,,Piątek 13" - Grzegorz Lacki
Wiele,wiele lat temu, pewien piątek trzynastego był bardzo szczęśliwym dniem dla pewnej kobiety. Tą kobietą była moja mama, a dzień był szczęśliwy, ponieważ się urodziłem. Ilekroć ktoś mi mówi, że trzynastego piątek to dzień pechowy, śmieję się, że nie dla mnie. Gdybym w to wierzył, to całe moje życie powinno być pasmem nieszczęść, a przecież tak nie jest. Dlatego nie miałem najmniejszych skrupułów, aby rozpocząć tegoroczny sezon karpiowy właśnie trzynastego w piątek. Niektórzy z Was pamiętają pewnie, że swoje pierwsze karpie łowiłem w czasie wrześniowej zasiadki w zeszłym roku. Zima to był czas przemian. Zmieniłem prace co spowodowało poważny zamęt w moim życiu. Teraz wszystko powoli się już unormowało i dzięki temu mogłem zacząć znów poważnie myśleć o karpiach. Stałem się szczęśliwym posiadaczem kilku nowych karpiowych gadżetów takich jak podbierak czy porządny fotel. Nie wspominając już o doświadczeniu zdobytym we wrześniu. Na początku maja podjąłem decyzję o rozpoczęciu sezonu. Wszystko oczywiście znów zaczęło się w kuchni. Podobne przepisy z tym że w tym roku pobawiłem się w wyprażanie kulek w piekarniku. Jedyne co mogę stwierdzić, że dość ciekawie się przypalały choć rybom to chyba jakoś znacząco nie przeszkadzało. Łowisko jako sprawdzone zostawiłem to co w zeszłym roku i rozpocząłem tygodniowy cykl nęcenia. W końcu nadszedł ten oczekiwany piątek trzynastego.

Godzina 19:00 melduję się nad wodą i z mozołem rozkładam sprzęt. Na jednej wędce ląduje przypalana pływająca kulka o zapachu ryby w towarzystwie kilku tonących na rozpuszczalnej nici PVA, a na drugiej podobny zestaw ale o zapachu scopex. Fotelik bardzo wygodny i piwko też smakowite. Rozpoczęło się oczekiwanie. Kolo godziny 21:00 na ,,rybie" widzę lekkie poruszenie i bombka powoli idzie pod kij. Bombka, ponieważ jak na razie nie dorobiłem się jeszcze tych wszystkich swingerów i innych elektronicznych sygnalizatorów. Przytrzymuje ręką szpule i zacinam, pusto. Bywa i tak. Szybko zwijam kij. Kiedy jestem zajęty przygotowywaniem nowego zestawu, słyszę charakterystyczny dźwięk kołowrotka o szpuli stałej, kiedy ta zaczyna się kręcić. Podekscytowany jedną ręką chwytam za kij a druga celuję w szpulę i niestety nie trafiam. Zamaszyste zacięcie i widzę jak rozpędzona szpula kołowrotka powoduje natychmiastowe powstanie mega brody. Ryba jednak jest. Niestety nie kontrolowana wpływa w kolki i tyle było z pierwszego kontaktu w tym sezonie. Trochę zdruzgotany zwijam również drugi kij. Przygotowuje wszystko jak należy i już po kilkunastu minutach znów spokojnie siedzę w foteliku i czekam. Jeszcze nic nie podejrzewam. Nadal jestem pełen nadziei i entuzjazmu. Czas miło upływa. Żabki miłośnie rechoczą od czasu do czasu jakaś drobnica pluśnie się na powierzchni. Jest naprawdę jak powinno być - wspaniale. Momentami lekko przysypiam i już wiem, że jednak skuszę się na jakieś sygnalizatory. W czasie nocnej zasiadki naprawdę muszą oddawać nieocenioną przysługę. Koło 1:15 z drzemki budzi mnie dźwięk kołowrotka. Tyma razem wszystko jest jak należy. Ręka trafia na szpule, ryba po zacięciu siedzi. Latarka na czoło i jazda z ryba do brzegu. Po zachowaniu się już czuje że jest to amur. Tępo idzie pod sam brzeg. Na koniec zaczyna się trochę buntować, ale w końcu wykłada się na bok. Podbierak już przygotowany do swego bojowego chrztu. Amur niczego sobie, już radość mnie rozpiera. Jednak przedwczesna. Kolejny, niemrawy już ruch głowy i na kiju zostaje luz a prawie metrowe cielsko ginie w mrocznej wodzie. Ja za to stoję z rozdziawioną mordką zaczynając coś niecoś rozumieć z tego wszystkiego. Jednak boję się powiedzieć to na głos nie wspominając że nie mam do kogo.

Kolejne branie następuje koło 2:30, hol sugeruje znów amura. Kiedy mam go prawie pod nogami, wiem że za chwilę się zacznie. Nawet nie próbuję go jeszcze podbierać, choć podbierak już gotowy leży w wodzie. Podciągam go i zaczęło się. Jednak to co zrobił totalnie mnie zaskoczyło. Zamiast jak człowiek to znaczy jak ryba, odejść na pełną wodę, amur po kilku pokaźnych młynkach na powierzchni, wykonuje rajd w trzciny wzdłuż brzegu w odległosci 1 metra od niego. Wszystko byłoby fajnie ale niestety trafia na przyzwoity fragment drzewa, który leży po mojej prawej stronie. Efekt łatwy do przewidzenia. Po raz kolejny dzisiejszego dnia obchodzę się smakiem. Tak teraz nie mam już wątpliwości. Prześladuje mnie pech. Nie byle jaki pech, ale ten właśnie z piątku trzynastego.


Do rana nic się nie dzieje i spokojnie wracam do domu. W ciągu dnia jak to w ciągu dnia. Milion spraw do załatwienia a wieczorem znów nad wodę. Tym razem branie mam około 22:00, mocne podciągnięcie prawidłowe zacięcie i wiem, że to nie amur. Mocny odjazd i po kilku metrach ryba się zatrzymuje. Jednak przy próbie pierwszej pompy znów następuje odjazd trochę dłuższy. Robi mi się ciepło i czuję, że właśnie na tą rybę czekałem. Lekko dokręcam hamulec i znów próbuję podciągnąć ją do siebie. Podobnie jak za pierwszym razem odpowiedzią jest odjazd i luźna żyłka. Z natury jestem spokojnym człowiekiem, ale nie chcielibyście usłyszeć potoku słów, które popłynęły z moich ust. Rozgoryczenie, żal, rozpacz i wstyd wszyscy to znacie na pewno. Zwijam zestaw montuje nowy i ponownie zarzucam w noc. Koło północy bombka idzie w górę jeszcze raz. Zacięcie i pusto. Już nie mam najmniejszych wątpliwości. Rozpoczęcie zasiadki trzynastego w piątek nie skończyło się dla mnie najszczęśliwiej. Jednak to nie koniec. Kiedy zestaw mam pod nogami, widzę że jednak cos na nim jest. Podnoszę i nie wierzę oczom. Na końcu wisi leszcz taki około 25 cm. Mógłbym przysiądz, że gdy go odpinałem szyderczo się do mnie uśmiechał. Całe szczęście że ryby głosu nie mają, bo gdyby rzucił jakąś złośliwą uwagę mogłbym nie wytrzymać. Zwijam sprzęt i skruszony wracam do domu. Kilkanaście godzin łowienia. W sumie sześć brań, cztery hole i żadnej ryby w podbieraku (leszcza wyjąłem do ręki). Niezbyt to chlubny wynik, szczególnie, że trzy z tych ryb urwałem. Mam nadzieję, że poradzą sobie z pozbyciem się haków.

Tym razem piątek trzynastego nie był dla mnie szczęśliwy. Jednak nadziei nie tracę. Oprócz straconych ryb w wędkarstwie są też inne piękne chwile a tych mi nie zabrakło. Za rok rozpocznę sezon nie trzynastego i dla pewności nie w piątek.



autor: Grzegorz Lacki
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama