II ZAWODY Z CYKLU GRAND PRIX 2013 - SK SŁOŃ GNIEZNO- ŁOWISKO RYBIENIEC


W dniach 19-21.07.2013 r. zostały zorganizowane II zawody z cyklu Grand Prix Stowarzyszenia Karpiowego „Słoń” z Gniezna. Przyjęło się już u Nas praktycznie, że przed zawodami któryś z Naszych członków robi sobie dłuższą zasiadkę i siada na łowisku przynajmniej ten jeden dzień wcześniej. Wiadomo jak to jest, czym dłuższa zasiadka, tym większa szansa na spotkanie z tymi „ogromniastymi”. Z racji tego, że za tydzień miałem obchodzić urodziny postanowiłem, że sam sobie zrobię prezent i pojadę na najdłuższą zasiadkę w mojej całej karpiowej karierze. I tak oto Ja wraz z Jackiem Jędroszykiem wyruszyliśmy w poniedziałek wcześnie rano, na łowisko Rybieniec aby przez cały tydzień zmagać się z naszymi cyprinusami.



Autka popakowane pod sam lakier i na łowisku meldujemy się przed 9.00 na stanowisku nr.1. Szybkie rozbijanie ekwipunku skutecznie psuje nam lejący tego dnia deszcz. Zdążyliśmy tylko rozbić nasz salon. Chwile czekamy.. i z każdą minutą leje coraz mocniej. Patrzymy na siebie i mówimy szkoda czasu. Nie po to przyjechaliśmy żeby teraz czekać pod namiotem. Po 15 minutach mokrzy ale szczęśliwi wywozimy pierwsze zestawy. Dwa pod trzcinki ok. 5-6m (przed) oraz jeden pod marker, praktycznie na środku wody. JJ robi identycznie i ok. 9.30 mamy swoje zestawy w wodzie.


Rybieńcowe karpie nie dają długo na siebie czekać i już o 10.00 jedzie u mnie... Podnoszę kija, 2-3 walnięcia i ryba spada... Nieco wkurzony mówię do JJ’a, że mam nadzieję, że nie była to jedyna ryba, którą uświadczymy na zasiadce. Jak prorocze były to słowa, nawet przez myśl mi by to nie przyszło co wydarzy się przez kolejne 48 godz. I tak o to, po 20 min na ten sam kij co wywiozłem przed chwilą, bierze kolejny karp. Bez zastanowienia wskakujemy do pontonu i śmigamy w kierunku ryby... Czuję, że naprawdę ładnie walczy... Karpik pokazał się na powierzchni dopiero krótko przed podebraniem. Hol trwał ok. 20 min i skutecznie odebrał mi siłę w rękach. Jak się potem okazało przy ważeniu, jest to karp ochrzczony imieniem „Bruno” z charakterystyczną szramą na ciele. Waga wskazała 14,3kg a rybka przy operatorze filmowym powróciła do swojego domu.




Dwa brania i jedna bardzo okazała rybka na macie w ciągu 20 min. Mówię sobie:… jest dobrze. A to tylko przedsmak ;) Na trzecie branie czekamy do godz. 13.00 i wydawało nam się jakby to była już cała wieczność. Znowu jedzie u mnie i… znowu na ten sam kij. Sytuacja podobna do brania pierwszego kiedy to ryba zaczyna szaleć i po ok. 10 sekundach spina się z haka. Największy zawód jaki może spotkać karciarza, kiedy to czekając na branie holujesz rybę już rybę a ona okazuje się sprytniejsza. Aczkolwiek i takie chwilę wpisują się w tą całą otoczkę karpiowania.





Szybka wywózka siadamy na fotelach i czekamy dalej za piiiiiiiiiiknięciami. Godz. 14.00. spada swinger a w myślach mam amura... Niestety po zwinięciu zestawu okazuję się, że na hak uczepił się mały leszczyk ok. 70 dag. Skubany wziął na zestaw, który właśnie miał odstraszać takie przyłowy bo na włosie wisiał bałwanek 20mm i 18stka. A on idealnie wpięty za dolną wargę. Godz. 16.00 i jest pierwszy odjazd na wędkach Jacka. Solidnie wybiera żyłkę i wpływa w zatoczkę która jest usytuowana jakieś 50-60 m na lewo od nas. Ponton, podbierak i płyniemy. Spodziewamy się naprawdę dużej ryby, bo Jacola wędka wyginała się niemożliwie a z kołowrotka było tylko słychać wysnuwającą się żyłeczkę. Po 10 min przeciągania liny ukazała nam się ok.5-6kg rybka. Nie duża jak na to co wyprawiała z nami na wodzie. Waga wskazuje 5,6 kg. Pierwsze karpie zaliczone i już nam się gęby nieźle cieszą. W końcu czas na jakąś „wszamkę” żeby zregenerować siły.



Chwila odpoczynku, bo ok. godz. 17.45 kolejne branie u mnie... znowu ta sama wędka. Postanawiamy, że tym razem damy szanse rybce poholujemy ja z brzegu. Kilka minut później już tego razem żałowaliśmy bo karp wziął na moją skrajną prawą wędkę a wylądował na skrajnym lewym u Jacola w zatoce. 6 zestawów w jednym. Niezła promocja tylko, że nie w tym przypadku. Niezłe dzikusy z tych karpi, są naprawdę waleczne jak na swoją masę. Kolejny z przedziału 5-6kg. Ogarnianie zestawów trochę nam zajęło czasu i tak ok. godz.19.00 robimy wieczorną wywózkę. Wieje lekki wiaterek północno-zachodni. Godz.20.00 i kolejne branie u JJ’a. Znowu u Niego, na ten sam kij, z zatoczki po lewej stronie. Waga 5,2 kg. 21.20 znowu odjazd u Jacola. Standardowo to samo wędzisko i zatoczka. Nieźle gryzą na truskawkowy mix. Pięć minut po dwunastej, tym razem u mnie gryzą. Szybka akcja i jest na macie karp ok.6 kg. Wypuszczamy go i piszczy coś na wędkach Jacka. Tak, to jest kolejne branie. Nawet nie ma czasu by umyć ręce. Kolejna szybka akcja i kolejny z przedziału 5-6kg.







Po 30 min odzywa się mój sygnalizator i jest karp z tej samej rodziny co poprzednio 5-6kg. Zaczynamy sobie mówić, że w końcu powinny przestać brać, bo jakoś trzeba się wyspać. Nie minęło 5 min. a tu odjazd u Jacola. 6kg na macie a my mamy powoli dosyć. Godz.3.25 i ponownie wyskakujemy z łóżek do brania. Kolejny 5-cio kilogramowy karp ląduję w podbieraku. 3.50 a my jak z automatu. Czołówki, podbierak ponton i płyniemy już nie lekko zmęczeni. Po jakichś 5 min walki rybka się spina a my wracamy prędko do swoich wyrek. Coś nam nie było dane spać tej nocy bo po 15 minutach czyli cos ok. 4.05 kolejne już, nie pamiętam które branie... Płyniemy po rybkę w Jacola zatokę i tuż pod podbierakiem ryba się spina. To już chyba zmęczenie daje znać o sobie bo prawie dobę jestem bez snu. Po braniu znajdujemy siły jeszcze na wywózkę i donęcamy wszystkie zestawy. Godz. 6.00 wita nas kolejnym odjazdem oczywiście karpiem 5-6 kg. 6.15. i już jedzie u Jacka... Waga standardowa 5-6kg. Kiedy tak sobie gadamy, że to w końcu musi się skończyć o godz.6.35 jedzie na moich zestawach.. kolejny karp 5-6kg. Godz. 8.15 i mamy karpia 6,6kg. O godz. 9.50 melduje się kolejny „waryjot” z przedziału 5-6kg. Godz. 10.20. i odjazd... Płyniemy znowu po rybę ale tym razem ukazuje się nieco większy karp a waga wskazuje 8.8 kg. Godziny 11.10 nigdy nie zapomnę i kolejnych 25 minut spędzonych na pontonie wraz z Jackiem.


Odjazd, jakby stado karpi się zahaczyło i chciało mi wciągnąć poda do wody. Po dopłynięciu do ryby zorientowałem się, że jak na karpia to dziwnie walczy. Po cichu obstawiałem amura bądź też suma. Długo się nie pokazywał... po ok. 20 minutach pierwszy raz wyszedł do powierzchni i dopiero wtedy byliśmy pewni, że mamy przyjemność holować piękną rybkę jaką jest amur. Takich dzikich odjazdów i murowań do dna jeszcze nie przeżyłem. Tylko Jaca co chwile się śmiał z moich min jakie robiłem... Nie wiem kto był bardziej zmęczony: Ja czy Amur. Mój hak nr.2 w pysku amura wyglądał jak 16stka na płotki ;) Dopływamy do brzegu a tu nas wita publika w postaci właściciela łowiska czyli Marek Hallas oraz opiekun wody Pan Marian. Sprawne ważenie, kilka fotek i całe 11.3kg wraca do wody




. Amurek po 10 min odpoczynku znika w toni wody machając nam płetwą na pożegnanie. Teraz jest w końcu czas na jakieś śniadanko do którego podchodzimy od jakichś ponad 3 godzin. Najedzeni, chcieliśmy się trochę przespać ale w namiocie skwar nie do wytrzymania. Na zewnątrz też nijak do spania. Zaczął się lać skwar z nieba i brania jakby zaczęły robić się rzadsze. Ok. godz.15.05 odzywa się sygnalizator u JJ’a i po 5 min holu mamy kolejnego przedstawiciela z rodziny 5-6kg. O 17.40 kiedy już zwątpiliśmy w brania położyliśmy się spać ale ok. godz. 18.20 ponownie branie, tym razem u mnie. Znowu karp ok. 5-6kg.


W między czasie na stanowisko nr.2 dojeżdża do nas kolejny spragniony brań karpi - Tomek Bartkowiak. Szybkie wypakowanko i już za nie długo, jego zestawy także są we wodzie. Sygnalizatory, które do tej pory wyły bardzo często pozwoliły na odrobinkę snu. Obudziły nas dopiero o godz. 0.40. i był to karp 6kg. Łowcą karpia Jacek. 3.25 i kolejny pisk sygnałków u Jacka. Kolejny 5-6kg karp. O godz. 4 oraz 5 łowiący na stanowisku Tomek zalicza 2 spinki. Nad ranem przy pięknym wschodzie słońca budzą nas moje sygnałki. I na macie ląduje standard. ;) Ostatnie branie jakie notujemy na stanowisku nr. 1 jest o godz. 8.00 i niestety rybka u Jacka spina się tuż przy samym pontonie. Także w tym samym czasie holuje rybę Tomek i wyciagą standarda ok. 5-6kg. O godz. 10.00 Tomek doławia jeszcze jedną rybkę ok. 5kg. Po śniadaniu w środę tj. 17.07. przenosimy z Jackiem cały majdan na stanowisko nr.5 a Tomek przeprowadza się na stanowisko nr. 6. Robimy sobie duże nadzieje na hole ładnych ryb bo „Piątka” spod wierzb, jest ochrzczona jako te najlepsze miejsce na duże ryby. No i się nieco rozczarowaliśmy... Ale z drugiej strony, to co się działo w poprzednich nockach nie miało prawa już się chyba powtórzyć.... jak to mówią: co za dużo to nie zdrowo... i tak też było... Ale po kolei... Przenosiny zaliczamy ok. godz. 13.00. Poszło w miarę sprawnie, gdyż z pomocą przyszedł nam nie kto inny jak Maryś- opiekun wody.

Dzień mija bardzo niezwyczajnie- a to dlatego że od zmiany miejsca przez cały dzień nie mamy brania... Dopiero o godz. 20.20 kiedy ucinaliśmy sobie pogawędki na przeróżne tematy, spod wierzb ucieka zapięty karp o czym wyraźnie informuje mnie niebieska dioda na centralce i przeszywający dźwięk. Wraz z JJ’em wypływamy po niego pontonem i po kilku minutach jest już długo wyczekiwany karpik. Waga- tu nikogo już chyba nie zdziwię 5-6kg . Po wywiezieniu zestawów ponownie zasiadamy w swoich fotelach i sącząc pomału nasze drineczki dochodzimy do wniosku, że czas na kimanie. Zanim jeszcze słoneczko się ukazało o godz. 3.45. zaliczam kolejne branie. Niesamowicie już okrutnie zmęczony, przegrywam walkę z karpiem i ze spuszczoną głową udaję się do wyrka kontynuować sen. Budzimy się rano wraz ze wstającym i dość mocno już grzejącym słońcem o 8 nad ranem... Pod względem brań, czwartek jest najgorszym dniem jaki nas zastał na tej zasiadce. Przynajmniej jest czas dla siebie, trochę popichciliśmy, zorganizowaliśmy karpiowe SPA w moim „Kolibri”,





gdzie można było zaczerpnąć orzeźwiającej kąpieli oraz skorzystać z opcji all inclusive u stacjonującego barmana, który obchodził urodziny ;) Czas mijał a kolejni członkowie zaczęli pomalutku się zjeżdżać. Na stanowisko nr.4 przyjechał Marek Kolski, który jest drugi w klasyfikacji po pierwszych zawodach na Starym Stawie. Następny, który się zjawił to Leszek Kuczewski, posiadacz jak do tej pory żółtej koszulki lidera po pierwszych zawodach. Leszek ma zarezerwowane stanowisko nr.1 czyli to, na którym Jacek i ja tak okrutnie połowiliśmy. Z ostatnich, którzy mają się zjawić dojeżdża Piotrek Konieczny, Waldek Pioterek, Piotrek Blaszyński oraz Marcin Arski. Prezes rozbija klamoty na stanowisku 4 razem z naszym specjalistą od skuterów a Piciu „Coco” Konieczny postanawia, że dopiero zacznie łowienie od jutra czyli od początku zawodów. Na całej wodzie cisza, ryby jakby się wyprowadziły. Ten obraz w ogóle nie przypominał tego co się działo 2 doby temu. Taki już urok wędkarstwa a w szczególności karpiowania. Zanim się obejrzeliśmy to słońce już tylko ledwo wystawało ponad horyzont, majestatycznie rozświetlając cały wschodni brzeg. Czyli do gry weszły kiełbaska, karkówka, oraz inne specjały o smaku cytryny oraz Jasia Wędrowniczka. Ogólny chillout, Łomżing, grilling... ;) jak to jeden z nas mówi: „Nie ma się co pipać po szczypie” i trochę odpocząć od naszych nieco już ospałych karpi. Miłym przerywnikiem całego naszego wypoczynku było branie karpia ok. godz. 23.20. i była to jedyna ryba, która zasmakowała w naszych kuleczkach.





Z racje tego, że od dzisiaj zaczynały się zawody wstajemy wcześnie rano, jemy śniadanko i niestety Jacek, mój kompan z którym zaliczyłem wspaniałą zasiadkę, musi się pakować i śmigać do roboty. Ok. godz. 8.05. kiedy większość klamotów już była spakowana, Jacol dostaję jeszcze jedną szansę na wyholowanie karpia. Zacinka i siedzi. Kiedy podpłynęliśmy praktycznie pod samą rybę ta niestety płata nam figla i spina się... Nie była jakaś okazowa ale liczy się każdy udany hol. Przy okazji dziękuję JJ’owi za pomoc i dotrzymane towarzystwo oraz za niezapomnianą atmosferę „Łomżingową” Dosłownie 5 min później następuje branie na stanowisku nr. 6. czyli u Tomka „Lopezo” Bartkowiaka i po krótkiej chwili jesteśmy już na pokładzie Kolibri aby podebrać rybę... Jak się okazało nie była to łatwa sztuka bo trafił się Tomkowi nie byle jaki przeciwnik- „Wariat”. Złowiony wcześniej przez Marka Hallasa, któremu także dostarczył nie lada emocji wyskakując podczas holu na 0,5 metra ponad powierzchnię wody. Walka była ostra i zacięta, ani „Lopez” ani „Wariat” nie chciał dać za wygraną... Dłuższą chwilę potem, wygranym okazał się ten pierwszy... Już na brzegu ważenie ryby i waga wskazuje 12,7kg. Czyli bardzo ładny wynik.


Z tego miejsca także chciałem podziękować Tomkowi za pomoc, pogawędki na szerokie spektrum tematów oraz za atmosferę jaka panowała od samego początku. Tak to jest... jedni wyjeżdżają, drudzy byli już w drodze na łowisko. I tak dojechali do nas jeszcze Jurek Meller, Sławek Kapciński, Marian Halik, Radziu Przybyłowicz, oraz Darek Frankowski. Jedynymi, którzy mieli jeszcze dojechać byli Tomek Pokorski oraz Bartek Gośliński, którym obowiązki służbowe pokrzyżowały plany wcześniejszego przyjazdu. Wszyscy prawie w komplecie a więc czas rozpocząć oficjalnie zawody. Krótka wzmianka odkąd, dokąd łowimy i przystępujemy do losowania. I tak wylosowaliśmy następujące stanowiska: nr.1. Marian Halik oraz Sławek Kapciński, nr.2. Radosław Przybyłowicz i jak się później okazało Bartek Gośliński, nr.3. Leszek Kuczewski oraz Piotr Konieczny, nr.4. przypadło Piotrowi Blaszyńskiemu i Marcinowi Arskiemu, nr.5. była okupowana przez Marka Kolskiego i Waldka Pioterka, nr.6. wylosowali Darek Frankowski i Dawid Kortus, a na przedzielonej 7 usadowili się Tomek Bartkowiak oraz Tomek Pokorski. Zawody oficjalnie rozpoczęte i tylko widać jak wszelkie pojazdy wodne śmigają po tafli Rybieńca. Po tym boomie związanym z wywózką zestawów, przyszedł czas na chwilę relaksu przy kawie, bądź jak kto wolał przy browarku ;) Ja nie wiem czy na Rybieńcu mamy zaklepane jakieś fatum czy nie… ale od kiedy wybrzmiewa gong rozpoczęcia zawodów ryby jakby nieco wstydliwe rozchodzą się po swoich kątach i ani widu po nich ani słychu. Czas leciał, a my spędzając czas przy grillku wyczekiwaliśmy brań karpi. Po godz. 22 przyjeżdża Tomek na st.nr.7. szybkie wypakowanie i już po nie długim czasie także i jego zestawy we wodzie. Karpie jak zaczarowane czekały chyba na przyjazd Poki’ego bo to właśnie on po kilkunastu minutach po wywiezieniu swoich smakołyków notuje pierwsze branie na zawodach




. Oficjalne ważenie i z wagą 4kg przoduje już w klasyfikacji ;) Przez całą noc już nie było żadnych brań ale za to integracja nadrobiła ten niedosyt ;) Rankiem ok. godz. 8.00 (magic hour) budzi nas odjazd u Tomka Bartkowiaka, który podbiera karpia o wadze 5,6 kg i wychodzi na prowadzenie. W dzień zero odjazdów, gdzie nie gdzie notujemy pojedyncze piknięcia sygnalizatorów lub typowe opadówki.

Zdarzają się przyłowy leszcza oraz lina. Mój linek ma ok. 70dag a leszcz Tomka Bartkowiaka 1.8kg. A tak na całej wodzie renta… aż piszczy. Sobota mozolnie płynęła w ponad 30st. upale. W grę wchodziło jedynie szukanie cienia oraz polewanie się schłodzoną wodą. Z nudów nawet ugotowaliśmy pyszny kompocik z mirabelek ;) Wieczorkiem przy znacznym spadku temperatury, znów zaczął dopisywać apetyt więc czas aby rozpalić grilla i nakarmić całe nasze towarzystwo. Po godz. 1.00 rozchodzimy się do spania. Ok. godz. 3 oraz 4.30 Tomek Pokorski na siódemce doławia dwa karpie 4.2kg oraz 4.4kg i teraz to on lideruje. O godz.5.00 odzywa się mój sygnalizator. Szczerze powiedziawszy to już zaczynałem wątpić w ten cudowny głos, który rozbrzmiewa w trakcie brania. Zacinam i płyniemy wraz z Pokim po rybę. Troszkę byłem zaniepokojony o rybę, bo w pewnej chwili zorientowałem się, że plecionka zahaczyła o stojący tam marker, który do góry był wykończony jakimś korkiem od wina.


Po chwili strachu nareszcie ryba była tam gdzie być powinna, czyli w podbieraku. Już wiedziałem, że nie był to Rybieńcowy standard, bo rybka wyglądała na troszkę tęższą. Na brzegu okazało się, że ryba waży całe 8,6kg i tym samym wskoczyłem na drugie miejsce podium oraz miałem największą rybę zawodów.





Długo nie trwała moja radość z drugiego miejsca, bo niemalże jednocześnie, obydwaj Tomasze zaliczają branie... ja płynę z Pokim po rybę a Lopez holuje z lądu... Kiedy już podebraliśmy rybę do pontonu, wracając widzieliśmy, że sesja już w toku z 5,3kg karpiem. Pokiego waży 4,8kg i tak małymi kroczkami brnie ku zwycięstwu w zawodach na Rybieńcu. Jakby im tego było mało, w krótkim odstępie czasu znowu obydwaj mają odjazdy na swoich wędziskach.



Tomek Bartkowiak dostaje karpia o wadze 4,8kg a Tomek Pokorski nieco grubszego bo 5.1kg. I tym samym była to ostatnia ryba na naszych zawodach. Pozostało już nam tylko przyszykowanie nagród i pucharów dla zwycięzców oraz ich wręczenie.






Dodatkową nagrodę za największą rybę zawodów ufundował właściciel łowiska i firmy Adder Carp - Marek Hallas, za co serdecznie dziękujemy. Zwycięzcą z wynikiem 22,5 kg został Tomek Pokorski łowiący na stanowisku nr. 7. I-vice mistrzem z wynikiem 15,7kg został Tomek Bartkowiak również stanowisko nr.7 a trzecie miejsce z wynikiem 8,6kg przypadło Dawidowi Kortusowi.
Klasyfikacja Zawodów Rybieniec 2013


Tomek Pokorski 22.5kg 20+5=25pkt
Tomek Bartkowiak 15,7kg 19+3=22pkt
Dawid Kortus 8,6kg 18+1=19pkt





Klasyfikacja generalna po II edycjach GP Stowarzyszenia Karpiowego „Słoń”
Leszek Kuczewski 25pkt 29,5kg
Tomek Pokorski 25pkt 22,5kg
Marek Kolski 22pkt 20,7kg
Tomek Bartkowiak 22pkt 15,7kg
Waldek Pioterek 19pkt 18,0kg
Dawid Kortus 19pkt 8,6kg
Sławek Kapciński 17pkt 14,1kg
Dawid Kubiak 16pkt 6,5kg

Patrząc na klasyfikację generalną bardzo ciekawie zapowiadają się nasze ostatnie zawody, które odbędą się na łowisku Nekielka w dniach 20-22.09.2013r. Każdy z nas ma jeszcze teoretycznie szanse na wygranie całego cyklu GP.

Z karpiowym pozdrowieniem
Dawid Kortus


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama