Z pamiętnika szalonego wędkarza. Okrągły rok prawie w telegraficznym skrócie.


Zima - Listopad 2011

Cały listopad jeździmy nad wodę. Nawet udaje się pojechać na zasiadkę rozkminkową, na jeziorko gdzieś za Sierakowicami, niestety wracamy bez brania. Jednak opowieści oraz zdjęcia, które widzieliśmy pokazują duży potencjał tej wody. Koniec listopada.
Jeszcze się nie poddajemy , jeszcze wędek nie odwieszamy na kołku. Przełom listopada i grudnia. Jedziemy nad wodę . Zimno, wietrznie trochę pada deszcz. Szaro buro , gdzie ta zieleń , która zachwycała soczystością, gdzie piękne grążele, bujna trzcina. Wykładamy sprzęt, zastawiamy się gdzie kłaść zestawy. Namiot rozbijamy przy samochodzie, gdyż tylko tam jest w miarę twardo i sucho. Wcześnie się kładziemy no bo co tu robić, jak o 17.00 już ciemno. Leżymy w łóżkach, piekielnie zimno, ciągle pada, na mojej centralce ciągle pojedyncze sygnały powiadamiają o niezwykłej, jak na tą porę roku, aktywności leszczy. W końcu podirytowany wyłączam centralkę. Zamykam oczy wmawiam sobie , że tylko na chwilę. Budzę się gdzieś tak koło pierwszej w nocy totalnie oszołomiony i zaspany. Artur chrapie, gramolę się z wyra, żeby zobaczyć co z wędkami. Wyłażę z namiotu odpalam papierosa. W połowie drogi, próbuję oświetlić miejsce, w którym z trzcin pionowo w górę sterczały moje wędki, ale ich nie dostrzegam „K... co jest”. Już nie tak pewnym raczej przyspieszonym krokiem dochodzę do tripoda.
Po tym jak sprytnie, mądrze, roztropnie, inteligentnie, rozsądnie, wyłączyłem centralkę, musiał nastąpić jakiś mega odjazd. Tripod wygięty do samej wody. Wędki pospadały z sygnalizatorów. Chyba tylko dzięki temu , że nóżki tripoda wbiłem głęboko w grunt cały majdan nie wylądował w wodzie. Jestem załamany, zastanawiam się czy powiedzieć o tym Arturowi. Za późno też wstał. Dochodzi do mnie, mówię mu co się stało. Oczywiście dostaję zasłużony opieprz. Początek grudnia, każdy dał by się zabić, za chociażby pojedyncze piknięcie, a ja wyłączam centralkę, to jakiś obłęd. Wracamy do namiotu, Artur całkiem zasłużenie jedzie po mnie bezlitośnie. Zasypiamy, do rana nic się nie dzieje. Z samego rana wstaje znowu na obchód. Dochodzę do swojego stanowiska , bez zmian. Sprawdzam wędki Artura i jedna z nich nienaturalnie mocno, wygięta do samej wody. Budzę Artura, ten próbuje zwinąć zestaw, który okazuje się być przesunięty i wbity w zielsko. Jesteśmy w szoku. Artur sprawdza swoją centralkę, piardła, nie działa, brak komunikacji z sygnalizatorami. Jesteśmy załamani. Wybraliśmy się na jednonocną zasiadkę na początku grudnia, mieliśmy dwa odjazdy no i obydwa przegapione. Dosłownie wstyd się przyznać.

Grudzień 2011

Zapowiadają łagodną zimę. Może wcale wędek nie chować ? Rozkminiamy nowe wody zarówno na papierze jak i bezpośrednio w terenie. Robię remanent sprzętu i kulek. Zamawiam trochę sprzętu w nadziei, że sezon rozpocznie się dużo wcześniej. Pomału zaczynam już przebierać nóżkami, wyglądam przez okno istnie jesienna pogoda. Namawiamy się z Arturem na połowę stycznia , że jedziemy, bez względu na to, co będzie się działo. Mijają święta, nowy rok. Spotykamy się u Artura, można powiedzieć , że regularnie. W oparach alkoholu i dymu z papierosów oglądamy filmy karpiowe jeden za drugim. To przestaje być śmieszne, ciągnie mnie nad wodę okrutnie. Wspominamy brania z ubiegłego roku. Mocno angażujemy się w tworzenie portalu o tematyce karpiowej co pozwala być w miarę blisko tematyki karpiowej i tym samym trzyma nas przy życiu.



Styczeń 2012

Niech to szlak !!!
Przyszła zima ze śniegiem, lodem , mrozem i całym tym gównem. Marzenia o styczniowej zasiadce rozpłynęły się jak kamfora. Kolejny miesiąc ( matko święta już drugi) kiedy nie pojadę na karpiki. Koniec świata dosłownie. Rozpoczynam pracę w nowej firmie dzięki czemu, na jakiś czas przestaje myśleć o karpiowaniu . Rzucam się w wir pracy bez reszty, aby zapomnieć, aby zając się czymś innym.
Niestety nie pomaga !





Luty 2012
Zima nie odpuszcza. Jestem w transie wszelkie czynności wykonuję machinalnie. Nie jem, nie myślę, nie śpię, nie myję się, nie wiem co jeszcze a i jeszcze nie pukam. Żona myśli, że zwariowałem, matka myśli że mam alzheimera , teściu mówi że mam inną babę. Jeszcze parę dni i faktycznie odlecę. Mam zwidy i omamy, wszędzie widzę karpie. W tramwaju, w mieszkaniu, w garażu, na głowie mojej żony, w szafie, pod prysznicem, na lampie. Wyciągam wędki z komórki i gdy siedzę i patrzę na nie, zaczynam płakać. Łzy lecą mi po policzkach jedna za drugą, z nosa cieknie, rozklejam się totalnie. Drżącymi rękoma dotykam kołowrotka, czuję jak delikatnie staje mi pituś.
Koniec lutego a już się ociepla !!!! Pogoda się zmienia. Zaczyna wiać. Dobry znak. Temperatura na plusie. Wypatruję pierwszych wiosennych promieni słońca. Jak wracam autostradą z Torunia widzę stado łabędzi i kluch dzikich kaczek powracających z dalekich ciepłych krajów. Dobry, bardzo dobry znak. Dalej spotykamy się z Arturem omawiając taktyki na nowy sezon.


Marzec 2012
Zaczynam odliczać nie dni, nie godziny, nie minuty tylko sekundy do pierwszej zasiadki. Czekam dosłownie w blokach startowych. Myśli wariują. Jestem przekonany , że jeszcze w tym miesiącu pojadę nad wodę. Nie kończę tego miesiąca gdyż wiem , że kolejny wpis to będzie na pewno relacja z zasiadki ...

WIOSNA


Marzec 2012


Jeeeeesssstttttt !!! Siedzę nad wodą zimno jak cholera. Jeszcze gdzieniegdzie lód przebija z przybrzeżne szarej roślinności. Drżącymi rękoma wyciągam wędki z pokrowca, rozstawiamy namiot, łóżka, śpiwory. Czynności, które zwykle drażnią, irytują tym razem dostarczają dużo frajdy. Siadamy na tzw. bagienku bo w zeszłym roku właśnie tam na wiosnę pięknie jechało. Nawet bagno, błoto i deszcz nie są w stanie popsuć nam doskonałych humorów. Wszelkie troski zostały gdzieś daleko w tyle, problemy dnia codziennego zniknęły. Jesteśmy radośni i pełni nadziei, że w końcu pojedzie, aleeeee ….. nie pojechało. Pierwszą zasiadkę tego roku kończymy z wynikiem 0. Mamy to totalnie gdzieś i wcale się nie zrażamy. Ponowny atak już za tydzień. Mijają kolejne dni coraz bardziej się ociepla. Na bagienku w tym roku lipa. Przenosimy się w inna miejscówkę też nie za dobrze. Nawet nie ma o czym pisać , kiepsko z odjazdami. Czyżby rybki się jeszcze nie obudziły Mija marzec.
Kwiecień 2012
Złe pasmo trwa. Dopiero Artur przerywa ciąg pustych zasiadek zaliczając trzy ryby w jeden weekend. Odgrażam się , ze dokonam tego samego i jak to się mówi „gupi ma zawsze szczęście”. Tydzień później ja też zaliczam piękne odjazdy i wyciągam trzy ryby (plus jedna zarybieniówka ale ta to się nie liczy). W końcu czujemy się spełnieni. Jednak stwierdzamy, że w tym roku słabo gryzą. Czujemy, że nie wstrzeliwujemy się ze smakami. Poszukujemy coraz to nowych kulek.
Z dużym dużym opóźnieniem rozkwita wiosna. Każda zasiadka kończy się w błocie i zimnie. Dostajemy ostro popalić od kapryśnej aury. Jednakże chęć upolowania upragnionej ryby wygrywa z przeciwnościami losu.












Maj 2012

Kombinacji z kulkami ciąg dalszy. Jak z nieba spadają nam kulki Gulp Carp IrishCrem, kulki wymiatają, zwykłe zanętówki a zachowują się pod wodą dużo lepiej od większości haczykowych z jakimi miałem do czynienia. Oczywiście do bałwanka jako druga idzie truskawka. I ten zestawik dopiero zdaje się podpasował rybką. Co zasiadka to regularne odjazdy.
Zaliczamy pierwsze spinki. Na razie wszystko zrzucamy na garb gęstego zielska, które w tym roku zarosło praktycznie całą linię brzegową. Każdy odjazd kończy się rybą zaparkowaną w zaczepach. Aby dostać jakąkolwiek rybę wypływamy już teraz do każdego brania. W maju zaliczam mega udaną zasiadkę podczas to , której skutecznie podbieram pięć rybek. Jak na tak wymagającą wodę jest to wynik rewelacyjny. Mało tego, gro brań zaliczam w ciągu dnia co jest dużym wyjątkiem. Do naszej szczęśliwej gromadki dołącza Mateusz. Straszymy go , że na naszej wodzie nic nie złowi, że musi zapłacić frycowe i przynajmniej jeździć rok bez brania. Niestety Mateusz nasz rozczarowuje i od razu zaczyna łowić karpie. Zastanawiamy się z Arturem czy w ogóle mówić mu ile my tutaj jeździliśmy i nic nie łowiliśmy. Jednak nie przyznajemy się , żeby nie wyjść na cienkich bolków. I co najgorsze jako jedyne jak do tej pory na naszej wodzie złowił karpia pełnołuskiego ( do dzisiaj mam traumę z tego powodu, nie mogę się pozbierać, jestem rozbity i mu troszeczkę zazdroszczą).











LATO

Czerwiec 2012


Czerwiec mija pod znakiem spinek i kombinacji z przyponami. Jezioroko na którym łowimy zarosło kompletnie. Nawet nie ma gdzie położyć zestawów. To już nie jest łowienie karpi, to walka o znalezienie miejscówki na położenie zestawu. Zaczynamy wywozić zestawy tam gdzie nigdy wcześniej nie łowiliśmy i o dziwo mamy odjazdy. Praktycznie co zasiadka łowimy w innym miejscu. Coraz częściej zaczynam mieć przeczucie , że umiem wytropić karpia. Zasiadki z Arturem są wyczasane po obłędzie. Żaden z nas nie ma ciśnienia na koniecznie wyholowanie ryby. Moje wędki są Artura a jego wędki są moje. Zacina ten , który w danej chwili stoi bliżej wędek. Sam fakt wytropienia karpia w gęsto zarośniętym zbiorniku jest dla nas wystarczającą rekompensatą. Czasami bywa tak , że już rano meldujemy się nad wodą , cały dzień gadamy i spijamy piwko i dopiero pod wieczór wywozimy zestawy. Pełen luz !

Lipiec 2012

Kolejny miesiąc, w którym kombinacja kulek IrishCream i truskawka okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Ciągle poszukujemy nowych miejsc na położenie zestawów. Pomimo środka lata cały czas dostajemy popalić. Deszcze, burze, wiatry, błoto, bagno, zimno. Zaczynam mieć już dosyć tego wszystkiego. Po każdej zasiadce wracam styrany, brudny, mokry. Jeszcze na początku roku nic nie było w stanie mnie zniechęcić do wędkowania za to teraz zaczynam już czuć delikatnie mówiąc irytację. Praktycznie w lipcu jestem dwa razy nad wodą w tym jedna ostra impreza suto zakrapiana alkoholem, czterdziestka Artura. Wypijamy może alkoholu a i tak udaje mi się poholować rybki. I to znowu z nowego miejsca. Wszyscy radośnie spędzamy czas nad wodą. Coraz bardziej przekonuję się do kulek zanętowych Venatio. Całkiem przypadkiem kupuję wanilie w sklepie wędkarskim w Kartuzach. Okazuje się, że te mega tanie kulaski przypadają karpikom do gustu.









Sierpień 2012

Jak na sierpień pogoda tropikalna. Słońce daj nam się we znaki. Zmieniamy miejscówkę tak żeby nie smażyć się na słońcu. Siadamy głęboko w lesie. I znowu mamy fajne odjazdy. Ryby w tym roku biorą jakoś dziwnie. Pomimo olbrzymich upałów najwięcej brań mamy pod samym brzegiem. Spinek ciąg dalszy. Wszędzie zielsko wszelakiej maści. Każde branie to trwoga, ze ryba zaparkuje w gęstwinach i nie wylezie. Praktycznie łowimy pół na pół połowa spinek i 50 % wyholowanych ryb. Nie jest źle ale mogło by być lepiej. Czekamy na wrzesień z nadzieją, że słońce odpuści i będzie można w końcu usiąść na miejscu , na którym jeszcze nigdy nie łowiliśmy.













JESIEŃ

Wrzesień 2012


Ciemno wszędzie, zimno wszędzie co to będzie co to będzie??????. Lato się kończy dni robią się coraz krótsze. Starujemy z jesiennymi zasiadkami bardzo udaną trzydniową wyprawą , na której łowimy kilka rybek. We wrześniu dopisuje pogoda. Cały czas łowimy ryby pod samym brzegiem co wyjaśnić nie sposób. Długi włos , na który zaczęliśmy kombinować w zeszłym roku przechodzi kolejna ewolucję. Tym razem zmiana dotyczy wielkości haczyka na przypon trafiają największe haki jakie mamy i o dziwo nawet kilku kilowe sztuki potrafią się zapiąć bez najmniejszego problemu. Zgodnie z założeniami w końcu siadamy w miejscy gdzie nigdy wcześniej nie łowiliśmy. Poszukujemy miejsc na położenie zestawów wśród krzaków, zielska, zatopionych drzew. Artur ma szczęście i znajduje rewelacyjną miejscówkę, z której jedzie mu regularnie. Zalicza dwa historyczne odjazdy, w których to, ryba była kompletnie nie do zatrzymania. Po tym co się działo wnioskujemy , że w tym jeziorze pływają mutanty a nie karpie. Mnie też udaję się wyszukać fajną mini zatoczkę pomiędzy trzcinami, z której jedzie regularnie nawet za dnia. Cały czas łowię na Irish Creame z pływająca truskawką. Dochodzi do tego , że ta kombinacja kulek ląduję na wszystkie moje zestawy.

Październik 2012

Mało czasu mam na rybki. Pomimo, iż zaczynamy jeździć na jednodniowe zasiadki i tak udaje się połowić. Zaliczamy jeszcze jedną udaną zasiadkę z Arturem na nowej miejscówce. Kapryśna pogoda częstuje nas raczej deszczem i wiatrem, rzadziej słońcem. Już zaczynamy zastanawiać się nad nowym sezonem. Podsumowań czas nadszedł. Sezon w miarę udany jednak rewelacji nie było. Mnóstwo spiętych karpi daje pole do przemyśleń nad nowymi technikami połowu w przyszłym sezonie. Pewnie kolejny raz będziemy zimą oglądać filmy karpiowe i wymyślać nowe przypony. Kończy się rok, wędki schowane głęboko w garaży a ja znowu nie wiem co mam począć ze sobą. Pewnie w styczniu i lutym kolejny raz będę odchodził od zmysłów rozpamiętując jak to fajnie było na rybach.








Epilog

Wielkie podziękowania dla moje ukochanej, wspaniałej żony, że jeszcze ma siłę tolerować takiego wariata jak ja, że wytrzymuje z gościem, który tylko szuka okazji aby każdą wolną chwilę spędzać nad wodą.
Wielkie podziękowania dla Artura, który potrafi wytrzymać ze mną nad wodą i ma siłę zdzierżyć, delikatnie mówiąc, moje specyficzne poczuciem humory.
Pozdrowienia dla wszystkich pozytywnie zakręconych i połamania kija w 2013r.

Tomasz Labuda




Szybki Kontakt
Reklama
Reklama