Wyjazd Życia - Adrian Zgórski
Sam nie wiem od czego zacząć. Chciałem opowiedzieć o historii którą przeżyło dwóch młodych pasjonatów. W sumie to mało powiedziane , osób chorych na punkcie karpiowania. O tak zdecydowanie lepiej. Poznaliśmy się z Sebą jakieś dwa lata temu. W tą zimę stwierdziliśmy , że musimy spotkać się nad wodą. Zaproszenie padło ze strony Sebastiana. No i słowo się rzekło. Po targach w Poznaniu mieliśmy już wszystko dogadane. Tak z dnia na dzień termin zasiadki się zbliżał. Z dnia na dzień odliczenia niczym tykająca bomba. PFFF wybuchła . W sobotę melduję się u Seby w domu. Wszystko trzeba było ogarnąć logistycznie. Przepakowanie w jedno auto całego sprzętu było mozolne i dokładne. Każda najmniejsza wolna przestrzeń musi być wykorzystana. W końcu trochę tego sprzętu jest. Wieczorem wszystko już było gotowe. Czekała nas szybka nocka w domu i rano punkt 7 ruszamy na jak to nazwaliśmy wojnę , którą wypowiedzieliśmy całemu stadu.




Dwóch karpiarzy, dwa tygodnie, dwie wody i wielkie nadzieje w naszych głowach. Docieramy nad wodę i pierwsze co to wchodzimy na pomost. Tak to nasz dom przez pierwszy tydzień. Piękne , stare i bardzo muliste jezioro , które w swoich głębinach kryje naprawdę spore i ładne ryby. To przez ten tydzień chcieliśmy ukłuć chodź jednego zawodnika z tak zwanej drużyny A .




Tworzy ją około 20 karpi, które tu pływają. Przez pierwsze dwa dni brania nie ustawały praktycznie w ogóle. 20 ryb , a wśród nich właśnie jeden z drużyny A. Jedyny w swoim rodzaju Perkusista. Oprócz tego jeszcze 3 ryby powyżej 15 kg. W środę pogoda się popsuła .Przyszedł front afrykański i to dosłownie. Idealna pogoda plażowa. Czyli nie dla nas karpiarzy. Brania mieliśmy systematycznie co noc . W dzień mogliśmy się tylko kryć w lesie przed promieniami słońca.





Doszło nawet do tego , że na ostatnie trzy nocki , nasze łózka wystawialiśmy na noc do lasu , bo w namiocie było za duszno. Jakby było tego mało zawsze budziło nas w nim słońce. Równo o godzinie 6 byliśmy na nogach. Pogoda dała nam ostro w kość. W sumie po pierwszym tygodniu mieliśmy na końce bodajże 32 ryby. Jak na tą pogodę wynik robił na mnie wrażenie. Piszę dla mnie bo Seba podsumował to za średni rezultat.








Co to w ogóle znaczy dobry rezultat ? Kolejny temat rzeka ! Wszystko zależy od tego co kto rozumie przez słowo rezultat. Dla jednego będzie to sam wyjazd na ryby , bo nie ma na to najzwyczajniej czasu. Dla każdego te słowo może znaczyć coś innego. Pierwszy tydzień minął bardzo szybko. Przepakowanie sprzętu i lecimy na Krążno W czasie jak byliśmy nad Tuszynkiem płynęły do nas bardzo dobre wieść znad jak to nazwaliśmy polskiej giganticy.



Został złowiony sławny Berry , osiągnąłem niesamowitą wagę +30 kg . Na macie w ciągu tamtego tygodnia wylądowało jeszcze kilka karpi przekraczających swoją masą 20 kg. Patrzeliśmy na siebie od czasu do czasu ale nikt nie chciał tego głośno powiedzieć, aby nie zapeszyć. Chcieliśmy przekroczyć tą magiczną granice. Nie ważne który z nas. Wysiadam nad krążnem i od razu powiem chłodnego wiatru . Zupełnie inaczej. Woda bardzo czysta , pod promieniami słońca przybiera kolor delikatnego lazuru. Pompujemy ponton , wypływamy i nie dowierzam. Jesteśmy z jakieś 15 metrów od brzegu a tu już 7 metrów. Oddalamy się o kolejne 10 metrów , a tam już 12. Myślałem ,że będzie wyglądać to trochę inaczej. Po tygodniu z wywózkami po 100-200 metrów , nadszedł czas na łowienie zupełnie inne.

Zestawy zaledwie 10-20 metrów od brzegu i pozostaje tylko czekać. Powiem szczerze , że czułem się trochę dziwnie rzucając zestawy tak blisko. Przypomniały mi się czasy łowienie na koszyczek hehehe . Cztery kije na spadzie , a dwa w zatoce.





Tak jak przewidywaliśmy pierwsze brania mamy z płytkiej zatoki. Ryby nie przekraczają 15 kg. Zgrupowało ich się tam niesamowicie dużo. Zachodni wiatr i promienie słońca zrobiły swoje. Nadszedł czwartek rano . Budzę się i mówię do Seby , że ten spad jest jakiś przeklęty. Od czterech dni , cztery kije nie dały ani ryby. Po 15 minutach następuję właśnie pierwsze branie. Warto czasami trochę ponarzekać. Szybko wchodzę do wody by zminimalizować szanse ryby na wypięcie Przy tak ostrym spadzie holując z brzegu żyłka dosłownie szoruje po dnie. Ryba uderzając o spad może się bardzo łatwo „spaść” z haka. Holowałem niesamowicie delikatnie. Wiedzieliśmy , że każde branie z tych miejsc może dać nam tą ryby. Tą jedyną w swoim rodzaju. Na macie ląduje moje drugie PB podczas tego wypadu , piękny stary mirror o wadzę 18.400 :D Banan na twarzy ! Żaden z nas nie wiedział , że to tak naprawdę dopiero początek.



Ryby zaczęły wyraźnie żerować w miejscu gdzie mieliśmy zestawy. Oprócz tego pięknego lustrzenia mieliśmy jeszcze kilka mniejszych ryb. Po południu miałem zamiar iść się wykąpać i wpaść do znajomego który siedział po drugiej stronie wody. W między czasie Sebastian ma branie. Od razu wiedzieliśmy , że to spora ryba. Jak się później okazała każde branie sporej ryby nie było gwałtowne. Delikatne opuszczenie hangera a później przyklejenie go do sygnalizatora. Widać tu jak ryby mogą nauczyć się wypluwać zestawy.

Zamiast uciekać po wbitym haczyku w pysk , on stoi i próbuje się uwolnić. Po 15 minutowym holu przed samym podbierakiem ryba się spina. Najgorsze jest to , że ją widzieliśmy. Brakowało dosłownie dwóch metrów. Na koniec majestatycznie machnęła płetwą i odpłynęła. Stałem z podbierakiem jeszcze chyba ze dwie minuty , patrząc w jeden punkt i nie dowierzając. Seba dosłownie się załamał. Stwierdziłem , że nie pozostaje mi nic tylko iść wziąć zimnym prysznic , który mnie ostudzi po tym wszystkim. Odchodząc ze stanowiska mówię do Sebastiana żeby złowił dwudzięstkę jak mnie nie będzie. Po szybkim prysznicu melduje się u znajomego na stanowisku i dostaję od niego informacje , że Seba właśnie zaciął rybę i holuje na moim kiju. Bez chwili zawahania zerwałem się i pobiegłem, a było co biec i to ponad kilometr drogi. Dobiegam i przejmuje akcje. Sebol wchodzi na sam styk spadu z podbierakiem , nie chcąc by sytuacja dosłownie z przed dwóch godzin się nie powtórzyła. Delikatnie go podprowadzam i jeeeeest. Patrzymy na siebie i wiemy , że to jest to. Waga pokazuje ponad 20 kg !!



Tak moja pierwsza taka ryba :D Nie jestem w stanie opisać mojej radości, ale spokojnie mamy nagrany film z całej naszej wyprawy. Tam moja radość jest w kadrze. Wiatr nadal bił nam prosto w twarz , a ja dziękowałem losowi , że tak się stało. Z drugiej strony żałowałem ryby , którą stracił Seba.

Dziwnie jest się tak cieszyć , gdy druga osoba jest świeżo po porażce. Zderzenie się dosłownie dwóch przeciwnych rzeczy. No ale nic … może następny dzień ? kto to wie ? Wieczory i noce mijały bez brań. Rano znowu budzi mnie delikatne branie na moim delkimie. Kolejny kaban ląduje na macie. Coś nie możliwego, tyle pięknych ryb w tak krótkim czasie. Po tym braniu doławiamy jeszcze chyba dwie ryby troszkę mniejsze. Znów idę po południ odwiedzić po nocy Michała , a ze mną Sebastian. Następuje identyczna sytuacja jak w dniu poprzednim, tylko tym razem nie ma nikogo u nas na stanowisku i branie ma Seba. Wiemy , że to kolejna duża ryba. Dwa piknięcia na opad i powolne unoszenie .

BIEGNIEMY !!!!! Mega zmęczony biegiem pomagam zakładać Sebolowi wodery i jazda . Ja się w ogóle się waham. Staję z podbierakiem na samym styku spadu. Hol jest powolny i trwa jakieś 30 minut . W końcu się poddaje i pada naszym łupem.




Tu mam znów problem z przelaniem emocji na papier , bo sam wiem, , że jest to nie możliwe . Dlatego właśnie mamy film… Tam jest wszystko ! My na tym etapie dopięliśmy wszystkiego ! Spełniliśmy nasze marzenia , te którego baliśmy się wypowiedzieć przed przyjazdem nad tą wodę . Jakie to było marzenie ? Zobaczcie sami !




Adrian Zgórski

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama