Lipcowa zasiadka - Krystian Kubiński
Wszystko zaczęło się 2 lipca 2005r. Spotkałem się z moim kolegą, z którym jeżdżę na wyprawy i wspominaliśmy dawne czasy. Opowiadaliśmy sobie o karpiach jakie nam się zrywały, śmiesznych sytuacjach, amurach odbijających od brzegu jak torpedy łodzi podwodnych. Podekscytowani wspomnieniami wpadliśmy na pomysł, aby wybrać się nad wodę i złowić jakiegoś misiaczka. Uzgodniliśmy termin wyprawy i od tej chwili codziennie się spotykaliśmy, aby dogadać i zaplanować wyjazd.


Trzy dni przed wyjazdem gotowaliśmy kukurydze, pszenice i konopie, aby zanęcić łowisko. Miejsce sypaliśmy ziarnami, pelletem i kulkami. Po trzech dniach nęcenia postanowiliśmy w końcu wyjechać. Na miejscu zjawiłem się 5 lipca o 9.00 rano. Rozbiłem obóz, rozłożyłem wędki i czekałem na przyjazd kolegi. Wszystko zapięte było na "ostatni guzik". Kumpel zjawił się o godzinie 15.00 pomogłem mu się rozpakować i rozstawić wędki. Przygotowaliśmy zanętę, założyliśmy kulki na zestawy i spokojnie wypłynęliśmy zanęcić łowisko. Godzinę po nęceniu wywieźliśmy zestawy. Nie była to daleka odległość, bo ok. 100 metrów, ale lubimy mieć pewność, że zestawy leżą tam gdzie trzeba i nie poplątały się podczas rzutu. Spokojnie wróciliśmy do brzegu i wygodnie usiedliśmy w fotelach. Przyjechali znajomi i jak zwykle dopisywał nam humor. Opowiadaliśmy im o ogromnych karpiach i opowiadaliśmy kawały. Od czasu do czasu słychać było jakieś piknięcie sygnalizatorów. Na razie na hakach lądowały tylko leszcze i nawet okazałe, bo ok. 4kg, ale mieliśmy ich dosyć bo czekaliśmy na nasze cyprinusy i amury a nie leszcze. Na jednej wędce mieliśmy kulki truskawkowe a na drugiej o zapachu ryby. Siedzieliśmy bez brania przez trzy dni i myśleliśmy, że na tej wyprawie już nic nie złowimy. Nasze obawy minęły trzeciego dnia zasiadki. Była godzina 16.00 i wiał straszny wiatr, przeszedłem się do wędkarza łowiącego jakieś 50 metrów obok i patrzyłem jak wyciąga jednego szczupaka za drugim. Nagle usłyszałem dźwięk sygnalizatorów pobiegłem na nasze stanowisko i widzę kolegę holującego karpia. Wędka bardzo się gięła a ryba uciekała w kanał, który wpływa do stawu. Rybę trzeba było przytrzymać na siłę, ponieważ jeżeli by dostała się w kanał pełen zawad na pewno byśmy jej nie wyciągnęli. Na nasze szczęście ryba się zatrzymała i cofnęła. Hol trwał już z 10 min i była trochę zmęczona. Kolega podciągnął ją do brzegu, ale była pod wodą i nie wiedziałem dokładnie gdzie jest. Nagle karp ukazał się 3 metry przede mną, podebrałem go i już spokojnie wynieśliśmy go na matę. Waga ukazała nam 14kg. Po sesji zdjęciowej rybę wypuściliśmy z powrotem do wody.




Niestety okazała się ona jedyną rybą trzydniowej zasiadki, ale nawet dla jednego karpia opłacało się zawitać nad wodą. Była to chyba najprzyjemniejsza zasiadka w minionym sezonie.

Krystian Kubiński
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama