Piętnastka podczas burzy - Jacek Dobranowski
Właśnie uciąłem sobie małą drzemkę w słoneczne czerwcowe popołudnie, gdy przeraźliwy dźwięk rozdarł błogą ciszę. Przez chwilę zastanawiałem się - sen to czy jawa? Leniwie otworzyłem oczy, spoglądając na leżącą obok komórkę - dzwonił Mały. - Czołem człowieku usłyszałem. - Chyba już zapomniałeś o starych kolegach - skarcił mnie okrutnie. -Zaspany, zachrypniętym głosem tłumaczyłem się mętnie, że praca, obowiązki
Prawdę mówiąc, nie chciałem się przyznać, że spędzałem ostatnie tygodnie na karpiowych zasiadkach, żeby Małemu nie było przykro, że nie zapraszam go do kompanii. Przerwał mi moje wyjaśnienia pytaniem: - Siadamy od piątku? - Krew popłynęła mi szybciej, ciarki przeszły całe moje ciało. Już słyszałem piskliwy głos sygnalizatora, już widziałem jak moje wędzisko wygina się, a na haku jest coś, co pozwala, by adrenalina napłynęła do moich żył.
- Jasne! - wykrzyknąłem do słuchawki. - Mały, z tobą zawsze i wszędzie na kapry! -
Byliśmy umówieni.
Zachłyśnięcie trzydniową zasiadką było tak wielkie, że zapomniałem o tym, iż moje zasoby kulkowe są w mizernym stanie. Cholera pomyślałem. - Mało czasu. - Nie zastanawiając się długo, zbiegłem do piwnicy, gdzie trzymam wszystkie potrzebne składniki do produkcji kulek. Mix jest, stymulatory są, olej, słodzik mam, ale jaki zapach? Woda już ciepła, temperatury wysokie - co? Słodko, a może jednak śmierdząco? Mój wzrok zatrzymał się na małych, ale jakże pięknych buteleczkach z napisem ROD HUTCHISON. Jest, jest, jest. On mnie nigdy nie zawiódł, kochany stary ROD. Nadal nie wiedziałem, truskawka czy monster krab? Wszystkie słodkie zapachy, których dodawałem do produkcji kulek nie wywoływały u mojej żony torsji, ale monster krab? Pomyślałem: - Zdążę, przecież wraca dopiero o 21., a wtedy już będzie po wszystkim.
Po 2 minutach byłem w domu. Podzieliłem mix na dwie części, i wio - do roboty. Szybko zagniotłem ciasta o zapachu truskawki i monster kraba. Szybko do lodówki (na szczęście nie ma mojej kochanej i wyrozumiałej żony).
Po dwóch godzinach pierwsze wałeczki schodziły na mój roller. Piękne, okrąglutkie, pachnące kuleczki wędrowały raz za razem do gotującej się wody. Produkcja szła pełną parą. Zadowolony ze swojej pracy nie usłyszałem otwierających się drzwi. Przeraźliwy głos mojej żony sprowadził mnie na ziemię. - Co ty znowu gotujesz, śmierdzi jak w wiejskim wychodku. Znowu jedziesz na ryby, ja tego smrodu nie wytrzymam! - Para ze mnie zeszła jak z gwizdka parowozu. - Zaraz kończę - odburknąłem, myśląc - Jutro już mnie tu nie będzie.





Nadeszło piątkowe popołudnie. Samochód zapakowany po dach. Jedziemy!
Z Małym wymieniamy informacje na temat:, kto co ma, czym będziemy nęcić, na co łapiemy? Droga migiem przeleciała. Jest staw Sierakowice. Wybieramy miejsca i każdy w milczeniu przystępuje do rozkładania sprzętu. Ten, kto nie łapie karpi, nie wie ile w tym przyjemności.
Nęcimy - do wody lądują kule, pelet i ziarna. Te czynności pochłonęły mnie całkowicie. Cichy syk otwieranej butelki piwa przez Małego sprowadza mnie na ziemię. Chłopie, gorąco, chyba będzie burza. Napijmy się zimnego piwka mówi Mały, podając mi złocisty napój. Wychyliłem do dna; upał doskwierał. Dobra, Mały, do roboty! - Na lewej wędce, obok haka, znalazła się kula truskawkowa; na drugiej monster krab, którego podrasowałem pałeczką zanętową Roda Hutchinsona. Plum! Pierwsza w wodzie Plum! - druga dołączyła. Żyłki napięte, sygnalizatory włączone. WCHODZIMY DO GRY!
- Uf, jak gorąco, puf jak gorąco! Ruszyła maszyna po szynach ospale - przypomniał mi się wierszyk Brzechwy, kiedy nareszcie usiadłem wpatrzony w swoje wędki, czekając na branie. Parno było niesamowicie. Burza wisiał w powietrzu. Ucieszyłem się, bo zawsze po burzy miałem dobre odjazdy. Moja Cobra wystrzeliła w kierunku wody kilka dodatkowych kulek (a, niech mają), które rozniosły w powietrzu przepiękny zapach truskawki i monster kraba samego legendarnego Roda Hutchinsona.
Nawałnica rozpetała się nagle - była przerażająca. Pioruny waliły obok, ściana deszczu nie pozwalała wystawić nosa z namiotu. - Tylko nie teraz, karpiki kochane, tylko nie teraz! - Ale one nie słuchały. Piii, piii, piiiiiiiiiiiiiiiiiii - odzywa się sygnalizator. Swinger do kija, żyłka wyjeżdża z rolady. Prawa wędka - monster krab. - Umarł na karpiach, trafiony piorunem pomyślałem. Napiszą o mnie w Karp Maxie... Zacięcie, i jest! Siedzi! Strugi deszczu zalewały mi oczy, całe moje ubranie namokło momentalnie. Nic to pomyślałem. -Skoncentruj się, masz dużego karpia na kiju, nie zmarnuj tego. - Bezpiecznie siedząc w namiocie, Mały zobaczył co się dzieje. Wędzisko wygięte, żyłka nadal wyjeżdża z kołowrotka. Nie minęła chwila, jak z podbierakiem stał obok mnie. Kochany Mały, gotowy do podebrania ryby. Jesteś królu złoty - wykrzyknąłem.
Po 15 minutach ryba była przy brzegu, podbierak czekał w wodzie. Już myślałem, że jest moja, a tu kolejny odjazd. Żyłka gna z prędkością światła, kołowrotek aż czerwony, a ja chyba jeszcze bardziej. Powoli, nie spiesz się - usłyszałem od Małego. Jeszcze 10 minut i mamy go w podbieraku. Ale "lacza" - usłyszałem od mojego przyjaciela. Ciarki znowu przeszły mi po plecach.
Mata, ważenie - 15,2 kg brzmi wynik. Jeszce zdjęcia (zmoknięci jak kury), całus ala Rex Hunt. I karp wraca do wody. Emocje opadły.
Cóż, mimo paskudnych zapachów, mimo niezadowolenia mojej żony, mimo mokrego ubrania, nie zapomnę tych cudownych minut spędzonych na holu karpia, który połakomił się na zapach - monster krab Roda Hutchinsona

Jacek Dobranowski
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama