Magiczny czerwiec - Sławomir Wesołowski
Był czerwiec początek długo oczekiwanego przez zapalonych karpiarzy lata. Robiło się naprawdę ciepło. Stwierdziliśmy z moim kompanem wypraw, że warto wybrać się w Boże Ciało na zasiadkę, bo jest szansa na karpia. Najpierw trzeba było zaopatrzyć się w ziarna, peletty i kulki oczywiście. Ugotowaliśmy trochę konopi, party-mixu i w końcu trzeba było obmyślić taktykę nęcenia i jak ma przebiegać hol w razie brania , dlatego, że łowisko na którym łowimy nie należy do łatwych. Śmiem twierdzić, że jest bardzo trudne. Jest to około 15-sto hektarowe łowisko o średniej głębokości 1,5 metra z licznymi dołkami i wypłyceniami, które latem po spadku poziomu wody są dla żyłki jak papier ścierny.



Miejsce, w którym będą leżały zestawy


Do tego jest mnóstwo roślinności na powierzchni jak i pod wodą. Karpie czują się w tym buszu bezpiecznie, a poza tym mają bardzo bogatą stołówkę: ślimaki, ochotki, małże i raki.
Miejsca, w których łowiliśmy wyglądały następująco: spady piaszczyste o szerokości około 2 m 2. Można raczej powiedzieć, że były to oczka między zielskiem. Spady te schodziły łagodnie w zielsko
Zestawy będą lądować na głębokość około 1 m. przed samym zielskiem, ponieważ miałem duże przeczucie, że ryby chowają się tam i wychodzą tylko w porach do żerowania. Na zestawy damy po kilogramie mieszanki z pelletu, kukurydzy, party-mixu, konopi. Oprócz tego po około dziesięć kulek na zestaw. W razie brania hol miał wyglądać następująco. Po pierwsze zaraz po zacięciu ocena sytuacji gdzie ryba się kieruje i czy trzeba zwijać zestawy sąsiadujące. Po drugie władowanie się do pontonu, bo ryba prawdopodobnie wpakuje się w zielsko, a raczej nie prawdopodobnie tylko na pewno, zaszyje się w buszu. Po trzecie płynąć w stronę ryby z cały czas naciągniętą żyłką. Taką też technikę ustaliliśmy.




Cztery patyki znaczące łowisko


Łowisko oznaczyliśmy czterema patykami na cztery wędki. Patykami, gdyż uważam, że co naturalne to nie straszy. Zestawy zaczęliśmy wywozić około godziny 19-stej. Każdy zestaw osobno, żeby się nie poplątały. Na zestawach były najczęściej bałwanki tonące jak i typowe bałwanki z jednej kulki tonącej i jednej pływającej. Każdy zestaw był położony starannie w miejsce, które wcześniej było upatrzone.Na zestaw tak jak ustaliliśmy wcześniej po pół kilograma zanęty. Jak skończyliśmy wywozić było już po dwudziestej .



Koniec wywózki


Teraz zostało tylko wszystko ogarnąć no i można sobie usiąść przy piwku, popatrzeć na wodę i powspominać. Siedzieliśmy tak do około 23, rozmawiając o poprzednich sezonach o błędach, jakie popełniliśmy i o tych miśkach, które z nami wygrały na tej wodzie. W końcu położyliśmy się spać z nadzieją, że obudzi nas ten słodki dźwięk, który czasem chciałoby się mieć w telefonie komórkowym jako dzwonek budzika ( hehe ).

O godz. 3: 30 rano nadzieja zamieniła się w rzeczywistość piknięcie i odjazd. Dawid ma ucieczkę karpia na prawej skrajnej wędce. Karp tak pędzi, że mam wrażenie, że wyskoczy zaraz na drugi brzeg. Coś niesamowitego. Dawid wyskakuje z namiotu zacina i stwierdza, że karp nie jest mały i ucieka w prawo to znaczy, że nie trzeba zwijać wędzisk. Nie pozostało nic innego jak wziąć podbierak do pontonu i płynąć za karpiskiem. W czasie tego holu zostaliśmy dwa razy zmyleni przez zaczepioną żyłkę w zielsku.

Myśleliśmy, że karp jest już przed nami, kiedy w pewnym momencie żyłka odskakiwała w inna stronę. Oczy nam wychodziły na wierzch. W końcu dotarliśmy w miejsce gdzie ryba była zagrzebana w zielsku.Za chwilę ryba robi ponowny odjazd z dużym impetem. Walka trwała jakieś 20 min, w końcu wylądowała w podbieraku. Była duża, ale jak duża to się okaże na brzegu. Położyliśmy karpia na macie. Podałem Dawidowi wiaderko z wodą żeby mógł ją w tym czasie polewać, poszedłem po worek do ważenia i wagę.



Piętnastka Dawida


Ryba miała równe 15 kg. Włożyliśmy ją do worka, żeby przy promieniach słonecznych zrobić kilka fotek. Byliśmy bardzo szczęśliwi, zwłaszcza Dawid, bo była to jego życiówka. Po tym wszystkim nie pozostało nic innego jak wywieść zestaw i czekać na kolejne branie, chociaż było to wątpliwe, ponieważ zawsze było jedno branie i potem cisza. Położyliśmy się ponownie spać. Wstaliśmy około godziny 8:00.

Zjedliśmy coś, popatrzeliśmy na wodę, zrobiliśmy kawę i usiedliśmy na fotelach. Pogoda była istnie karpiowa: niebo zachmurzone i do tego parno. Woda parowała. W pewnym momencie piknął mój sygnalizator i zaczęła się wysnuwać żyłka

Spojrzałem na kolegę ze skwaszoną miną i mówię: znowu łyska, ale spoglądam na wodę, na wodzie nic nie ma, nic się nie dzieje, więc wstaje energiczne z fotela i zacinam. Czuję te słodkie pulsowanie. Jest ryba! Znowu podbierak do pontonu i za nią. Dopłynęliśmy w miejsce, w którym się zagrzebała, jakieś dziesięć metrów przed nami było wyplecenie i z 10cm wody. Mówię - nie ma gdzie uciec, jest nasza i w tym momencie ryba robi odjazd i ku mojemu zdziwieniu ładuje się prosto na te wypłycenie tak, że widać jej całą górną część tułowia. Po czym przewraca się na bok, kilka machnięć płetwą i pruje w naszą stronę. Pomyślałem teraz to już koniec, przejdzie pod pontonem i jest po zawodach. Na szczęście kilka metrów przed pontonem odbija i udaje nam się ją podebrać. Na moje oko miała z 8 kg.



Moja sprytna dwunastka


Po zważeniu miała 12 kg, była piękna i do tego sprytna. Narobiła nam trochę strachu. Około godz. 10 przyjechał nasz kolega Konrad i zrobił nam trochę fotek. Potem buzi i karpiki odzyskały wolność. Tam jest ich miejsce. Była to jedyna nasza zasiadka na tej wodzie, gdzie zostały wyciągnięte 2 sztuki w ciągu zasiadki. Do tego czasu nie udało się nam tego powtórzyć.






Szybki Kontakt
Reklama
Reklama