karpiarzem a u nas to normalne". Ledwie doszło do mnie co powiedział gdy przed nosem zostały mi wepchnięte zdjęcia z oficjalnym - patrz Pan jakie to się łowiło. A na zdjęciach cóż podziwiać można wiele, ryby przysłaniające prawie wędkarza aż tak, że musiałem zapytać - "to Pana okazy?" - tu rozmówca parsknął śmiechem i donośnie jakby zapominając o wcześniejszej reprymendzie dotyczącej nie płoszenia, raczył rzec - takie wielkie ryby się łowi że człowieka nie widać - Moje SĄ - odparł.
Fakt zdobycze wrażenie robić musiały - potężne karpie i amury - skromnie odparłem - piękne okazy, ja również łowię ale daleko mi aby w ogóle myśleć o takich wyczynach. Lekkie zaczerwienienie ukazało się na licu "karpiarza" być może spowodowane mym komplementem albo też kolejnym piwem, których puszki zaczynały maskować pobliskie zarośla i dawać złudzenie pobytu miastowego w mieście.
Wędkarz po docenieniu go wpadł w jakowy trans opowiadania o trudach holi, miejsc i czego to nie musiał zrobić aby móc później aparatem uwiecznić swe wyczyny pstrykając fotki, które gloryfikuje pokazując innym. Jednakże jak się okazało było to preludium słowotoku, którego byłem przyczyną poprzez swe jakże niefortunne podejście do tejże kreatury - bo na taką ona w mych oczach wyrastała. Zaczęło się. Pierwsza rzecz, o której musiałem się dowiedzieć to staż karpiowy będący wyznacznikiem umiejętności i ogólnie pojętej wszechwiedzy - precyzowany swym początkiem na lata 90-te. Następnie przyszedł czas na sprzęt, gdzie wszystko było karpiowe, wędki, kołowrotki nawet klapki. Tak karpiowe jest to niezbędne słowo, które najlepiej pasuje do tego co ów człek posiada. Dowiedziałem się dokładnie iż zestaw końcowy zwany przeze mnie przyponem to klucz do sukcesu, odpowiednie węzły, materiały, haki, plecionki - to dzięki nim - mówi - złapiesz Pan karpia. Pytam więc a przynęta - kolejny słowotok na temat protein, które są głównym kluczem do sukcesu a opanowanie ich produkcji to tajniki nie tylko na lata, ale też zarezerwowane dla niewielkiej grupy tych intelektualnie lepiej obdarzonych - rzecz jasna ich produkcja musi oprzeć się o składniki najbardziej znanych firm - tylko tych zachodnich. Słowem jednym co by nie zanudzać jedna kanonada wspaniałości na temat swój, cudownego sprzętu importowanego i sensu łapania karpi przebijającego wszystkie inne gatunki czy też podgatunki człowieka usiłującego wędką złowić rybę - czyt. "wędkarza".
Karpiarz po jakiejś godzinie mojej golgoty był już tak rozluźniony napojem ciągle spożywanym iż stwierdził że największą zakałą jaka w naszym kraju jest to "wędkarz mięsiarz", w których jego oczach był każdy rzecz jasna poza panem ideałem czyli nim samym. Osobiście twierdzę dość podobnie lecz nie poruszając się w skrajności tego tematu postanowiłem jednak nie zaprzeczać aby nie wywołać kolejnej plataniny słów o dość skromnym przekazie.
Byłem już bliski odejścia gdy nagle naprzeciwko tej dość niewielkiej wody ukazała się kolejna postać - lecz jakże różna. Wędkarz w dość młodym wieku (na moje tzw. oko połowa szkoły średniej) z jedną wędką, niewielkim siedzeniem, procą, co mnie zdziwiło również z kulkami proteinowymi - zajął miejsce dokładnie po drugiej stronie na wprost wędkarza żywej legendy. Po cichutku strzelił kilkakrotnie z procy, wręcz bezszelestnie umieścił swój zestaw i usiadł wygodnie na krzesełku czyniąc się prawie niewidocznym.
Mój nauczyciel karpiowania na ten widok parsknął śmiechem delikatnie przy tym się troszkę opluwając i rzekł czy też wręcz raczył odezwać się w te słowa. I tacy mają łowić karpie, myślą, że co wystarczy kulków nawrzucać i będą brały - rozległ się złowieszczy śmiech którego już miałem dosyć. Już chciałem się odezwać aby wreszcie zwrócić uwagę temu cudu jaśnie nam kroczącemu wzdłuż zbiorników naszych gdy stała się rzecz niewiarygodna, iście nie możliwa - wędkarz z naprzeciwka ciągnie karpia!!
Czoło się zmarszczyło naszemu mistrzowi, iskry ba wręcz błyskawice jęły strzelać z jego oczu, a nogą chyba mimowolnie tupał ze złości chcąc nie wiem tsunami na tej małej wodzie wywołać aby ów intruza z naprzeciwka zgładzić. Widząc to odszedłem na bok, na pobliską ławkę i postanowiłem troszkę się poprzyglądać, a jako, że rodzina znalazła sobie miejsce na pobliskim placu dla dzieci dłuższą chwilę miałem. Człowiek z naprzeciwka wyciągnął kilka karpi do wieczora, nie były to zbyt duże ryby, ale każda miała na oko między 4 a 7 kilogramów. Nasz wspaniały fachowiec od karpiowania zasnął od nadmiaru trunku, lecz jego zaśnięcie było poprzedzane sentencją - cytuję "osz kur...." dziwnie zsynchronizowaną z każdym branie jego wędkarskiego rywala.
Na drugi dzień nie widziałem już obu. Czyżby noc była zbyt zimna lub może ciemna, albo też ciśnienie spadało, wiatr wschodni wiał czy też jakikolwiek inny powód wędkarskiego jak najbardziej zwykłego tłumaczenia swych niepowodzeń zamiast spojrzeć na zupełnie inne aspekty?




To opowiadanie pokazuje pewną relatywną utopię do której dąży w mym mniemaniu co który karpiarz. Rzecz jasna nie muszę mieć racji ale tak uważam gdyż nad wodą zbyt często się z tym spotykam o internecie już nie mówiąc - cóż sieć świetnym narzędziem jest lecz anonimowość iście 100% tragiczną wadą się stała.
Bardzo często spotykam się ze stwierdzeniami co tam inni łapią, jakieś karasie czy leszczyki - cóż to jest w porównaniu z prawdziwym wędkarstwem/karpiarstwem - paranoja - niczym się to nie różni przecież pięknym jest przebywanie nad wodą, a kwestią indywidualną jest preferencja czy to gatunkowa, czy też przy wyborze technik wędkarskich. Nawet w samym karpiarstwie powstało pojęcie wewnątrz frakcyjne o nazwie - "prawdziwy karpiarz". Jest to dość ciekawe stwierdzenie bo trzeba wiedzieć i na długo zapamiętać iż łowiąc karpie pewnego razu można się dowiedzieć iż jest się nieprawdziwym i co wtedy?? Jako, że tematu zgłębiać nie mam zamiaru bo jest on tak samo śmieszny jak autor stwierdzenia "o prawdziwości" chciałbym tylko przypomnieć pewną fascynującą prawdę, którą zasłyszałem kiedyś od pewnego kolegi, którego za to stwierdzenie bardzo cenię, a mianowicie - "karpiarzem jest ten który łapie cyprinusy i je wypuszcza - amen". Myślę że reszta teorii bazuje na wyjątkowo skąpej myślowo idei promowanej tu i tam (nie definiując żadnego adresu) co by tu zresztą nikogo nie denerwować :)
Kolejną rewelacyjną sprawą jest nasza karpiowata angielszczyzność - najbardziej fascynujące jest to jak producenci nazywają swoje kulki, a jak bardzo działa to na ich odbiorców - rzecz jasna karpiarzy - czy my nie możemy mieć kulek wątrobowych, ananasowych czy jakiś ośmirnicowo-kałamarnicowych tylko trzeba mieć - liver boilie, pineapple or squid and octopus. Albo proszę koszyk zanętowy - błąd powinno się powiedzieć method feeder, plecionkę ze rdzeniem ołowianym - leadcore i tak w nieskończoność wyliczać można - ja rozumiem angielski język jest potrzebny do komunikacji w świecie i też dobrze jest wiedzieć jak się coś nazywa lecz osobiście może i błędnie ale jednak uważam się za lokalnego patriotę i najlepiej mi wychodzi mówienie we własnym języku. Lecz cóż pewnie angielska nazwa to lepszy produkt od polskiego szajsu - tak tylko że tworzony przez polaków w Polsce.
Kiedyś miałem masę burzliwych dyskusji na temat przyponów których byłem zwolennikiem a raczej ich dopracowanej konstrukcji - osobiście uważam że mamy miliard pięćset nie potrzebnych modeli gdyż wystarczą nawet najprostsze konstrukcje. Podam taki mały przykładzik - przypon sztywny powinien mieć tzw. wahadło aby był bardziej elastyczny w swej pracy - znam człowieka i to już nie jednego który przywiązuje na sztywno i ryby łapie - nawet podczas pewnego wyjazdu złoił mi w ten sposób pięknie skórę. Inny wędkarz stosuje zwykły przypon na plecionce, węzeł bez węzła i na tym koniec - wyniki ma świetne. Oczywiście pewne zabiegi są konieczne by np. przypon nie plątał się przy rzucaniu, lecz po co tworzyć tu odrębną dziedzinę nauki zwanej przyponologią.
Super klimat jest jeszcze z odblaskowością zestawu - no to już istna bujda jest - jako pewnego dnia stwierdziłem iż ryzyka czas zacząć postawiłem na zwykły ołów - taki ot ze sklepu - tani - na wodzie płytkiej, metrowej, przezroczystej gdzie brań jest mało a czasem bardzo mało - kurcze złapałem karpia i to wcale nie małego a później też kilka następnych jakoś bez różnicy.
Ciężarki to w ogóle w tej kwestii temat morze - kamienne mi się najbardziej podobają - krętliki poobsadzane - rewelacja - a czemu nie zakupić dętki od roweru i zadać sobie trudu nazbierania małych otoczaków na pobliskiej rzeczce w ilości dowolnej zupełnie za darmo - na cóż tu zabawa w kupowanie lub w młodego wiertacza. Jest jeszcze szklany ciężarek - tak sobie myślę kiedy wyjdzie czapka niewidka oczywiście w moro i karpiowa.
Chyba się troszkę rozpędzam ale trudno - bardzo ciekawą sprawą są ostatnio safe clips (pol. klipsy bezpieczeństwa) - coś ta gumka na nich jakby słabszą z roku na rok się staje a ciężarki spadają z nich często, częściej i jeszcze częściej - obliczyliśmy że łowiąc np. 250m od brzegu stosując ciężarek z klipsem bezpieczeństwa o masie 250gr mamy jakieś 99,9% stracenia przy braniu. Co przy np. 5 braniach na noc przy łowieniu przez tydzień daje nam 5 x 7 = 35 ciężarków przy cenie 10zł dla prostego rachunku mamy 350zł o zgrozo to tylko jeden wyjazd.
Ha fluoorocarbon - żyłki jako główne - mam już 3 lata żyłkę produkcji polskiej (nie mogę podać nazwy) o gr. 0,35mm łowię dosyć często i nie narzekam, naprawdę nie zrywam karpi - mówię to z pełną odpowiedzialnością.
To jest absolutnie tylko kilka przykładów nawiązujących do początkowej krótkiej opowieści, której celem jest tylko poruszenie kwestii karpiowego w mym odczuciu wariactwa z drobnym upośledzeniem. Każdy niech sobie jeżeli ma ochotę odpowie sam lub też nie czy mam rację. Jedno co mnie bardzo boli co widzę nad wodą - robienie z siebie nad wędkarzy, wariacja sprzętowa i krytyka drugich osób. Naprawdę karpie łowi się głównie przez obserwację wody i jej znajomością a nie przez malowanie poda w kolorze brzegu aby nie spłoszyć karpia czymś nie naturalnym i pamiętać trzeba iż nasz ludzki mózg przynajmniej w zdecydowanej większości wypadków jest o wiele bardziej rozbudowany niż móżdżek karpia - nie ma się co u niego doszukiwać jakiejś nad inteligencji - chyba że ktoś wierzy w czarną magię czy też karpio-magię - a to życzę powodzenia......

Pozdrawiam wszystkich wędkarzy łowiących karpie i nie tylko, którzy nad wodę jeżdżą z zamiłowania do swej pasji.

Krzysztof Woźniak
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama