Pokonać samego siebie - Tomasz Kocoń
Odkładając na kilka dni problemy życia codziennego w celu zrobienia sobie małego resetu , zauważyłem że nagle mam bardzo dużo wolnego czasu i trzeba by go spożytkować ruszajac na spokojną, samotną zasiadkę gdzieś daleko od wszystkich.

Od kilku lat chodził mi po głowie wypad na zapomniany przez wszystkich ,schowany głęboko w lesie kamieniołom. PZW olało tą wodę prawie 20lat temu a miejscowi postarali się żeby przypadkiem nic tam nie przeżyło. No i do tego wszyscy opowiadają o grasujących tam nurkach.



Jednym słowem piękna,kameralna pustynia. Byłem tam już kilka razy na rekonesansie i nigdy nie widziałem żadnych śladów wskazujących na duże ryby, zero ruchu wody zero wygrzewających się ryb i nawet dno jak by martwe i nie ruszane od lat. Kolega któremu pokazałem tą wodę również stwierdził że ,,Panie tu nie ma ryb” :).



Coś mnie jednak tam ciągnęło ,coś z czym się miałem zmierzyć, tylko do końca nie wiedziałem co. Może kręciła mnie niedostępność wody ,do której został tylko dojazd ciasną zakrzaczoną ścieżką, utrzymywany przez młodzież na rowerach, wpadającą tam poskakać ze skarp do wody. Może kręciło mnie to że jedyne miejsce gdzie ledwo wejdzie mała brolka to półka na skarpie z której do wędek i pontonu trzeba biec stromą skalną ścieżką a jedyne miejsca do położenia zestawu to dwie małe góreczki na przeciwległym brzegu. A może miałem się zmierzyć z rolnikiem który rano wpadnie mnie obić za to że mu zaparkowałem w kukurydzy :) lub z dzikami których według śladów, grasują tam setki.



Nie potrafię tego wytłumaczyć ale wiedziałem jedno,nie chcę kolejnej zimy wyrzucać sobie że znowu nie podjąłem wyzwania .No i pojechałem ,najtrudniejszym zadaniem okazało się wbicie podpórek bo z miejscem na poda była by w ogóle bieda .No i położyć zestaw na kilku centymetrach mułku a nie w pionowych skałach z których jest 99% brzegów. Noc minęła upojnie,dawno tak się nie wyspałem ,to chyba tan klimat i to niepowtarzalne miejsce. Rano obudziłem się kiedy już słońce było wysoko i nie byłem zdziwiony brakiem brań ale raczej cieszyłem się że mam tą wodę odfajkowaną i nie będę sobie miał w zimie nic do zarzucenia.




Właśnie wyciągałem nogę ze śpiwora kiedy centralka zaczęła grać. Bez stresiku wystawiam głowę z myślą co za kacze wpłynęło mi w plecionkę wjechało na tej rybnej pustyni, no i szok. Widzę że na wodzie nic nie pływa a szczytówka na dole skarpy pięknie się wygina w rytm koncertu sygnalizatora. Adrenalina na 100 i na boso po skałach w dół. Na szczęście metr pod powierzchnią wody przy wędkach leżał duży głaz, bo inaczej cały bym się skąpał a tak tylko po "klejnoty" było :). Podnoszę kij i czuje, że nie walczy ale masa jest. Prowadzi się pięknie, omija wszystkie zatopione drzewa a ja awaryjnie cały czas mam jedną nogę w pontonie. Przy brzegu widzę cień amurowego ubocika i zaczyna się książkowa walka.

Tak naprawdę mógłby spaść ,nie zależało mi już na tym,ja sobie już udowodniłem i wygrałem z samym sobą. Rybka mimo wieku który oglądając wiele ryb łatwo było dostrzec ,nie była wielka, naciągane 14.500, ale cieszyła tak że godzinę po wypuszczeniu siedziałem jeszcze na skarpie uhahany jak dzieciak.



Zdjęcia ubogie, gdyż zapomniałem naładować baterii w aparacie (nie widziałem sensu tego robić) a i tak robienie sesji było karkołomne bo na mojej półce skalnej nie mieściłem się z matą i musiałem pozować stojąc za matą na wystającym ze skarpy kamieniu. Wrócę tam na pewno,to jedyne miejsce o którym mogę na 100% powiedzieć że nie ma takiego wariata co by mnie tam podsiadł. A rybka ma tam pewnie kolegów. Chyba .................

Tomasz Kocoń






Szybki Kontakt
Reklama
Reklama