Gdy wiosna w pełni ! - Karol Pieńkowski
Wraz ze znacznym wzrostem temperatury powietrza wszystko dookoła nas szybko budzi się do życia. Po pierwszych wiosennych grzmotach i ulewnych deszczach na drzewach i krzewach błyskawicznie pojawiły się pąki różnokolorowych kwiatów, które z wielką dokładnością są odwiedzane przez małe pracowite owady. Moc zieleni otacza nas z każdej strony. Na łąkach żółte mlecze wystawiają z pośród traw głowy do tak wysoko spoglądającego z nieba słoneczka. Nad brzegami rzek i stawów słychać już donośny rechot żab. Również pod powierzchnią wody wiosna zawitała na dobre. Temperatura wody z każdym dniem pnie się do góry, a wraz z nią rozkwita podwodne życie. Wiele gatunków ryb odbyło już tegoroczne tarło, jednak nasi ulubieńcy jako gatunek wyjątkowo ciepłolubny po zimowym poście nadrabiają straconą wagę i powoli przygotowują się do odbycia swoich karpiowych zalotów.

To właśnie okres wiosenny jest czasem, kiedy możemy stanąć oko w oko z dorodnym cyprinusem, który po zimie żeruje bardzo intensywnie i nieostrożnie. Zbyt mała jeszcze ilość naturalnego pokarmu popycha ciekawskich smakoszy do częstego odwiedzania przygotowanych przez karpiarzy miejsc, gdzie z dużą łatwością mogą znaleźć to co lubią najbardziej, czyli przepyszne jedzonko. Niezliczona ilość kolorowych kuleczek ląduje do wody w całym kraju. Najwymyślniejsze smaki i zapachy mają za zadanie zwabić te największe osobniki. Zaś niecierpliwi po zimie karpiarze, aż zacierają z radości ręce na myśl o wspaniałych holach z silnymi karpiami.

Każdy z nas w swojej głowie przez długie zimowe wieczory układał potajemny plan działania i skwapliwie planował każdy nawet najmniejszy szczegół pierwszej tegorocznej wyprawy. Jedni z nas wybrali się nad stare i dobrze znane miejsca zaś inni zaplanowali zasiadki nad wodami odległymi nawet o setki kilometrów. Z całym zapasem sprzętu i kilogramami karpiowych smakołyków wszyscy jak jeden mąż ruszyli w długi majowy weekend nad miejsca swoich pierwszych karpiowych potyczek. Oczywiście są w śród nas też tacy, którzy nad wodą pojawiają się regularnie już od długiego czasu, a dla niektórych sezon karpiowy trwa cały rok. Jednak dla większości z nas maj jest miesiącem rozpoczęcia nowego karpiowego sezonu.

Ze względu na duży zakres obowiązków i zbyt małą ilość wolnego czasu w tym roku należę do tej grupy karpiarzy, którzy dopiero w maju rozpoczęli pierwsze karpiowe podchody. Długo obmyślana w zimowe wieczory taktyka i wybór miejsca już od dłuższego czasu były prawie pewne. Zawsze jednak istnieje ta cząstka niepewności, czy aby wszystko ułoży się po naszej myśli? Czy sprytne karpie zechcą skusić się jeszcze raz na nasze długo przygotowywane smakołyki?

W tym roku na rozpoczęcie karpiowego sezonu wybrałem znaną już wcześniej niewielką wodę (FOT.1)o sporej ilości karpiowej młodzieży i niewielkiej populacji dużych sztuk z których prawie, każda była już wcześniej pokonana przez wytrawnych łowców. Cel był prosty jak strzała. Należało nawiązać kontakt z tak długo niewidzianym i oczekiwanym przedstawicielem gatunku cyprinus carpio najlepiej jak największych rozmiarów i w jak najkrótszym czasie, gdyż zasiadka była tylko jednodniowa.

FOT.1

Z wcześniejszych obserwacji zbiornika i konsultacji z przyjacielem Piotrem, który bardzo często odwiedza tą wodę, udało mi się ustalić, że karpie bardzo lubią przebywać w strefie przeciwległego brzegu gdzie mogą się schronić w ogromnej ilości podtopionych drzew i krzewów. W plątaninie korzeni i podwodnych przeszkód ryby czują się bezpiecznie i praktycznie przez cały dzień pobierają pokarm. Dodatkowym atutem ich kryjówki jest fakt, że brzeg ten jest prawie niedostępny od strony lądu. Problem tkwił tylko w jednym. Jak wyłuskać z takiego miejsca większe sztuki. Przecież tam jest mnóstwo maluchów, które pierwsze znajdą moje kuleczki. Piotr miał jednak inny pomysł, który przetestował już wcześniej. Łowił kilkanaście metrów od zakrzaczonej lini brzegowej na głębszej wodzie i właśnie tam często pojawiały się większe sztuki patrolujące rozległy powoli opadający w głąb zbiornika stok. Dowodem na trafność podjętej przez Piotra taktyki był jego wcześniejszy połów w tym miejscu. Postanowiłem, że nie będę zbytnio komplikował sprawy i skorzystam z doświadczeń kolegi po kiju. (Fot.2)

FOT.2

Nad wodę zabrałem tylko najbardziej potrzebny ekwipunek (Fot.3). Na jednodniową zasiadkę nie potrzeba ładowania całej ciężarówki sprzętu. W skład mojego wyposażenia wchodził podbierak i mata, obowiązkowo karpiowe łóżeczko, pokrowiec z wędkami i tri-podem, niewielka torba z przynętami i zanętą, oraz małe wiaderko do przygotowania karpiowego papu. W rezerwie czekał również parasol w razie nagłej zmiany wiosennej pogody. Oczywiście nie zapomniałem także o niewielkiej ilości jedzonka dla siebie samego i dodatkowych ciuszkach na chłodny wieczór. Największą zagadką był dobór zapachów i smaków zanęty i przynęty. Ładne sztuki były tam łowione prawie na wszystko. Trzeba więc było tylko trochę w tym zakresie pokombinować. Jako zanęty postanowiłem użyć kruszonych i całych kuleczek wymieszanych z pelletem o różnych rozmiarach i gotowanymi na ostro konopiami (Fot.4). Dylemat pojawił się w momencie robienia kulek. Jakie zapachy i na jakich miksach?? Postanowiłem więc zrobić trzy rodzaje kulek. Jako nr 1 zrobiłem kraba z krewetką na fish miksie z dodatkiem oleju rybnego, stymulatora i dopalacza (Fot.5). Nr 2 to magiczny owoc z secret agentem na miksie z dodatkiem Robin Red, owocowego stymulatora i dopalacza (Fot.6). Nr 3 to mój stały punkt zanęty, czyli mieszanka 4 atraktorów: czekolada, banan, wanilia i kokos na miksie bird food również z dodatkiem stymulatora i dopalacza (Fot.7). Teraz jeszcze wszystko dokładnie wymieszać (Fot.8) i można nęcić, ale najpierw trzeba trochę popracować markerem i znaleźć odpowiednie miejsce. W tym czasie sos z gotowanych konopi zostanie trochę wchłonięty przez pellet co nada mu dodatkowej atrakcyjności.

FOT.3


FOT.4


FOT.5


FOT.6


FOT.7


FOT.8

Po wybraniu łowiska i ustawieniu markera przyszedł czas na przygotowanie stanowiska i rozłożenie wędeczek. Szybki montaż stojaka z kompletem sygnalizatorów wykonałem w mgnieniu oka trzeba go jeszcze tylko odpowiednio ustawić i zabezpieczyć żeby niebyło żadnych niespodzianek podczas brania. Dobrze, że kijki czekają w pokrowcu w pełnej gotowości to zaoszczędzi mi trochę czasu, bo zestawy zrobiłem już w domu. Wystarczy rozłożyć i ulokować je na tri-podzie. Jeszcze tylko znaleźć dobre miejsce na ustawienie łóżka i wszystko gotowe (Fot.9). Kilka łyczków zimnej wody dla ochłody, dwa głębsze oddechy i można zakładać kulki na włos. Na jednym zestawie umieszczam grzybka wykonanego z tonącej 14mm kulki krab&krewetka i ? kulki pływającej o zapachu rybnym. Na drugiej wędce znalazł się mini bałwanek z dwóch 14mm kulek. Tonąca o zapachu magicznego owocu i pływająca o takim samym zapachu jak kulki zanętowe nr 3. Przed zarzuceniem zestawów rozkładam jeszcze matę i podbierak i umieszczam w miejscu gdzie spodziewam się podbierania karpików. Teraz wszystko już jest gotowe i znajduje się na swoim miejscu (Fot.10). Nadszedł czas na zarzucenie zestawów. Lewy ląduje kilka metrów za markerem po lewej jego stronie. Natomiast prawy zostaje umieszczony około 5-6 metrów w prawo na wysokości markera.

FOT.9


FOT.10

Muszę jeszcze przygotować środek pływający i wywieźć zanętę, a później to już tylko zostaje położyć się na łóżeczku i czekać na misiaczki. W trakcie wodowania łódki słyszę niemrawe piśnięcie i widzę, że swinger na prawym kiju powoli opada. Podbiegam i delikatnie podcinam. Czuję jak jakiś maluszek próbuje się pozbyć mojego haczyka. Krótki hol i maluch trafia do podbieraka. Prawdziwy bobas, który bez ważenia wraca od razu do wody (Fot.11) Okazuje się, że warto czasami jeszcze przed obfitym nęceniem podnęcić z cobry kilkunastoma kulami. Zestawy były w wodzie zaledwie kwadrans. Wsiadam w końcu do łódki i z zanętą w wiaderku wypływam w stronę łowiska, ale nie jest mi dane tam szybko dopłynąć, wystarczyło kilka ruchów wiosłem i moich uszu dobiega dźwięk sygnalizatora. Lewy kij, który był zarzucony jest właśnie w akcji. Wracam szybko do brzegu i biegiem do wędki. Delikatne podcięcie i sytuacja się powtarza. Maluch szybko trafia do podbieraka, a później na matę. Jest nieco większy od poprzedniego. Zaraz po odhaczeniu zwracam mu wolność. Niech rośnie i zajada smakołyki, a na pewno będzie kiedyś godnym przeciwnikiem. Nie zarzucając wędek, wsiadam do łódki i spokojnie płynę podkarmić te małe głodomorki. Na pierwsze nęcenie przygotowałem około kilograma mieszanki kruszonych kulek, konopi i pelletu. Nęcę dookoła markera w promieniu 2-3 metrów . Taki placyk powinien przyciągnąć jakiegoś większego amatora karpiowych smakołyków. Jak na razie kręcą się tu same maluchy. Po powrocie na brzeg zakładam świeżutkie kuleczki i zarzucam wędki w podobnym rozstawieniu jak poprzednio. Jest godzina 10:00 więc czas zjeść śniadanko. Ciepła kawka i kanapeczki zabijają mój mały głodek, więc teraz mogę oddać się leżakowaniu i obserwacji wody (Fot.12). Do godziny 12:30 moje sygnalizatory milczą. Zaczynam się trochę niepokoić gdyż co pewien czas w łowisku pokazują się maluszki, ale chyba nie mają ochoty na moje kuleczki. Z jednej strony to bardzo dobrze bo przynęta czeka na te większe sztuki, ale w głowie mam pełno złych myśli. Może coś nie tak z zestawami? Może przypon z miękkiej plecionki poplątał się podczas rzutu? Trzeba coś z tym zrobić ! Ściągam zestaw, na którym mam przypon z miękkiego materiału (Fot.13) i zamieniam na troszkę dłuższą wersję, ale z usztywniającą otuliną. Zwiększam też masę ciężarka. Zakładam świeże kuleczki i dodatkowo dowiązuję do haczyka na nici PVA kilka poprzecinanych na połowę kulek. Zestaw posyłam około 5-6 m na prawo od markera. Na drugim kiju zakładam świeże kulki, ale zmieniam zapach na ośmiornicę. Przypon to łamaniec wykonany ze sztywnej żyłki mono, więc nie mam się co martwić, że się poplącze (Fot.14). Jestem też pewien jego łowności bo ten typ przyponów przyczynił się do przechytrzenia kilku ładnych okazów w ubiegłym sezonie. Ten zestaw umieszczam w strefie nęcenia po lewej stronie markera.

FOT.11


FOT.12


FOT.13


FOT.14

Od tych zmian i nieźle grzejącego słoneczka wyschło mi w gardle, więc spacerkiem zmierzam do samochodu po zimny soczek. Wracając w stronę wędek widzę , że lewy swinger powolutku opada o kilka centymetrów co zostaje zasygnalizowane także przez sygnalizator elektroniczny. Jednak nic więcej się nie dzieje. Jestem mocno zdziwiony, że mój sztywny przypon nie zadziałał jak należy. Siadam więc na łóżku i ze zdziwieniem wpatruję się w stronę łowiska. W głowie kłębiące się czarne myśli nie dają mi spokoju! Pewnie jakiś maluch próbował pociągnąć? Albo coś zaczepiło o żyłkę i ciężarek się przesunął ? Może jednak to jakiś stary wyga nie dał się nabrać na moje sztuczki ? Chwilę później sytuacja się wyjaśnia, gdyż swinger powoli podjechał do góry. Szybka reakcja z mojej strony i już holuję do brzegu kolejnego łakomczucha. Najmniejsza sztuka wyprawy bardzo szybko odzyskuje wolność. Zakładam świeżą przynętę i posyłam zestaw w łowisko.

Mija godzina 15:00 więc czas coś przekąsić. Na obiad będzie jednak tylko kanapeczka i herbatka, ciepły posiłek zjem trochę później. Po zaspokojeniu małego głodu, kładę się na łóżko i bardzo szybko zasypiam w promieniach popołudniowego słoneczka. Z lekkiego snu budzą mnie pojedyncze dźwięki sygnalizatora. Prawy swinger opada do samego dołu, udaje mi się zaciąć w tempo i na kiju czuję bardzo słodki ciężar. Tak to jest już większa sztuka, która próbuje uciekać w prawą stronę. Powoli odzyskuje kolejne metry żyłki i zawracam rybę w moją stronę, kij ładnie się wygina, a kołowrotek podczas gwałtowniejszych zrywów płynnie oddaje żyłkę. Kilkanaście metrów od brzegu karp gwałtownie zrywa się do bardzo szybkiej ucieczki w prawą stronę. Ładnie wyciąga żyłkę z kołowrotka to naprawdę silna sztuka. Sytuacja robi się jednak nieprzyjemna bo ryba zawraca po łuku w stronę mojego brzegu i jestem pewien, że będzie starała się odwiedzić przybrzeżne krzaczki rosnące po mojej prawej. Na moje szczęście są to tylko gałęzie zwisające nad wodę i tylko niektóre z nich są głębiej zanurzone. Wkładam szczytówkę wędziska głęboko do wody, a karp w tym czasie wpływa pod zwisające gałęzie. Przez dłuższą chwilę stoi nieruchomo tak jakby wplątał się w podwodne zawady. Nawet na kiju nie odczuwam jego obecności, kurcze a wyglądało tak niegroźnie. Delikatnie luzuję żyłkę nie tracąc jednak do końca kontaktu z rybą. Nic się jednak nie dzieje. Nagle czuję delikatne pociągnięcie hmm.... jednak jeszcze tam jesteś spryciarzu! Powoli ściągam buty i spodnie i podejmuję decyzję o wejściu do wody (Fot.15). Może uda mi się go jakoś z tych krzaczków wyplątać. Już prawie wkładam nogę do wody, gdy ryba mocniej napina żyłkę i powoli wypływa na otwartą wodę. Teraz już jesteś mój oby tylko zestaw wytrzymał tą przybrzeżną przygodę. Jeszcze kilka młynków przy podbieraku i za chwilę karp jest już na powierzchni. Zdecydowane podebranie i koniec walki. Szybko zakładam spodnie i buty i nabieram wody w wiaderko, aby zmoczyć wysuszoną przez słońce matę. Przenoszę rybę i za pomącą metalowych szczypiec odhaczam karpia(Fot.16). Bardzo ładnie zapięty na hak gamakatsu super nr 4. Widać jednak, że przypon ucierpiał podczas pobytu ryby w zaczepach. Sztywna zewnętrzna otulina jest prawie całkiem zdarta z rdzenia (Fot17). Jeszcze tylko pamiątkowa sesja zdjęciowa (Fot. 18,19,20) i po zważeniu ryba bez uszczerbku wraca do wody (Fot21). Waga wskazała 8,5 kg. Jestem już w pełni zadowolony z dzisiejszego dnia.

FOT.15


FOT.16


FOT.17


FOT.18


FOT.19


FOT.20


FOT.21

Zaraz po założeniu świeżych przynęt, donęcam łowisko około 1kg mieszanki pelletu kulek i konopi. Oprócz widocznej aktywności mniejszych rybek dużych sztuk niebyło już widać do końca zasiadki. Może miała na to wpływ nagła zmiana pogody, gdyż po dwóch burzach i solidnym deszczu temperatura powietrza spadła o ponad 10 stopni. Dobrze, że zabrałem dodatkowe ciuszki i małą butlę z gazem. Ciepłe jedzonko jest zawsze mile widziane w takich sytuacjach. Podsumowując wyprawę, najskuteczniejszą przynętą okazał się bałwanek z kulki tonącej o zapachu magicznego owocu i słodko-kremowego pop-upa. Zbyt drobna zanęta przyciągnęła w obręb łowiska sporo karpiowych maluszków i skutecznie opanowały one obszar nęcenia. Branie większej sztuki było z głębszej wody w odległości kilku metrów od miejsca nęcenia, co potwierdza tylko fakt, że w takich sytuacjach większe okazy trzymają się skraju łowiska i dobrze jest w to miejsce podrzucić jeden zestaw z kilkoma dodatkowymi kulkami na nitce PVA.

Pozdrawiam Serdecznie !
Karol Pieńkowski
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama