Włoskie karpie - Wojciech Straub
Chciałbym się podzielić moimi doświadczeniami w połowach włoskich karpi z innymi karpiarzami odwiedzającymi tę stronę. Dlaczego łowiłem akurat we Włoszech? Odpowiedź jest banalnie prosta - od kilku letnich sezonów pracuję we Włoszech, a ponieważ bez moczenia kija jakoś żyć nie umiem, więc moje patyki pojechały wraz ze mną.
W ubiegłym sezonie namierzyłem wąski i płytki kanałek, płynący obrzeżem niewielkiego nadmorskiego kurortu. To tu zobaczyłem karpiki w ilości, w jakiej u nas można zobaczyć jedynie podczas zarybień. Na około kilometrowym odcinku kanału, szerokiego na jakieś 5-6metrów i głębokiego na niespełna metr, naliczyłem ok. 500 karpi! Nie były to olbrzymy, większość z nich to przedział 2-3kg, ale po dwóch miesiącach męczenia półkilowych kleników i brzanek, to było naprawdę coś. Już następnego dnia po pracy siedziałem nad brzegiem kanałku z kijkiem w dłoni. Wtedy był to 4,5m "match", na kołowrotku "18", do której dowiązałem hak nr "8". Za przynętę służyła mi kukurydza z puszki i białe robaki. Przez ostatni miesiąc pobytu połowiłem do bólu, udało mi się przechytrzyć więcej cyprinusków, niż przez cały sezon w kraju! Co prawda największy miał niespełna 7 kg, a większość nie przekroczyła trzech, ale i tak byłem zadowolony.




Włoskie łowisko



Od początku obecnego sezonu zacząłem łowić tylko karpie, z nastawieniem na te największe prosiaczki. Przyzwoite, wiosenne wyniki były m.in. powodem "przemytu" tylko zestawu karpiowego, podczas tegorocznego wyjazdu do słonecznej Italii. W bagażach, swoje miejsce znalazło także kilka garści różnych pelletów i kulek oraz torba z całym karpiowym majdanem. Miejscem połowu miał być poznany, w ubiegłym roku odcinek kanału, jak również jego odleglejsze zakątki, których nie zdążyłem poznać podczas poprzedniego pobytu.
Podczas pierwszego jak i dwóch następnych rekonesansów, sprawdziły się moje obawy, co do skuteczności gruntowego zestawu i naszych przynęt. W płytkiej wodzie wąskiego kanału kroczki nadzwyczaj nieufnie podchodziły do kukurydzy podanej na zestawie włosowym (kulek i pelletu w ogóle ruszyć nie chciały!). Dopiero po założeniu przyponu z fluorocarbonu z haczykiem nr 8 i dowiązanymi do jego kolanka dwoma ziarnami konserwowej kukurydzy, udało mi się przechytrzyć 3kg cyprinuska. Te niepowodzenia oraz prawdziwe kabany, które zauważyłem w ubiegłym roku, w dalszej (niepoznanej jeszcze) części kanału, skłoniły mnie do poznania reszty tego eldorado. Ta decyzja okazała się strzałem w dychę a to, dlatego że do nowego łowiska z miejsca pracy miałem ok. 500m, gdzie podczas pierwszego rozpoznania (bez sprzętu), zaobserwowałem kilka żerujących cyprinusków. Nie bez znaczenia było to, że w nowym miejscu, kanał był dużo szerszy (ok. 10-15m) i głębszy (miejscami nawet 1,5m.). Zacząłem przygotowywać nowe łowisko nęcąc popołudniami po pracy konserwową kukurydzą o zapachu scopexu (inne we wcześniejszym łowisku karpie ignorowały). Z kulek i pelletu na razie postanowiłem zrezygnować. Po trzech takich seansach, pojawiłem się nad wodą uzbrojony w 12 stopową karpiówkę o krzywej 2,75lbs, młynek z wolnym biegiem (rozmiar 4000 wydał mi się odpowiedni) z nawiniętą żyłą 0,31mm. Zestawu dopełniał ciężarek o masie 15gram, (co by rybek zbyt głośnym pluskiem nie stresować), no i sztywny przypon z delikatnym hakiem i włosem dowiązanym do kolanka. Na włos dwa ziarenka i do wody, wraz z garścią zanętowych ziarenek. Pierwsze branie zaskoczyło mnie zupełnie (po zarzuceniu zestawu nie zdążyłem nawet zapalić!), po zacięciu mocne kopnięcie i luz rozgiął się za mały haczyk. W tym momencie stwierdziłem, że starczy tej zabawy z narybkiem! Zmiana zestawu ciężarek 60gr na safety clips, montowany na sztywno, przypon z plecionki w otulinie, hak nr 4 i trzy ziarna na włosie. Na branie czekałem ok. 40min. Strzał, zacięcie i odjazd. Po krótkim holu ląduje w podbieraku pierwszy, włoski prosiak. Waga wskazuje 11kg! Szybka fotka i po chwili piękny lustrzeń znika w mętnej wodzie kanału. Trzęsącymi się rękoma zakładam kolejne trzy ziarna na włos i z powrotem zestaw w łowisko.





Otwieram browarka i delektuję się ciszą i spokojem, nie licząc za bardzo na kolejne branie. A jednak po ok. 30min. małpka podskakuje, by po chwili walnąć w kij, który łapie w ostatniej chwili. Tym razem ryba chodzi na krótkiej żyłce, spokojnie przy samym dnie. Oceniam ją na ok. 5kg i decyduję się na siłowy hol. Na powierzchni pokazuje się gruby kark i następuje gwałtowny odjazd. Rybka jest większa, niż się spodziewałem po kilku znacznie krótszych odjazdach, ląduje w podbieraku, a po szybkim ważeniu i fotce z powrotem w wodzie. Starczy wrażeń na dzisiaj, pakuję się i wracam do domu. Ponownie na łowisku pojawiam się dwa dni później, tym razem w towarzystwie kuzyna, co prawda nie łowi, ale bardzo chciał zobaczyć takiego prosiaczka na żywo. Zestaw ten sam, co poprzednio, zanęta i przynęta też. Jednak tym razem na branie czekam znacznie dłużej. Było równie gwałtowne jak poprzednie, a po krótkim holu ląduje pełnołuską ósemkę. To było jedyne branie tego dnia. Następne wypady nie są ta owocne, a łowisko regularnie nęcone konserwową kukurydzą, opanowują karasie. Co prawda ułomki to nie są (najmniejszy ważył 0,8kg) ale to nie one są celem moich polowań. Lekiem na to ma być wizyta w sklepie karpiowym i zapatrzenie się w tutejsze kulki. Wybór pada na żółte, bananowe 20mm. Po kilkudniowym nęceniu (tym razem samymi kulkami), znów zasiadam z kijkiem w łapce. Efektem, czego jest złowienie pełnołuskiej 9kg. Jednak kilka następnych wypraw nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Przyczyną okazuje się grupka małolatów łowiąca z mostku nieopodal mojej miejscówki. Nie wiedziałem, że trzy osoby mogą narobić tyle rabanu nic dziwnego, że karpie się stąd wyniosły. Po krótkich poszukiwaniach, znajduję nowe łowisko oddalone od poprzedniego o ok. 30-40m. Już w trakcie rekonesansu pada pełnołuska czwóreczka, co nastraja mnie optymistycznie. Niestety, dwa dni później dołącza do mnie żona z dzieciakami, 6 tygodni wycięte z życiorysu (brak czasu na łowienie), jedynym pocieszeniem jest paczka od kolegów (prowadzą sklep wędkarski) przywieziona przez żonę. Paczka zawierała karpiowe smakołyki, których tu nie mogłem kupić. Były to m.in. kulki o zapachu scopexu oraz pellet zanętowy i paczka pop-upów, w tym samym zapachu no i kilka kilogramów surowej kukurydzy (w okolicy nie do zdobycia!). Kilka dni przed odjazdem żony rozpocząłem przygotowanie nowego łowiska. Wcześniej wpadałem tam pooglądać, czy aby karpiki się tam pokazują. Pokazywały się, a jakże i to licznie. Tak, więc przystąpiłem do nęcenia. Pierwsza uderzeniowa dawka składała się z kilograma gotowanej kukurydzy, 1kg pelletu i 1kg kulek. Po dwóch dniach zacząłem donęcać łowisko, sypiąc po dwie garście w/w składników. Zanęta zasmakowała karpiom, bo już kilkanaście minut po sypnięciu, pojawiały się w łowisku, co nastrajało mnie bardzo optymistycznie. Dzień po odjeździe rodziny zameldowałem się na przygotowanym łowisku. Zmontowałem zestaw składający się z 60gr ciężarka na safety clipsie i łamańca wykonanego z fluorocarbonu, hak nr 4 z d-rigiem, dopełnieniem zestawu była pływająca kulka (scopex), łowisko zanęciłem garścią pelletu i kulek. Pierwsze branie miałem już po kilku minutach, a po następnych kilku 4,5kg pełnołuskiego cyprinuska na brzegu. Tego dnia dołączył do niego jeszcze 3kg kroczek (jak się okazało najmniejszy tego lata). Następne wypady, (co drugi, trzeci dzień), zaowocowały złowieniem kilkunastu karpi o masie od 5 do 7 kg. (największy 7,20kg). Jednak za każdym razem karpie reagował gorzej, na podaną zanętę, a brania stawały się coraz delikatniejsze. Doszło do tego, że podczas kolejnego wypadu, oprócz kilku delikatnych pyknięć, nie doczekałem się brania. Nie pomogły zmiany zestawów, ani kombinacje z przynętami. Wydaje mi się, że łowione i wypuszczane, na te same przynęty, ryby, zaczęły je po prostu omijać. Jednak na nowe kombinacje i poszukiwanie nowego łowiska nie za bardzo miałem czas, ponieważ pozostał mi tylko tydzień włoskich wakacji. Dlatego postanowiłem zmienić zarówno przynętę jak i zanętę, tylko nie bardzo miałem pomysł, na co.





Pojawił się on, po telefonie do kolegi, który szalał na naszym łowisku, gdzie najskuteczniejszymi przynętami okazały się pellet i kartofelek. Mój wybór padł na kartofelka, (bo rybny, pellecik karpie ignorowały na dzień dobry). Tym bardziej, że tej przynęty i zanęty w pracy (bar-restauracja), miałem pod dostatkiem. W kuchni włoskiej, ziemniaczki gotuje się zazwyczaj na parze bez soli, w dodatku aldente (idealne na hak lub włos). Także po dwóch dniach przerwy, zaopatrzony w kilogram pokrojonych w ćwiartki kartofelków znów zasiadłem nad brzegiem kanału. Zanęciłem dwoma garściami pokrojonych w centymetrową kostkę ziemniaczków troszkę większa na włos i zestaw do wody. Od poprzedniego różnił się tylko przyponem, wykonanym z miękkiej plecionki. Niestety, pierwszymi amatorami kartofelka, okazały się karasie. W akcie rozpaczy założyłem na włos całą ćwiartkę ziemniaczka. Branie nastąpiło zaraz, po zarzuceniu zestawu, niestety rybie udało się zaparkować w gęstym trzcinowisku porastającym przeciwległy brzeg, co skończyło się zerwaniem zestawu. Skłoniło mnie to do zastosowania 10m strzałówki, którą wykonałem z fluorocarbonu 0,40mm. Zestaw końcowy jak poprzednio, przynęta też. Po półgodzinnym moczeniu ziemniaczka byłem prawie pewien, że obżarły go karasie. Już miałem zamiar zwinąć zestaw, gdy małpka delikatnie drgnęła, po czym walnęła w kij. Zacięcie, jęk hamulca i kolejna rybka parkuje w trzcinowisku, jednak fluorocarbon tnie trzciny i po chwili walka odbywa się na otwartej wodzie. Po krótkim siłowym holu kolejny pełnołuski ląduje w podbieraku, a po ważeniu (waga pokazuje 7,5kg) z powrotem w wodzie. Tego dnia łowię jeszcze jednego, lżejszego o 0,2kg. Brak czasu (zakupy) powoduje, że na łowisku pojawiam się dopiero trzy dni przed odjazdem, zaopatrzony w ziemniaczki oczywiście. Tego i następnego dnia udaje mi się przechytrzyć jeszcze pięć cyprinusków, o masie od 7 do 8,5kg. Wypuszczając ostatniego, żegnam się z nim słowami rośnijcie zdrowo, za rok znów tu wrócę.





Reasumując, w ciągu 6-7 tygodni łowienia, udało mi się przechytrzyć ok. 30 karpi o masie od 3,20kg do 12kg. Większość z nich to pełnołuskie. Lustrzenie trafiły mi się tylko trzy ( w tym dwa największe i najmniejszy). Biorąc pod uwagę, że łowiłem tylko w godzinach popołudniowych (po pracy) i tylko do zmroku (chcąc łowić w nocy musiałbym wykupić zezwolenie), co średnio dawało ok. 3-4 godzin na łowienie sądzę, że wyniki był przyzwoite.
Połowy włoskich karpi nie tylko pozwoliły mi się nałowić, ale stanowiły również ciekawą lekcję na temat zachowania naszych kochanych prosiaków. Ponieważ oprócz łowienia miałem okazję podglądać je w ich naturalnym środowisku. Udowodniły one również, że bardzo szybko potrafią skojarzyć konkretną przynętę (smak, zapach, kształt) z niebezpieczeństwem i skutecznie ją omijać.
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama