Majowe początki sezonu - Kamil Oracz
Życie dość często pisze swoje scenariusze… czasem się zastanawiam czy w moim nie za często je zmienia. Pogoń za finansami i ciągłe życie pracą zabiera nam zbyt wiele czasu aby móc pomyśleć o sobie i poświecić się czasem „chwili relaksu” . Zeszły rok nie pozwolił mi niestety abym tę właśnie przestrzeń mógł zacząć w końcu wypełniać. W tym roku również lekko nie jest, lecz trzeba zacisnąć pasa i pomyśleć w końcu trochę o sobie i należytym odpoczynku w sposób jaki za dzieciaka spędzałem prawie co dzień nad moją pobliska wodą .

Majówka……hmm prognozy pogodowe na około 2 tygodnie przed majem nie nastawiały zbyt optymistycznie i do końca nie bardzo mnie przekonywały czy aby na pewno się uda pojechać gdziekolwiek. Po rozmowach z moim przyjacielem również niestety zostałem „naprostowany” iż na obiecujące wody niestety nie mam co liczyć za racji bardzo dużego popytu jak i rezerwacji na 2 miesiące przed terminem.

Zaczynamy więc poszukiwania „innej” wody strzał pada na nieznana mi wodę PZW……w tydzień przed planowanym wyjazdem jadę z kolegą na drobnicę. Dojeżdżamy do wody….rekonesans…i….hmm..może być ciężko. Obchodzimy pół jeziora i niestety brak miejsca aby jakkolwiek „wkomponować” się na brzegu z wędkami. Również pogoda nas nie nastraja optymistycznie przeplatając tą niezbyt ciekawą wizję momentami padającego gradu Druga sprawa - zaczynam mieć obawy czy na tą wodę oby nie za wcześnie? Jezior polodowcowe , głębokie z zimną wodą ….zbytnio drobnica nawet się nie chce jeszcze obudzić do lepszego żerowania. Honorujemy oczywiście wyjazd kilkoma płotkami „kalibru żywcowego”.




Na majówkę planuje jechać z bratem, z którym z racji innego miejsca zamieszkania i różnej specyfiki pracy nie mam zbytnio możliwości spędzenia kilku chwil nad wodą, jak to miało miejsce w beztroskim dzieciństwie. Szybka rozmowa i wspólnie stwierdzamy iż tę wodę jeszcze sobie odpuścimy, trzeba poszukać czegoś innego. Temat ciężki ale jeszcze w przed dnie przed majówką udaje się coś znaleźć „od biedy” ale wyjazd ma nie tylko być owocny w wyniki lecz po prostu spędzeniem czasu „po bratersku”
No to wyruszamy !



Samochód załadowany po przed wszystkim ciepłym okryciem z racji zimnych jeszcze nocy podczas prowadzenia zachowuje się niczym ciężarówka z wysokim tonażem.
Dojeżdżamy nad wodę o poranku. Wyładunek ekwipunku i zaczyna rozkładać wędki. Pierwsze rzuty „na ślepo” niech zestawy leżą „chociaż” już w wodzie.





Gotowi i pełni optymizmu rozpoczynamy dalsze prace nad przygotowaniem łowiska. Ja zajmuje się zanętą do spomba a brat rozpalaniem grilla aby również nakarmić nasze głodne brzuchy.

kiełbaski na dalsze na późniejsze donęcanie już punktowo na zestaw również są w przygotowaniu.



Brat myśliciel nader często wpadający w samo zachwyt skierował swe myśli ku słońcu niczym Aztekowie w danych czasach aby przekazało jemu co przyniesie jutro..



Założył również szczęśliwe skarpetki ,oglądając ostatnie reklamy mówiące o zainteresowaniu ryb pstrokatymi kolorami.



Na niewiele mu się to zdało iż padł pierwszy na macie. Okazem bym to nie nazwał………. raczej obawiałem się czy greenpeace nie przybędzie na odsiecz i zechce wypuścić jak najszybciej do wody.



Nęcimy 2 miejsca oddalone od siebie około 50 metrów, jedne porcje lecą w płytszą zatokę , drugie natomiast na głębszą wodę.




Dzień nie przynosi zbytnio efektów, niespecjalnie widać jakieś ślady obecności ryb nawet na wodzie. Obiecujący wieczór , nacdchodząca nocka i poranek niestety również nie przynoszą żadnych efektów. Pełny nadziei próbuje jeszcze sił w „Donaldzie”………



Niestety jedyne donaldy jakie miały branie to te uganiające się po całej wodzie za przedłużaniem bytu własnego kaczego gatunku.



Pozostała cześć natury również zaczyna się budzić ze snu zimowego i odkrywa swoje piękno








Przychodzi wieczór…..ograniczenia nie pozwalają nam na jeszcze jedną noc zasiadki…czas się pakować.


Karpie za grosz nie miały ochoty pokazać nawet swej obecności w miejscach nęcenia jak i pozostałej części wody.



Również info od pozostałych osób będących nad wodą ukazywały iż ryby po prostu zrobiły sobie przerwę.

Niestety czasem nie mamy wpływu mimo iż staramy się jak najlepiej możemy. Mówią ze nadzieja umiera ostatnia……ale może będzie lepiej kolejnym razem. Nie można się poddawać po jednym wyjeździe. Mimo to wyjazd uważam za udany. Miało to być głownie spędzenie chwil nad wodą sam na sam z bratem rozmawiając o wielu zaległych tematach, które teraz zostały nadrobione z nawiązką.



Kamil Oracz
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama