Jak to wszystko się zaczęło ...-Bartłomiej Czechowicz

- Duże karpie?? ...
- Co to jest??..,
- Ktoś widział dużego karpia??
- Hmm..

Jeżeli 3 kilowe karpie to duże?.. To tak.., wiem jak wyglądają. ;)).
Ale tak po prawdzie, nasze pierwsze kroki były kiepskie......, chyba jak każdego.

Pierwszy z nas który gonił za karpiami to Marcin Opioła "Gruby". Zawsze mnie fascynował, jak z ojcem jeździli na ryby na tydzień, lub na dwa i łowili karpie i amury (do 4 kg).

Fajnie.. Tylko pomarzyć...
A jakie czasem były opowieści ?.

- Słuchaj stary, siedzimy pod namiotami. Ojciec i jego kumpel znaleźli sobie górkę. Sypali ziemniakami codziennie. Po trzech dniach nęcenia, około godz. 22:00 , u mojego ojca na zimnioka jak pięść, branie.
- Chłopie !!! jaka jazda, nie mogli go utrzymać!! Co on narobił...., wszystkie nasze 6 wędek pozwijał, zmasakrował zestawy, siwy dym...

- I co i co ?? - pytam.
- Nic !! Urwał i tyle go widzieli..
- A mówiłem: - wsiadaj w ponton,
- A mówiłem: - zwijaj zestawy .
- To nie !! Stary mądrzejszy.

Pięknie było słuchać takich opowieści. Jadąc na ryby zawsze marzyłem by złowić to coś dużego. Spławiczek, federek, czasem spinning, to te metody łowienia, które były na początku dziennym, i nikt nie myślał o porządnym kiju i kołowrotku.

A Marcin miał.

Z czasem, zaczęliśmy jeździć razem na ryby.

Pokazywał, jak tego karpia można przechytrzyć. Zaczynało mnie to bardzo interesować i intrygować . Fachowe książki, czasopisma, porady z forum i ruszyło się coś pomalutku . Zaczęliśmy z Marcinem łowić coraz więcej karpi, nie były to rozmiary niewiadomo jakie, ale do 4 kg się trafiały.







Ale jak to w życiu często bywa, jajko z czasem bywa mądrzejsze od kury. I tak było z nami.
Ja chciałem coś nowego, a Marcin po swojemu, tradycyjnie.

Ja mówię syp więcej, a Marcin - nie dużo, nie dużo, bo nie będą brały.

Aż w końcu któregoś dnia pojechaliśmy na zasiadkę i nie mówiąc mu nic, wypłynołem pontonem i ostro zanęciłem. Nooo, dało do efekt piorunujący.

Karpie i amury brały jak oszalałe, a cały brzeg patrzył z zazdrością jak wyciągamy ryby, jedną za drugą. W końcu zrozumiał ze czasem trzeba zrobić coś innego niż do tej pory. Od tego momentu, zaczęliśmy wprowadzać nowinki i doskonalić sprzęt w miarę możliwości finansowych . Wiele dowiedziałem się o kulkach i nęceniu od Leszka Zawadzkiego ( pewnie nawet mnie nie pamięta ), a co do sprzętu, dużo pomógł mi Andrzej Karaś, z którym do dziś utrzymuje kontakt i zawsze mi służy radą i pomocą.

I tak się zaczęło.

Mając już jako taką wiedze, zapragnęliśmy zacząć łowić te większe sztuki, ( bo już te do 4 kg nam się znudziły ;)) a że zbliżały się wakacje uzgodniliśmy, że łowiskiem na naszym wypoczynku będzie zbiornik zaporowy Solina.

Szukamy telefonicznie wolnych miejsc w domkach letniskowych, bo trzeba żonki z dziećmi zabrać, a tu jak na złość wszystko zajęte. Wcale się nie dziwie, raptem dwa tygodnie do naszego urlopu, połowa lipca, środek wakacji, a my szukamy "igły w stogu siana" hehe wariaty. W zaparte usiłujemy coś znaleźć.

Nagle Gruby wpada na pomysł:

- jedziemy za tydzień na Solinę i tam na miejscu poszukamy, może się coś znajdzie wolnego.
Wyjazd zaplanowaliśmy w niedziele rano na godz. 8:00

Ja w sobotę wieczorem siedząc przed telewizorkiem w fotelu, dostaje telefon od kolegi Piotrka Koguta.
- Słuchaj stary. Siedzimy na rybach z kumplem. Amury biorą jak oszalałe, już mamy 4 sztuki, a jesteśmy raptem 2 godziny. Bierz Grubego i przyjeżdżajcie.
Łaps telefon i dzwonię do Grubego.

- Ty. Dzwonił do mnie Piotrek. Siedzą na Narożnikach i łowią amury jednego za drugim jedziemy??
- Eeeee jutro jedziemy na Solinę. Nie chce mi się. Będę zrypany. - odpowiada.

Myślę sobie. Fajnie by było złowić amurka. Jutro prowadził nie będę, wiec czemu nie?
Patrzę na żonkę, robię oczka na "Jelonka Bambi" i pytam:
- kochanie, yyy... czy, yyy - mógłbym, yyy...

Nagle słyszę:

- nie ma sprawki, ale żebyś zdążył przed 8:00 bo jedziemy.
Ok.!!

Raz, dwa, trzy, jestem już w samochodzie. Wziołem tylko kije, śpiwór i rura na Narożniki. Gonie jak oszalały ( amury czekają ), 35 km przejeżdżam migusiem. Chłopaki nad wodą coś dziwnie się zachowują. Szybko rozkładam kije, montuje zestawy i chlup je do wody.

Pytam:

- O co chodzi ?? Pokażcie te amury.
Oni w śmiech.
- Nie mówcie ze nic nie złowiliście... zabije was...

No to pięknie, Gruby będzie miał ubaw żeście mnie wkręcili. Trudno, jak już tu jestem to zostanę. W samochodzie rozłożyłem siedzenia i szykuje się do spania. W końcu jutro rano jedziemy.

Myślę sobie:

- ale brań .... fiu fiu, niemożna nadążać z holowaniem.
Cisza, spokój, wszyscy już komarzą, dochodzi 23:00, nagle:

- pik.................... pik..................... pik, pik..................cisza.

Wyskakuje z samochodu, podbiegam do wędek i obserwuje co się dzieje, ale swingery jak zaczarowane, ani drgną. A tu znów pik...pik, pik. Ooo swinger zaczyna tańczyć, to góra to dół. Leszcz ?? Hmm. Nieee. Tu leszczy nie ma. Nie zastanawiając się łapię za kij i zacinam. Idzie lekko.
- Coś jest, ale jakoś tako idzie bez walki. - mówię do Piotrka

- AMUR!! - krzyczy Piotrek

Do tej pory nie miałem tak delikatnych brań. Hamulec przygotowałem i czekam na dziada aż się pokaże. Standardowo. Jak tylko poczuł brzeg, odjazd. Zabawa na całego. Uwielbiam to w amurach. Ja go do siebie, a on z powrotem w toń jeziora. Potrek już gotowy, stoi z podbierakiem, ale coś mi się widzi ze ten podbieraczek będzie za mały. Musimy jednak radzić sobie tym co mamy. Po paru próbach podebrania udaje się nam go podebrać. Waga pokazuje : 5,10 kg. Super. Poprawiam kuku, siadam w pontonik i wywożę zestaw, oczywiście donęcając go kilkoma garściami kukurydzy. Pakuje się do samochodu z powrotem lulu. Raptem mija niecałe 15 min znów pik .....pik......pik, pik. Teraz już jestem pewien, łaps za kija i siedzi następny. Hol jeszcze ciekawszy. Wariaty te amury. A podbierak jakoś tak dziwnie się zmniejszył. No tak, amurek większy. Znów kombinacje, ale jakoś wszedł. Waga wskazuje 6,30 kg. Procedura podobna. Wywożenie donęcenie i do samochodu. A Gdzież tam. Ledwo wysiadłem z pontonu, a tu odjazd.. ( chyba mu na głowę zrzuciłem zestaw ;)). Czuje ze będzie większy od tych co dotychczas były złowione. Ale co on wyprawiał to jeszcze takiego "mixu" nie widziałem. Najpierw odjazd od brzegu, później kierunki mu się popieprzyły i wyjechał na brzeg, z orientował się że chyba nie jest stšd obrót o 180 stopni i z powrotem do wody, ale coś znowu mu odbiło i upatrzył sobie trzciny przybrzeżne i wali po nich jak oszalały. Holując go śmiałem się do rozpuku, a zarazem bałem ze pourywa wszystko. Teraz podbierak zdecydowanie nie pasował, jedynie co pozostało to podebrać go rękami i szybko na matę. Tak też zrobiliśmy. Byłem bardzo zadowolony że już jest na macie, a jego waga pokazała 8,50 kg. Rozbawiony tym holem i śmiejąc się pod nosem wywożę zestaw ponownie. Nieźle nieźle . Amury nie dawały mi spać do drugiej w nocy. W sumie złowiłem 6 sztuk w przedziale wagowym od 5.10 kg do 8,50 kg. Rankiem szybko się zwijam i pędzę do domu bo o 8:00 mamy wyjechać. Marcin nie chciał uwierzyć w to co się działo w nocy, całą drogę nad Solinę żałował że nie pojechał ze mną. Trudno !!!

Podróż nad zalew zleciała nam bardzo szybko. Zajechaliśmy do miejscowości Zawóz. Ja, moja żonka Aśka, Gruby, i Stefan ruszyliśmy na poszukiwanie wolnych miejsc na nasze wakacje. Jak na złość wszystko zajęte, już zrezygnowani pomału wracamy do samochodu, ale Stefan strzelił:

- Chodźmy do tego ostatniego domku oddalonego najdalej, może akurat tam będzie wolne.

- Jasne - odpowiedział Gruby. Tam pewnie też będzie zajęte, a po drugie potrzeba nam 8 wolnych miejsc.

- chodź chodź, co nam szkodzi. W sumie nic nie mamy do stracenia. Idziemy..

Ale było nasze zdziwienie jak się okazało ze są wolne miejsca. Nie mogliśmy uwierzyć. Szybka decyzja - rezerwujemy i pełni zadowolenia poszliśmy nad zalew szukać odpowiedniego miejsca na rozbicie naszych namiotów. Szliśmy brzegiem dobre 400m od pola namiotowego, aby być osobno od tego całego towarzystwa , a tu nic kompletnie nie można było znaleźć. Brzeg kamienisty i zarazem bardzo wąski, raptem 1,5 m od lustra wody. To za mało na namioty, a jakby jeszcze woda przybrała - całkiem odpada. Po przejściu jeszcze ok. 100m jakaś mała zatoczka się znalazła. Super !! Jest z dala od turystów, spokój cisza, nawet miejsce pod małe obozowisko- ale fart. Jak się później okazało, domek, który niby był na szarym końcu okazał się w bliskiej odległości od nas, raptem do stu metrów przez niewielki lasek. Mamy dziś farta. Tylko czy będzie wolne jak przyjedziemy ?? miejmy nadzieje. Tydzień minął nam dość szybko, zakupy ( kupiłem duży podbierak karpiowy po nauczce z amurami ), kręcenie kulek, pakowanie itp. I w końcu nadchodzi dzień wyjazdu. Wyjazd w sobotę rano o 9:00 jedziemy na 3 samochody w tym jeden van. Nad zalewem jesteśmy około 12 szybko lecimy zobaczyć czy wytypowane miejsce tydzień wcześniej jest wolne. JEST !! Zaczyna się znoszenie całego majdanu, składanie, rozbijanie, w końcu ........ około 16:00 można odpocząć przy browarze. No teraz najważniejsza rzecz przed nami - znalezienie miejscówki. Zapowiada się na oko nieźle. Echosonda w ruch i penetrujemy wodę, mamy na oku trzy miejsca. Jedno około 130 metrów od brzegu - wyjście koryta na płytszą spokojną wodę. Drugie znacznie dalej około 200 m - zaczyna się pas gęstych roślin, a trzecie też około 200 m widać wypłycenie z wbitym drewnianym kołkiem. Ale najlepiej widzi nam się wyjscie z koryta z 8 m na 4,5m, a potem wypłyca się do 2m. To był strzał w dziesiątkę. Napływając echosondą roiło się od ryb. Nie uwierzycie!!!. Ale woda gotowała się jak w czajniku. Nie zastanawialiśmy się wiele, tam będzie nasza miejscówka. W ruch poszła zanęta ( kukurydza, drobne ziarna w ilości 20 kg ) i kulki około 3 kg. Zestawy dowody i czekamy na pierwszy odjazd zaporowego karpia. Przez pierwszą dobę cisza.

Gruby mówi:

- Ja tam nie liczę na karpie, będę polował na sandacza. Wiesz jakie tu wielkie są sandacze?

- Może, odpowiadam, ale ja nastawiam się na karpie i tyle.

W drugi dzień ponownie ten sam zestaw zanęty i kulek, ale także kompletnie się nic działo. Dopiero w trzeci dzień o godzinie 5 rano słyszę ten piękny dźwięk sygnalizatora.

- Jedzie - krzyczę do Grubego.

Wyskakuję zacinam, czuje że coś siedzi. Nie jest to wielkie, ale jest pewien że to karp bo idzie w bok. Cholera wlazł w jakiś zaczep trzeba płynąć po nie go. Wskakujemy z Grubym w ponton i płyniemy po dziada ! Po paru szarpnięciach karp wychodzi z zaczepu, Marcin podbiera go. Jest pierwszy soliński karp.

- Może się coś ruszę. - mówię do Marcina.

W najśmielszych marzeniach nie wyobrażaliśmy sobie co one będą wyprawiać.

Przypłynęliśmy do brzegu, ważymy, karp ma 3,5 kg , buzi i do wody.

Z wcześniejszego losowania wypadło, że to Gruby będzie pływał w ten dzień pontonem, ja w następny i tak na zmianę. Montuje kulaska i ogień w wodę - Marcin wywozi. Wypłynął zostawił zestaw i wraca. Ale patrzę coś dziwnie się swinger zachowuje coś popiskuje.

Krzyczę do niego:
Gruby jak żeś rzucił ten zestaw ?? ciągniesz go!! pewnie zaczepiłem go tymi sznurkami z pontonu.
Niech cię cholera weźmie - dodaje.

Marcin zatrzymuje ponton sprawdza i woła:

- Nie.. to nie ja !!
Faktycznie !! On się zatrzymał a tu jedzie ostro ze szpuli. Łapie wędkę siedzi. Ale jaja, kto by pomyślał. Holuje karpia bez większych problemów. Jest większy 4,8 kg. Marcin z powrotem wywozi hehe. Jedzie z tym zestawem a tu następne branie, ale się rozszalały. Zostawiam wędkę z Marcinem i zacinam. Jest jeszcze większy, ale zabawa.. karp ma 6 kg. Teraz Gruby ma z czym płynąć dwa zestawy na ponton i dawaj dawaj. Historia powtarza się ponownie jak wcześniej, zostawia obydwa zestawy wraca, a tu odjazd. I znów na brzegu ląduje 5 kg. Mógłbym tak pisać jeszcze parę razy.

Wkońcu się Marcin wkurzył i mówi:

- Czemu one mi to robią ?? Mam już dość pływania jestem wykończony (delikatnie to określiłem...). Nie dziwię mu się. Od godziny 5 rano do 11 pływał na non stopie. Przez te 6 złowiliśmy około 30 karpi w przedziale wagowym od 3,5 kg do 6kg.









Brały jak oszalałe i pewnie dalej by tak było gdyby nie Gruby. Wkurzony wzioł wiadro 20 kg kuku popłynął i wysypał je całe. Przypłynął i mówi:

- Może cholera dadzą mi trochę odpocząć.

Owszem miał wolne do godziny 16 hehehehe.

Karpie żerowały porostu rewelacyjnie, nawet była taka sytuacja że w Marcina zestaw wpłynął jacht i swoim kilem pociągnął mu zestaw jakieś dobre 100m w bok, w niczym to nie przeszkadzało żeby łyknęła to szóstka. Szok. ( foto Takie eldorado jakie żeśmy tam przeżyli nie powtórzyło nam się na razie nigdy. Karpie tam łowione były przeważnie w przedziale od 5 do 7 kg





ale trafiały się rodzynki jak 11 i 11,80 kg.







Dochodziło do takich sytuacji, że przychodziły wycieczki wędkarzy z pola namiotowego i domków bo nie mogli w to uwierzyć co się u nas działo. Okazało się że na całej długości brzegu nikt nie łowi takich ryb . Było po prostu fantastycznie. I tak te solińskie karpie wciągnęły nas w toś co pochłonęło nas bez reszty,czyli Karpiarstwo. Ta wyprawa spowodowała że wpadliśmy w to po uszy, że karp jest tą magiczną rybą z którą chcemy obcować, którą chcemy przechytrzyć.

Ta fascynacja karpiami zmobilizowała nas by zebrać do kupy parę oszołomów takich jak my Miśka, Chudego, Ralfa, Ząbka, Krzyśka, Piotrka oraz Pawła i stworzyć



WWW.TARNOWSKI KLUB KARPIOWY "P.E.T.A"



Szybki Kontakt
Reklama
Reklama