Cypriniada okiem "Patologicznym"


Jak co roku tak i tym razem z utęsknieniem czekałem już na IV Cypriniadę Gosławicką. Po drodze natknąłem się na kilka przeszkód, które spowodowały, że musiałem pokombinować, aby stawić się jeszcze dzień wcześniej na spotkaniu integracyjnym. Na całe szczęście poprzestawiałem trochę grafik w pracy i udało się stawić we wtorek. Jak to na integracji : alkohol, grill, a za nimi dobry humor. Jak się później okazało, zebrało mi się na nagrywane filmiku, który już pewnie widzieliście. Mieliśmy straszne darcie z tekstów, dlatego to co widzieliście, to już po obróbce. W końcu jestem tu po to, by się mega bawić, dlatego nie szczędziłem czasu i wykorzystywałem każdą chwilę.



Poranek po nocce był ciężki, ale szybki prysznic i śniadanko postawiły mnie na nogi. Nad łowisko powoli zaczęli zjeździć się Ci, co nie mogli przyjechać wcześniej. Fajnie widzieć te same osoby, bo jesteśmy już je sobą zżyci – baaa w końcu widzimy się tu nie pierwszy raz.

Przed samym losowaniem, standardowo jak co roku, konsumowaliśmy zupkę, która to nie jednego postawiła na nogi po melanżu ( prawda Radzio????).

Pomijając to i idąc dalej Tomek Spaszewski przywitał wszystkich przybyłych i zaprosił do losowania. Nie było udziwnień i standardowo jak co roku losowaliśmy na raz. Uważam osobiście, że to sprawiedliwe i daje każdemu równe szanse. Jako, że zawsze ja losowałem na zawodach, tak teraz pozwoliłem Radkowi zamieszać w kuble. Otwiera pudełeczko, a tam cyfra 14. Uśmiechnęliśmy się do siebie, przybiliśmy piątki, bo wiedzieliśmy, że to stanowisko jest jednym z najlepszych na całej wodzie.



Pogoda była bardzo dobra. Powiedziałbym nawet przesadnie ciepła. Zanim cały majdan rozłożyliśmy na pomoście i popływaliśmy po wodzie minęło równo trzy godziny. Nigdy nie lubiliśmy się spieszyć, bo to zły zwyczaj. Lepiej zacząć później łowić, ale mieć dobrze obadane łowisko.

Na stanowisku 14 łowiliśmy pierwszy raz. Po wypłynięciu na wodę zdziwiłem się, że tyle pod wodą pniaków po drzewach leży na dnie.

Właśnie w tych pieńkach postawiliśmy znaczniki i posypaliśmy zanętą. Woda w tych miejscach nie była aż tak głęboka, a widząc łabędzie nasze sypanie szybko się skierowały na nasze markery, aby za chwilę posilić się tym co wsypaliśmy. Widząc co robią ptaki szybko wypłynęliśmy i zwinęliśmy markery. Zestawy zaczęliśmy kłaść na „ ślepo” tym sposobem łabędzie już nam nie dokuczały, a my spokojnie przy cytrynówce mogliśmy czekać na branie.



W pierwszym dniu na macie wylądowały dwie sztuki w przedziale 6-11 kg. Byliśmy niemalże z Radkiem przekonani, że brania zaczną się nocą, bo w dzień był taki skraw, że nam nic się nie chciało, a co dopiero karpiom.

Nie pomyliliśmy się i jak mówiliśmy tak też było. W nocy wyjęliśmy sześć sztuk, a największy miał 13 kilogramów.

Impreza jest tak charakterystyczna ( biorąc pod uwagę inne zawody) tu można sobie krzyknąć, że słyszą cię na drugiej stronie : commonnnnn!!!! Hahaha. Nikt się nie skarży, wszystkim pasuje. Nikt nie krzyczy „zamknij mordę” po radości kibola, gdy borusja realowi strzelała gole. Każdy wie po co tu przyjechał, a cel jest jeden, się dobrze bawić – bez spinania.

Trudno wysiedzieć z dupskiem na swoim pomoście, jak do około sami znajomi. To ja nogi w troki i heja na pogaduchy. Trudno za pierwszym razem dotrzeć do wszystkich i przeważnie kończy się to gdzieś w połowie z wiadomych celów.




Balowaliśmy na pomoście 19, gdzie siedział Mariusz z Arkiem. Jak co roku Mariusz w tym okresie obchodził urodziny….i wszystko jasne. Cytrynóweczka wchodziła jak kompot przy niedzielnym stole podczas drugiego dania.

Pożegnałem się z chłopakami i wróciłem na pomost gdzie Radek wylegiwał się w łóżku. Podyskutowaliśmy chwilkę i położyłem się do łóżka. Nie minęła minuta, a na moim kiju odjazd. Zerwałem się na nogi i podniosłem kij. Szybko kamizelki na plecy i płyniemy po rybę. Kiedy rybę czułem na kiju, wszystkie wlane procentu z miejsca odparowały – adrenalina robi swoje. Po drodze na szczęście nie było problemów z zapychaniem szczytówki przez zielsko i przez to swobodnie mogliśmy dopłynąć do ryby. Kiedy nie kazałem Radkowi już wiosłować, czułem że po drugiej stronie jest duża ryba. Nie były to takie energiczne odjazdy, tylko duszenie do dna. Popuściłem hamulec i pozwoliłem rybie odpłynąć kilka metrów. Tym sposobem słabła i po kilku minutach przemieściła się do podbieraka. Wiedziałem, że to duża sztuka, ale kiedy zobaczyłem ją w grzbiecie wiedziałem, że to coś większego niż pozostał łowione wcześniej. Radek powiedział, że to chyba Tomek – największa złowiona ryba na łowisku. Ja odparłem, że chyba to nie ona, bo Tomek pewnie byłby większy.

Po przycumowaniu do pomostu nie wierzyłem. Kiedy wyciągnąłem rybę na matę zobaczyłem kolosa! Nie wierzyłem własnym oczom. Tak… to największa ryba łowiska. Commonnnnn!!!! Rozległo się po wodzie.





W tej samej chwili nad wodą zaczęły się zbierać gęste czarne chmury, z których przyszło gradobicie, ulewa i porywisty wiatr. Na szczęście trwało to kilka minut i po załamaniu pogody powróciła dobra pogoda.



Sędziowie na wiadomość o złowieniu dużej ryby, pojawili się bardzo szybko. Nikogo to nie dziwiło ponieważ to maskotka tej wody i ważne, aby jak najszybciej trafiła w dobrej kondycji do wody.

Na kordowskiej wadze wskazówka zatrzymała się na 26,800 co jest moim rekordem życiowym poprawionym o 8,600 kg Commonnnn!!!!!!!! Rozległo się po całej tafli wody. Pamiątkowe fotki i znany karp o nazwie Tomek odpłynął do swojej ostoi. Trudno mi było pozbierać myśli i uwierzyć w to co się stało.

Specjalne podziękowania dla Radka za pomoc w dopłynięciu do ryby, bo na pontonie o wiosłach, to trudno by było coś zrobić z tak waleczną rybą. Na prywatnej zasiadce pół biedy, ale na zawodach kiedy we wodzie pełno innych żyłek ryzyko splątania i spięcia ryby znacznie wzrasta.

Wykorzystując przybycie Rafała z Bartkiem jedziemy do sklepu po napoje, aby opić to co się wydarzyło. Opisywał tego nie będę, bo każdy wie jak walnąć kielona. Nic tak nie smakuje jak robiona cytrynówka przez jedną z Radka koleżanek, ale nie ma co gardzić czystą, bo jest co opijać.

Na drugi dzień zjawia się Jarek. Przywozi ze sobą szampana , którego mi ofiaruje za złowienie swojej życiówki.




Wypijam go całego sam i razem wszyscy udajemy się pod wiatę, gdzie spotykamy się zawsze ze wszystkimi łowiącymi w środku zawodów. Na stołach czekały dla nas wędzone sumy i piwo. Po oblizaniu paluszków jak co roku odbył się konkurs rzutowy. Mimo takiej "śruby" udało mi się dostać do finałowej trójki. Drugi rzut poszedł jakoś w bok ( przez zatoczenie?).



Pojedli, popili, pośmiali…..to i trzeba wracać na stanowiska i próbować swoich sił dalej.

W miedzyczasie organizatorzy organizują szybki konkurs na Mistera Mokrego Podkoszulka który jednogłośnie wygrywa Rafał Matuszewski




co tańcem GANGNAM STYLE uczcili uczestnicy



W oddali trwały testy nowego modelu łódek zdalnie zeskakujących z pomostu.




Poszedłem spać i tak spaliśmy do godziny 23 :00, bo Radka sygnalizator zaczął wyć niemiłosiernie. Radek wyciągnął ślicznego łuskacza, któremu dawałem 16 – 18 kg. Okazało się, że zmieściłem się w oscylowanym przedziale, a waga pokazała 16,800 kg.



Ostatni dzień zawodów, wczesny ranek. Kilka godzin do zakończenia. Ryby zaczęły tak nam żerować, że mamy w jednym czasie strzały na dwa kije. Niestety podczas próby przyholowania ryby do pomostu zaliczyliśmy spinki. Z zegarkiem w ręku o godz. 09:38 zebrało mi się, aby jeszcze wypłynąć i położyć zestaw. Radek mówił, abym dał już spokój „ co zdziałasz w 22 minuty”, bo tyle dzieliło nas od zakończenia zawodów. Postawiłem na swoim i wywiozłem ten zestaw. Hahaha….za pięć minut dziesiąta, a ja z tego właśnie kija mam branie. Płynę po rybę, aby jej nie spiąć i podbieram. Nie za tęga, ale liczy się branie. I po wodzie okrzyk - Commonnnnn!!!!

Kto lubi się pakować? Ja nienawidzę, a już tym bardziej jak wszystko mokre od deszczu, który nas nie opuszczał od sobotniego ranka. Na szczęście cytrynówka pozwoliła zapomnieć o mokrych rzeczach noszonych na sobie i dzięki witaminie C się nie rozchorowaliśmy.

Droga powrotna z pomostu pod wiatę nie była usłana różami, a błotem i koleinami, które zrobiły wcześniej przejeżdżające auta. Normalnie jak na jakimś rajdzie w błocie z dreszczem pikanterii, bo dupa samochodu chodziła po całym wale. Patologic lubi ekstremalne warunki i po chwili zabłoconym autem zjawiamy się pod wiatą.

Ogólnie na IV Cypriniadzie złowiono rekordową ilość ryb. Spowodowane to jest częstym zarybianiem jak i większym doświadczeniem łowiących.



Szkoda, że jeszcze rok trzeba czekać na kolejną Cypriniadę, ale jak to już bywa, czas płynie zawrotnie szybko i miejmy nadzieję, że tak też i będzie w praktyce.

Jak ktoś kiedyś powiedział „ Chciałoby się cofnąć czas…..ale nie po to, by coś naprawić, a po to by przeżyć to jeszcze raz”

Podpisuję się pod tym i daje sobie głowę odciąć, że każdy uczestnik imprezy jest tego samego zdania.

Na sam koniec zdradzę receptę na te wodę :

Kto nie pije – ten nie łowi – takie motto Patologii



Cammonnnnnnnn!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pozdrowienia dla wszystkich uczestników imprezy za wspaniałą zabawę. Do zobaczenia na kolejnym moczeniu kija.

Dominik Śrubas




ps. redakcyjne

Wielkie dzięki za dziesiątki telefonów od uczestników tej imprezy dzięki którym mogłem być z wami.
Nie jest kurtuazją co przysięgam wielka radość z wspaniałego rekordu Dominika oraz kolejnego sukcesu organizacyjnego.

Do zobaczenia w przyszłym roku.

;) Kilka foteczek wyrwanych z faceeboka z opisem sytuacji które nie miały miejsca to taki redakcyjny chochlik z pozdrowionkami dla Bandyckiego mistera na czele ;)




Szybki Kontakt
Reklama
Reklama