Rodzinna zasiadka w magicznym świecie Marka Hallasa


To było jak grom z jasnego nieba… Właśnie wracaliśmy samochodem do domu (ja prowadziłem), kiedy moja żona odebrała mój telefon i oznajmiła mi po chwili, że dzwonił jakiś Pan Kruszyna w związku z losowaniem, i że Martynka wylosowała nasz Team jako jeden z ośmiu na zawody portalu Carppassion na Rybieńcu . Bardzo się ucieszyłem, bo chciałem od dawna już spotkać się z Danielem i Markiem nad wodą. Podczas pierwszego mitingu „Karpiarze Martynce” otrzymałem od Daniela zaproszenie na zasiadkę na Rybieńcu:




Postanowiliśmy wspólnie z żoną, że wykorzystamy sytuację i po zawodach zostaniemy jeszcze kilka dni na tym samym stanowisku, dzięki czemu będziemy mieli je już odpowiednio zanęcone.
Na początku zawodów każda ze startujących ekip otrzymała od Addera pudło z najnowszymi produktami firmy, dlatego nie musiałem się martwić, na co będziemy łowić podczas naszej zasiadki. Nasz plan był prosty: do PVA ląduje najnowszy produkt czyli mix VBG o smaku secret fruit wymieszany z micro pelletem VBG również w nucie secret fruit. Oprócz tego każdy zestaw zasypujemy mieszanką kulek z najwyższej serii 5D supreme o średnicy 18 mm. w zapachach mellbery i king plum. Po krótkiej rozmowie z Danielem zupełnie odpuściliśmy sobie nęcenie kukurydzą i konopią, ponieważ ilość drobnicy w tym leszczy i karasi jest bardzo duża na Rybieńcu, a nam zależało na zwabieniu w łowisko dużych karpi i amurów. Wprowadziłem również zmianę polegającą na krzyżowym położeniu zestawów oraz wędek względem siebie tak aby zmylić ryby i inne zespoły startujące w zawodach. Daniel na początku podszedł do tematu sceptycznie, ale już po pierwszej nocy naszej rodzinnej zasidki kiedy na naszym koncie pojawiły się 3 ryby przyznał nam rację i pogratulował efektów. (hmmmmm :P - admin :P )



Dojazd do Rybieńca z Warszawy jest dość prosty. Z autostrady kierujemy się na drogę nr. 92 a później na S-kę w stronę Bydgoszczy i zjeżdżamy na Pobiedziska, a dalej już prosto na Rybno Wielkie. Dojazd do stanowisk jest utwardzony i szeroki, bez problemu można dojechać nad samą wodę nawet przyczepą kempinogową.

Kiedy już dojechaliśmy, oczom naszym ukazał się piękny widok. W niecce pomiędzy polami, jakby schowane przed oczami wścibskich ludzi, leży naturalne jezioro, którego brzegi obrosła trzcina. Podłużny kształt wody wskazuje, że jest to jezioro polodowcowe. Oba krańce wody obfitują w wysepki, które jak się później dowiedzieliśmy, nie są na stałe połączone z podłożem, ale przy silnych wiatrach zmieniają swoje położenie.

Wróćmy jednak do samej zasiadki. Ryby na Rybieńcu w dzień gromadzą się w zatokach, wygrzewając się na słońcu, a dopiero późnym popołudniem wypływają na żer. Lustro jeziora oprócz zatok ma około 9 hektarów, ale ryby nie pływają po całej wodzie. Raczej trzymają się jednego brzegu (oczywiście nie tego, na którym są stanowiska), dlatego zestawy najlepiej wywozić za pomocą pontonu, lub wynajętej łódki (dostępnych jest na Rybieńcu 5 sztuk).
Na zawodach nasza mała Beatka wylosowała nam stanowisko numer 5. Wziąłem to za dobry znak i postanowiłem, że pozostaniemy na nim również podczas zasiadki, tym bardziej, że nęciliśmy je już przez zawody. Stanowiska na Rybieńcu są oznaczone na przeciwległym brzegu za pomocą tabliczek, które określają odkąd dokąd można położyć swoje zestawy. Jest to bardzo wygodne i nie stwarza niepotrzebnych nieporozumień. Nasz kawałek wody wyglądał tak:



Czarnymi kropkami na zdjęciu oznaczyłem nasze stanowisko, a czerwonymi miejsca położenia zestawów. Ogólnie zestawy kładliśmy maksymalnie 2-3 metry od trzcin lub jak to mówiła Kasia na szerokość łódki. Odległość na jaką wywoziliśmy zestawy wahała się w granicach 150-160 m. dlatego proponuje odwiedzającym łowisko zabrać ze sobą plecionki oraz materiały na przypony strzałowe, ja wypróbowałem fluorocarbon z nowej serii produktów Addera i spisał się wyśmienicie.
Uważam, że nasze dzieci od najmłodszych lat powinny zapoznawać się z naszym hobby, bo to w nich właśnie powinna spoczywać nasza nadzieja na lepsze jutro polskiego karpiowania i polskich wód. A że moja córa już pierwszego dnia ochoczo przystąpiła do działania, oznajmiając mi:

- Tato choć na statek idziemy wywozić.



- Ile mam na Ciebie czekać?!



Nie miałem wyjścia i zabrałem moją najukochańszą 3 letnią run-nerkę ze sobą. Tak jej się to spodobało, że do końca naszego pobytu pływała ze mną każdego wieczora wywożąc wszystkie 4 zestawy. Oczywiście przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa (kapok obowiązkowy)
Rano moja urocza żona przygotowywała dla całego Teamu pyszne śniadanka, po południu obiady, a wieczorkiem kolacje. Najbardziej smakowała nam jajecznica na masełku z boczkiem i dymką z ogródka, który został zrobiony przy jednym ze stanowisk właśnie dla osób przebywających nad wodą.




Pan Marian pozwolił nam korzystać z ogródka, kiedy tylko będziemy mieli potrzebę. Dodatkowo przed odjazdem przygotował nam suszoną mięte, za którą jestem mu bardzo wdzięczny (przyda się do ajrana).
Do dyspozycji na stanowisku numer 5 mieliśmy grill, więc nie musieliśmy ciągnąć swojego z domu. Oprócz tego było specjalne palenisko do robienia ognisk, które nie niszczy trawy (zdjęcie mam i zrobię podobne na działce). Ponadto do wyboru do koloru były zgromadzone wiaderka, których jak wiadomo nad wodą nigdy nie jest za dużo (Kasia miała w czym zmywać naczynia). No i rzecz najważniejsza, lodówka!!! Nie pomyślcie, że na prąd taka, jak w domu. Po prostu zwykłym harcerskim sposobem wykopany dół w krzakach, nakryty wodoodporną pokrywą, do którego można włożyć szczelnie zamknięte torby z jedzeniem lub napoje. Powiecie, że to nie działa. A ja Wam odpowiem, że doskonale się sprawdza, bo przetestowaliśmy go przez tydzień podczas czterdziestostopniowych upałów.
Z resztą te upały w dzień mocno dałyby się nam we znaki, gdyby nie zrobione przez Pana Mariana przy każdym stanowisku „groto-pieczary w krzakach”. Pomysł bardzo dobry, bo wystarczyło wejść po kilku schodkach na delikatne wzniesienie, które jest za stanowiskami, żeby z piekielnego żaru znaleźć się w miłym chłodny i zacienionym miejscu. Mojej córce i żonie mocno to miejsce przypadło do gustu. Rozwiesiły sobie nad łóżkami moskitiery i wylegiwały się całymi dniami. Ja również z tego miejsca często korzystałem, gdyż nie dawałem rady wytrzymać nawet pod parasolem.




Na koniec przejdę do wyników, jakie udało nam się osiągnąć. Dla mnie ilość złowionych ryb nie jest wykładnikiem czy zasiadka była udana czy nie. Najważniejsze jest towarzystwo, dobra zabawa oraz sam fakt przebywania na łonie natury w ciszy i spokoju bez hałasów. W końcu ryby również dopisały, więc jestem zobligowany do tego, aby napisać, co skusiło się na smakołyki przekazane nam przez Marka Hallasa. Natomiast zestawy jakie nam się sprawdziły przedstawia zdjęcie poniżej.




Pierwszej nocy jako pierwszy zameldował się karp o wadze ok. 18 kg. nazywany przez miejscowych karpiarzy „CzIKITA”.



Branie nastąpiło około 2:30. Rybka dała się bez problemów doholować do brzegu. Dopiero w ostatniej fazie holu mocno zaczęła walczyć i musiałem wejść do wysokości trzcin do wody tak, aby wyprowadzić ją z trzcinowiska. Po wywiezieniu zestawu, około 5:30 odezwał się drugi sygnalizator i do worka trafił piękny karp o wadze 9 kg. Jego umaszczenie jest bardzo specyficzne, ponieważ powyżej linii bocznej ma ogromne łuski umieszczone asymetrycznie względem siebie i przypominające umaszczenie lampasa, natomiast poniżej linii bocznej jest zupełnie pozbawiony łusek. Kiedy pokazałem zdjęcie Markowi, powiedział mi, że nie przypomina sobie, aby wpuszczał taki okaz i że nigdy nie był on złowiony, dlatego przysługuje mi prawo nazwania tej rybki (muszę nad tym pomyśleć…).



Jako trzeci w worku wylądował karp o masie 7 kg. i było to o 6:30. Właśnie przygotowywałem mojej córce kaszkę mleczno-ryżową, kiedy usłyszałem potężny odjazd i zobaczyłem jak wędka spada z rod'poda i wpada do wody. Całe szczęście, że byłem na nogach i szybko podbiegłem chwytając w ostatniej chwili za dolnik, bo musiałbym szukać jej gdzieś na dnie zbiornika. Wszystko spowodowane tym, że na szpuli kołowrotka zostało po wywiezieniu raptem kilka nawojów plecionki.
Tak zakończyła się pierwsza noc, a poniżej przedstawiam filmik z ważenia i wypuszczania karpi.



Druga noc a raczej wieczór i ranek należały do Kasi, ponieważ udało jej się zaciąć i wyholować 2 karpie, niezbyt duże, myślę, że w granicach 4-6 kg. dlatego ich nie ważyliśmy tylko po zrobieniu kilku zdjęć zwróciliśmy im wolność.






Tak zakończyła się nasza wizyta na Rybieńcu, w magicznym świecie Marka, było nam niezmiernie przyjemnie tam gościć. Mam nadzieję, że uda nam się przyjechać nad to urocze jezioro jeszcze w tym roku na jesieni, podobno jest wtedy jeszcze piękniej.

P.S.
Tak z ciekawostek zapomniałem dopisać, że na Rybieńcu wielką atrakcją jest wybudowany przez Pana Mariana na jednym ze wzniesień „luksusowy” kibelek z widokiem na jezioro .

Szybki Kontakt
Reklama
Reklama