Mara- Dawid Starzyk

Wyjazd na Mare planowałem już od 2 lat gdyż nie chciałem wybierać się nad taka wodę w ciemno. Cały ten czas wielokrotnie wracałem do tematu. Studiowałem zasoby sieci w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji przydatnych do planowania wyjazdu. Tego co udało się wygoglować niestety jest jak kot napłakał. Dzięki Wojtkowi i Łukaszowi udało się skompletować wszystkie informacje odnośnie przepisów jak i samego łowienia na Marze. Sam wyjazd w tym roku jednak znów był przekładany i w sumie nie do końca byłem zadowolony z terminu jak i warunków meteo z jakimi będę miał do czynienia. Prawie 1030hpa i pełna "lampa" , w dodatku początek sezonu turystycznego nad wodą i dni po pełni jako wisienka na torcie.





Klamka jedna zapadła i po 3 dniowym pakowaniu (dużo wewnętrznych rozważań co zabrać a czego nie) wyruszyłem w piątek rano na spotkanie z przygodą. W tym momencie pozwolę sobie na pauzę i przedstawię trochę samą wodę.

Zbiornik Liptowska Mara powstał na przełomie lat 60/70 tych jako zaporówka na rzece Wag.
Powierzchnia lustra wody waha się od 22-27km2 w zależności od stanu wody. Maksymalna głębokość to 45m w rejonie zapory. Ciekawe z naszego punktu widzenia są zatoki w tym dwie, które dzieli półwysep Ratkovie, który jest rezerwatem przyrody . To na jego brzegach nie możemy się rozkładać, oraz zatoka Sielnicka i przy miejscowości Bobrovnik. Można też sił spróbować przy samej zaporze w dozwolonej przepisami odległości.




Samo łowienie na marze nie powala na kolana swoim skomplikowaniem. Dno kamieniste, miejscami zamulone, mało roślinności a w większości są to blaty o równym dnie. Żeby znaleźć coś ciekawego trzeba się naprawdę napływać z echo. Z racji tego i sporych dystansów na które będziemy wywozić zestawy dedykowany jest ponton z silnikiem. Chyba że ktoś nie ma, lub chce ćwiczyć formę to proszę bardzo ale zakwasy gwarantowane. Problem przynęt- zanet dość prosty. Na tym zbiorniku jeśli trafimy na dobre miejscówki położony równie dobrze na tzw. "gips" jak i kulki z górnej półki. Jednak nawet one nie pomogą jeśli nie trafimy miejsca przebywania ryb lub w łowisku będziemy mieli małe ryby.




Tak było w moim przypadku. Pierwszy dzień poświęciłem na początek zatoki sielnickiej. Wygoglowana zatopiona droga wydawała się ciekawym miejscem. Zatoki początkiem sezonu ponoć przynoszą wyniki. Jednak ryba schodząc z tarła rozchodzi się po zbiorniku. Na wyjazd przygotowałem sobie kije 3.9 3.50lbs i kręciołki z plecionką 0.25mm oraz proste zestawy bez leadcora. Na bezpieczny klips kretlik z agrafka i gumką na kamień do wywózki. Do tego przypony o długości 35cm bez żadnych udziwnień. Nęcenie kulkami 20mm kukurydzą i pelletem. Miejscówka nie przyniosła brań a nawał turystów i miłośników sportów wodnych zburzył cały nastrój zasiadki - lekcja pierwsza.




Podjąłem decyzję ze lepiej spróbować przenieść się na pozostałe 2 dni w bardziej ustronne miejsce i na głębszą wodę. Nastawiajac budzik na 4 rano miałem nadzieję ze jednak ze snu wyrwie mnie dźwięk centralki.
I znowu pauza na garść przepisów.
Wg przepisów nie wolno biwakować na terenie zalewowym. Ale namiot bez podłogi jest postrzegany jak parasol więc nie będziemy mieć z tym problemu. Poza tym jesteśmy zobowiązani do posiadania miary i wypychacza do haczyków. Miejsce połowu musi być oświetlone. Czytaj zaznaczone światłem do ewentualnej kontroli w nocy. Pozwolenie na polow możemy wykupić w ribarskiej osadzie koło liptowskiej sielnicy u Pana Zamornay lu sklepach ESOX lub Starfish w Liptovskim Mikulaszu. Koszt 17 euro dniowa lub 70 euro "tydzienna".




Do pozwolenia musimy dokupić kartę tzw. Listok. 1.5 euro na tydzień. Istotny dla nas bedzie dojazd nad wode. Dopuszcza sie wjechanie na teren zalewowy w celu wypakowania majdanu. Pozniej jednak bezpieczniej dla nas będzie odstawić auto w miejsce gdzie nie grozi nam mandat. Ważne aby ani pół koła nie znajdowało się na drodze.
Wracając do zasiadki. Noc przebiegła spokojnie tzn. jeśli chodzi o brania. Bo za plecami wieczorem rozłożył się towarzystwo które darło i tutaj pokuszę się o obrazowe stwierdzenie RYJE do 4.00 rano. Pewnie podjął bym się przenosin jeszcze wieczór ale spożycie obowiązkowego złotego bażanta niestety mnie uziemiło. Sprawę trochę sobie umieściłem pakując nadmuchany ponton na bagażnik dachowy mojego karpiowozu i wyruszyłem w poszukiwanie wolnej miejscówki. Zgodnie z przypuszczeniami wszystko już było szczelnie oblepione. Po półtora godzinnej tułaczce w akcie desperacji zatrzymałem się w miejscu gdzie można było zaparkować na polach mając po drugiej stronie jezdni zejście do wody przez barierkę drogową. A tu pełne zaskoczenie. Miejsce jak z obrazka -wolne. Przy wysokim stanie wody ono po prostu nie istnieje ale w okresie bez opadów i poziomie wody niższym o 1.5 metra to wymarzone miejsce na obóz. Od kopa do wody idzie ponton i echo. Tu już trochę rozczarowanie. Pustynia z gładkim spadkiem do 8,5m jakieś 200m od brzegu. Dalej nie pływam bo nie widzę sensu. Idę do Słowaków stanowisko dalej po informacje. Siedzą już kilka dni. Niestety tylko małe karpie ale biorą. Nie ma co wybrzydzać może większa ryba również jest gdzieś w okolicach. Stawiam marker na 7.5m w zasięgu rzutu. Oszczędzę trochę sił i czasu na stawianie zestawów. U sąsiadów ryba bierze też z bliższego markera. Wyciągam z auta lżejszy zestaw który przezornie spakowałem. Dno bez zaczepów i dystans ok. 100m zestawy z 92g ciężarkiem centrycznym i przypony z longshankiem nr 6 na plecionce w otulinie to moja klasyka ze żwirowni.





Na włos tym razem bałwanki z16tek jeden na owocowo jeden na sprawdzający sie prawie wszędzie squid i monster crab. Nęcę mieszanką kuku pelletu kulek 20mm scopex i squid podsypane mączką rybną. Na początek 5kg towaru ilość już do zauważenia w wodzie a niema co przesadzać słowacy również sypią z umiarem i dosypują w miarę aktywności ryb. Następnie już na spokojnie jem zasłużone śniadanie i rozbijam obóz. Pozostaje czekać i cieszyć się w spokoju kawa i widokiem na Tatry Zachodnie. Widok mam na prosiecka dolinę która warto zwiedzić planując tu dłuższy urlop. Kilka km w jedną lub druga stronę mamy największe na Słowacji aquaparki, więc c rodzina miałaby również co robić.





Kolejny dzień znów przebiega bez pika. Na pocieszenie na reszcie zbiornika sygnalizatory też milczą jak zaklęte. Pod wieczór podejmuje decyzję o wywiezieniu jednego zestawu na 300m i głębokość 9m miejsce wysondowałem już rano ale zostawiłem je na ostatnią deskę ratunku. Miejsce zanęcone głównie dużymi kulkami w ilości ok 3kg a na włos zakładam pojedynczą kulkę 24mm. Ten zestaw będzie leżał do skutku lub końca zasiadki. Zestaw z owockami moczu sie od rana i również pozostawiam go do dnia następnego. Kolejna nocka i dzień minął bez niespodzianek. Cisza na wodzie i leżący się z nieba żar. Wyjeżdżając odwiedziłem kilka stanowisk i efekty były podobne jak u mnie. Jedynie małe karpiki tzw "czterdziestki" głównie na kukurydzę i modne u Słowaków pufy.




Duże ryby albo przeniosły się w spokojniejszy rejony zbiornika albo pogoda wyjątkowo nie sprzyjała żerowaniu. Przed pożegnanie sie z Marą odwiedzam jeszcze jedną zatokę gdzie łowić można tylko z jednego brzegu i trzeba się przyprawić pontonem (przy wspomnianym rezerwacie). I od razu żałuję że nie był to mój wybór od początku. Cisza i spokój tylko na dwóch miejscach karpiarze a płytka ciepła zamulona zatoka mogła by być strzałem w 10tke. Sporo spławów małych karpi których nie było widać na sielnickiej zatoce. No cóz pierwszym razem zawsze płaci się frycowe...Obiecuję sobie jeszcze tu wrócić i wyrównać rachunki ze słowackim kaporami. Wyjazd traktowałem jako rekonesans na nowej wodzie - zbyt krótko i nie "ribarska" pogoda od początku nie wróżyły spotkania z wielkimi mieszkańcami Mary.



Ten weekend w okolicznościach pięknych widoków pozostanie jednak na długo w pamięci i już planuje kolejny wyjazd. Może i kogoś z was ten felieton zachęci do zaplanowania urlopu na "Słowackim Morzu".

Z karpiowym pozdrowieniem Dawid Starzyk



Szybki Kontakt
Reklama
Reklama