,,Przygotowania do maja - rolowanie" - Jacek Wójcik
Brzozy ciągną soki aż miło, lód na jeziorach i stawach zszedł blisko tydzień temu, a na kartce kalendarza widnieje data 4 kwietnia. Nie ma co siedzieć w domu i wpatrywać się w kolejny odcinek miłosnego tasiemca. Pora pożegnać się z sercowymi uniesieniami Billa tudzież innego Zduńskiego. Najwyższy czas ruszyć kończynami, zlec z wyra, zmienić przepoconą koszukę i zabrać się za przygotowania do nadchodzącego sezonu.

Nie przeglądam tego, co mam w plecaku - na to miałem całą zimę. Teraz okupiony w wydawać by się mogło brakujące rzeczy, spokojnie oczekuję na wodę, której temperatura będzie zbliżona do dziesiątej kreski na czerwonym polu mojego termometra. Kilka latek doświadczenia wędkarskiego mówi mi, że zazwyczaj taką temperaturę woda osiąga w końcu kwietnia. Oczywiście pod warunkiem, że lód zejdzie w przyzwoitym czasie i słoneczko przez kilka dni będzie ładnie przyświecać nad głowami. Załóżmy, że mamy już maj; temperatura wody ma około 12 stopni, ramiona dźwigają plecak wypchany po brzegi duperelami, a my wybieramy się na kilkudniową zasiadkę. I co? Ano, wypadałoby coś przed tym wypadem wrzucić do wody, żeby zwabić interesujące nas ryby. I w tym momencie dopada nas pętla czasu, cofamy się o miesiąc i ponownie na kalendarzu widnieje data 4 kwietnia. Woda, jak to na początku kwietnia, ma zaledwie 5 stopni. A ja trzymam w szafie, pochowane przed gospodynią ćwierć i półprodukty, z których połączenia powinny powstać kulki, potocznie zwane proteinowymi. Kulki, które - mam nadzieję, staną się wkrótce przysmakiem cyprinusów.

Co nam, a raczej mnie będzie potrzebne, aby móc w świętym spokoju przystąpić do kręcenia? Z całą pewnością nieobecność gospodyni. A poza tym jakieś małe laboratorium, wyposażone koniecznie w roller'a, bowiem kręcenie kulek w rękach to zupełne nieporozumienie, chyba że ktoś ma masochistyczne zapędy. Poza roller'em przyda się stolnica, kilka misek, dozownik, sitko i jeszcze kilka innych rzeczy, które będą widoczne na zdjęciach. Jeżeli chodzi o sam skład przyszłych kulek - tu już pozostawiam pole do popisu tym, którzy mają zamiar sami kręcić. Wszak w prasie, książkach oraz internecie jest tak bogata ilość przepisów, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie, choć niekoniecznie dla karpi.


Poniższy przepis powstał po przewertowaniu setek postów umieszczonych na różnorodnych forach wędkarskich, przeczytaniu dziesiątek artykułów, porad, zaleceń o tematyce karpiowej. I tak po poszukiwaniach które trwały całą zimę 2003/2004 postanowiłem wypróbować w sezonie 2004 podobny przepis do zamieszczonego poniżej. Mam nadzieje że i ten się sprawdzi tak dobrze jak poprzedni.

1. mieszankę bazową Tandem Mix firmy Tandem Baits,
2. mączkę sojową firm TB i Yellow Fish,
3. mączkę rybną firmy TB ,
4. pellet ryba firmy TB,
5. mleko w proszku - tym razem nie TB, a jakiejś Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej,
6. prażone konopie firmy GUT MIX,
7. kazeinę firmy Yellow Fish,
8. betainę firmy Yellow Fish,
9. słodzik firmy TB,
10. stymulator apetytu firmy TB,
11. barwnik czerwony firmy TB,
12. atraktor truskawkowy firmy TB, choć lepszy byłby z Yellow Fish,
13. jajka ściółkowe firmy Hodowla Drobiu i Jaj, Rożański s.c.,
14. piwko dla kuchcika firmy Wszystko Jedno, byle nie jedno.

Skoro już wszystko mam poukładanie, a piwko zrobiło magiczne pssst, mogę zabrać się za przyrządzanie. Zaczynam od zmielenia pelletu, bo jak widać na zdjęciu, jest on raczej gruby i trudno by go w tej postaci urolować. Do zmielenia pelletu wykorzystuję młotek, kawałek deski i szmatkę (może być czerwona, a nawet czerwona w żółte motylki, choć nie musi).


Do szmatki wkładam kilka sztuk pelletu, szmatkę zawijam i biję w nią młotkiem z czuciem, a nawet uczuciem. Nie ma co walić w ten biedny pellet ile sił w rękach, bo po pierwsze: sił zaraz zabraknie, po drugie: szmatka się od razu potarga, a po trzecie: wszystko ze szmatki wyleci i trzeba będzie bić o jeden raz więcej, a wtedy patrz "po pierwsze". I tak po około godzince uczuciowego stukania, pukania i przesiewania mam wystarczającą ilość pyłku pelletowego.


Teraz przesiewam prażone ziarna konopii. To, co z nich zostanie, a zostanie sporo, na pewno się nie zmarnuje - podczas nęcenia zasili żołądki karpiowatych.


No, to właściwie najcięższa robota jest już za mną. Teraz pozostaje tylko poszukać tego magicznego przepisu, który całkiem nieźle sprawdził się w zeszłym sezonie. Po tym, jak go odnajduję, przemieniam się ze stolarza w kuchcika, ale nie takiego z baru szybkiej obsługi, który siusia do frytek, podgrzewanych później w mikrofalowce. Przemieniam się w kuchcika, ba! kucharza wręcz z prawdziwego zdarzenia. W oka mgnieniu staję się połączeniem Kuronia i Makłowicza w jednej osobie. Izoluję się od spraw codziennych i nieważnych, skupiam jak Małysz na belce startowej i precz odrzucam dźwięki wydawane przez gospodynię. W mojej głowie galopują już obrazy przyszłych, zwycięskich holi dwucyfrówek, gratulacji zazdrosnych kolegów oraz udzielanych od niechcenia wywiadów. I dzięki temu skupiam się tylko na tym, co mam zamiar zaraz zrobić - tworzyć i kreować karpiowe papuniu, które zyska sławę podwodnych marcepanów.

Wbijam w miskę jedenaście sztuk dużych jaj prosto od kury (jakby mogły być skąd indziej), roztrzepuję je i dodaję po łyżce słodziku, barwnika, atraktora i stymulatora apetytu. Do drugiego naczynia, a nazywając rzecz po imieniu - do wiadra z dekielkiem, dozownikiem (w roli dozownika występuje szklanka) wsypuję 4 szklanki mixu, szklankę pelletu, szklankę konopii, półtorej szklanki mąki sojowej, pół szklanki mączki rybnej, pół szklanki mleka w proszku, łyżkę betainy i kazeiny. Wiadro następnie zamykam za pomocą dekielka i potrząsając, mieszam wszystkie mączne składniki.




I tak rozpoczyna się proces babrania w błocie, później w papce, by po kilku minutach przejść do ugniatania w zasadzie gotowego ciasta. Pozostaje jeszcze tylko splunąć przez lewę ramię, zakląć i spokojnie odłożyć ciasto do suchego i chłodnego miejsca tak, aby wszystkie składniki się z sobą związały i odpowiednio nawilżyły.


Powstały wolny czas można wykorzystać na przykład na wydalenie z siebie resztek piwa, spalenie tytoniu oraz przygotowanie kolejnej porcji ciasta. Można także przysiąść na chwilkę do komputera i ubabrać klawiaturę. Można w zasadzie wszystko, byle pamiętać, że przed przystąpieniem do formowania kulek warto już wstawić na gaz garnek z wodą, w którym nasze kulki będą się gotować.


Mając właśnie taką chwilkę czasu, odradzam stosowanie starych, przeterminowanych składników do wyrobu kulek. Nie polecam również stosowania składników, np. mąki, pochodzących z Biedronki. A to dlatego, że co jest tanie, z pewnością nie jest dobrej jakości. Jestem przekonany, że przez dłuższy czas nęcenia, wrzucając do wody tanie kulki, karpia oszukamy maksymalnie dwa razy. Później karp popłynie sobie w inne miejsce wydłubać z koloni jakąś małże lub zassać z moczarki ślimaczka.

No tak, ja tu o ślimakach a ciasto już doszło.

Starych karpiowych wyg pewnie niczym nie zaskoczę, ale na roller (o średnicy 18 mm) nanoszę pędzelkiem olej, żeby kulki się do niego nie przyklejały. Urywam kawałek ciasta, ugniatam w rękach coś, co przypomina wałek o średnicy około 22–25 mm (prawy dolny róg zdjęcia), po czym biorę górną część rollera, odwracam go rączką do dołu i ruchem posuwisto - zwrotnym formuję wałek o średnicy o 2–3 mm mniejszej niż średnica rollera (nieco wyżej niż dolny prawy róg). Wkładam wałek do rollera i wykonuję od 3 do 5 ruchów, po czym otrzymuję kulki w stanie surowym (prawy górny róg). Kulki nie zawsze wychodzą okrągłe, czasami są jajowate, innym razem lekko kwadratowe (to może być wynikiem zbyt tłustego rollera), a czasami ciasto się rozsypuje. Tym, że kulki nie są idealnie okrągłe, nie trzeba się zbytnio przejmować, gdyż to karpiom nie będzie specjalnie przeszkadzać. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy mamy zamiar nęcić kobrą. Sprawa jest na tyle poważna, że kulki po prostu rozpadną się po przeleceniu 30–50 metrów. Natomiast rozsypywanie się ciasta podczas rolowania może mieć kilka powodów, a są nimi między innymi:

1. zbyt duża ilość ziaren lub grudek w cieście,
2. zbyt duża "suchość" ciasta - w tym przypadku trzeba dodać jajko lub dwa; nigdy nie dodaje się wody (dlaczego, to sam nie wiem, ale tak jest i nie ma o czym dyskutować),
3. za duża ilość przesunięć roller'em.


Woda już bulgoce, a ponieważ mam już kilka kulek w stanie surowym, więc nie ma co dłużej zwlekać, tylko brać się za ich gotowanie. Kulki można wsypywać bezpośrednio do garnka, tylko że później jest problem z ich wyciąganiem. Ułatwiając sobie życie, porcje kulek wkładam do garnka wykorzystując durszlak z frytkownicy.


Po około 6 min. kulki zaczynają wypływać, ale jeszcze przed tym warto trochę zamieszać nimi. A mieszam dlatego, że kulki lubią się do siebie przyklejać, a mówiąc szczerze, sklejają się zawsze. Tak więc po włożeniu ich do wody, odczekuję jakieś 3 min., mieszam, czekam 3 min. aż kulki zaczną wypływać, po czym jeszcze 2–4 min. i wyciągam je z wody. Po wyciągnięciu przesypuję je na sporą szmatkę (np: stara poszewka na kołdrę, może być czerwona w żółte motylki) i tam pozwalam im na spokoje i bezstresowe wysuszenie się po tej gorącej kąpieli.


Po zrolowaniu całego urobionego ciasta i przegotowaniu kulek, pora zabrać się za sprzątanie, tym bardziej, że dzień powoli dobiega końca, a słońce chowa się za horyzontem. Jeszcze jutro trzeba będzie kuleczki odwrócić na drugi bok, żeby czasem nie dostały odleżyn. A pojutrze podzielę je (kulki, nie odleżyny) na potrzebne mi porcje i złożę w zamrażalniku - niech sobie tam czekają na swoją kolej, niektóre do czasu nęcenia, a inne - łowienia.


Jeszcze tak na koniec kilka zdań. Z jednej porcji ciasta wychodzą średnio trzy litry kulek o średnicy osiemnastu milimetrów. Z przedstawionego wyżej przepisu kulki nie wyjdą pięknie czerwone, lecz w kolorze wiśniowym. Dzieje się tak dzięki zastosowaniu brązowego pelletu oraz ciemnej mączki rybnej. Kosztów wykonania takich kulek nigdy specjalnie nie wyliczałem, ale przyznam, że tanie to nie jest. Na pewno w podobnej cenie znajdziemy w sklepach dobre kulki znanych na polskim rynku firm. Kulki kręcę przede wszystkim dlatego, że złowienie karpia na własnoręcznie przygotowaną przynętę daje podwójną satysfakcję. A pokazując koledze zdjęcie złowionego cyprinusa, mogę z uśmiechem na twarzy powiedzieć: Stary ! A tego smoka złowiłem na kulkę swojej roboty.



autor: Jacek Wójcik
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama