Carp Brothers w akcji - Karol i Tomek Pieńkowscy
W pierwszy weekend września postanowilśmy z Tomkiem wybrać się na karpiowanie. Podczas tegorocznego sezonu nie mieliśmy zbyt dużo czasu na karpiowe zasiadki i mogliśmy sobie pozwolić jedynie na pojedyncze noce spędzone nad wodą. Tak było i tym razem. Mocno ograniczeni przez czas musieliśmy wybrać wodę gdzie prawdopodobieństwo złapania karpia było największe. Wybór padł na mało znaną nam żwirownie, na której mieliśmy okazję łowić tylko kilka razy w przeciągu sezonu 2004. Wiedzieliśmy jednak, że jest tam spora populacja karpi do 10 kg, zdarzają się także pojedyncze duże sztuki pozostałe z pierwszych zarybień zbiornika z początku lat 90 tych.

Łowisko to nie należy do największych. Powierzchnia lustra wody to niecałe 4 ha, a głębokość waha się od 1 -2,5 m. Doszliśmy do wniosku, że pojedziemy bez wcześniejszego nęcenia tym bardziej, że odwiedzając tą wodę wcześniej zaobserwowaliśmy, że karpie dość ufnie przebywają w rejonie jednego z brzegów zbiornika, który jest mało dostępny dla ludzi. Powodem są świerki rosnące na dość stromym spadku. Karpie w to miejsce przyciąga tatarak porastający całą długość tego brzegu. Najczęściej stado przemieszczało się wzdłuż zjadając z łodyg tataraku ślimaki i inne smakołyki.
Nad wodą byliśmy około godziny 16:00. Tomek zajął się rozkładaniem sprzętu i przygotowaniem obozowiska. Ja natomiast zmontowałem markera i wysondowałem nasze łowisko.

Następnie zabrałem się za robienie wieczornego posiłku dla naszych ulubionych karpenów. Postanowiłem, że skorzystam z zanęty sypkiej z dodatkiem mieszanki odpowiednio przygotowanych wcześniej ziaren i pokruszonych kulek zanętowych. Dodatkowo w łowisko poleci kilkadziesiąt całych kulek o średnicy 18 mm. Dzień wcześniej przygotowałem dwa rodzaje kulek. Zanętowe o zapachu rybno - truskawkowym zrobione z miksu o mniejszej kaloryczności i z mniejszym stężeniem aromatu. Przynętowe z miksu mocno dopalonego o wysokiej zawartości białek i ze zwiększoną dawką aromatu o dwóch zapachach rybno - trusk. i squid & octopus. Jako bonus będziemy używali połówek kulek na nici PVA do każdego zestawu.














Będziemy używali zestawów bezpiecznych z 80 gramowymi ciężarkami. Jeden z zestawów wyposażymy w przypon dł. 20 cm z plecionki Super Skin 15 lbs Sufixa i haczyk Gamakatsu G-Carp Super Hook nr 4. Drugi przypon to neutralna plecionka Technipecha Tresse Mixte także 15lbs i hak Specjalist Boilie nr 2. Jako przynęty użyjemy oczywiście kuleczek (bałwanki i grzybki).

Wszystko przygotowane teraz tylko trzeba się po cichutku przespacerować na drugi brzeg i zanęcić delikatnie łowisko. Karpie żerują w bezpośredniej bliskości tataraku, więc nie muszę używać środka pływającego czy też rakiety zanętowej. Rzucając ręką jestem w stanie bez najmniejszego problemu zanęcić wybrany obszar. Jednak już po wszystkim trochę żałuję, że zapomniałem zabrać z domu łyżkę zanętową. Wracamy powoli na nasze stanowisko. Jeszcze tylko musimy zarzucić zestawy i możemy odpocząć. Zestawy lądują od 2 do 3 metrów od tataraku będziemy musieli, więc bardzo uważać, aby podczas brania ryba nie zaparkowała z całym impetem w trzcinowisko. Zestaw pierwszy kładziemy w centrum zanęconego obszaru z rybno - truskawkowym bałwankiem na włosie i wianuszkiem dopalonych kulek o tym samym zapachu na nici PVA. Zestaw drugi z grzybkiem squid & octopus umieszczamy około 5 metrów w lewo od miejsca nęcenia. Wiatr wieje właśnie w tym kierunku liczymy na to, że właśnie stamtąd przypłynie stado zwabione zapachami roznoszonymi przez wodę.

Mija godzina 18:00. Siedzimy już wygodnie w fotelach i zabieramy się do naszej kolacji. Możemy spokojnie sobie pojeść, bo karpie prawdopodobnie pokażą się w łowisku dopiero o zachodzie słońca. Mamy, więc trochę czasu na leniuchowanie i odpoczynek. Pierwsze wrześniowe noce w tym roku są bardzo ciepłe zabraliśmy tylko parasol z dopinanymi bokami, fotele, ciepłe kurtki i dobre obuwie. Dodatkiem jest termos gorącej herbatki na rano. Na jedną noc niema co brać całej masy sprzętu. Najlepiej ograniczyć się do naprawdę niezbędnych rzeczy.














Z lekkiego snu budzi mnie kilka pojedynczych dźwięków sygnalizatora, a swinger opada w dół. W chwilę później Tomek już jest przy wędkach, widzę jak chwyta za szpulę kołowrotka i przycina. Siedzi !!! Okrzyk radości wydobywa się z jego ust. Powoli wstaję z fotela i podchodzę do niego. Kij lekko się wygina, a hamulec kołowrotka nawet nie piśnie. Może to jakiś maluch, bo wcale nie walczy. Dopiero kilkanaście metrów od brzegu ryba zaczyna pokazywać swój potencjał. Kilka krótkich odjazdów, parę młynków. Dzielnie broni się przed złapaniem. Po kilku minutach pokazuje się na powierzchni. To piękny lustrzeń z pasem łusek na boku, a w promieniach zachodzącego słońca wygląda naprawdę cudnie. Pewnie biorę go w podbierak i już jest nasz. Składam ramiona matni i delikatnie wyciągam go z wody. Przenoszę na matę i wyjmuję z siatki. Zmęczony karp chciwie łapie powietrze. Czas na ważenie. Tomek ocenia go na 7 kg jednak wskazówka wagi dojeżdża do 6,8 kg. Rybę wkładamy do karpiowego worka, zaczeka tam na poranną sesję zdjęciową.


Słońce już się prawie schowało, więc szybko zarzucamy zestaw w to samo miejsce. Ryba wzięła na lewy kij tak jak przypuszczaliśmy. Teraz pewnie nastąpi dłuższa chwila ciszy. Stado mogło się przestraszyć i odpłynąć na jakiś czas, ale nigdy nic nie wiadomo. Oprócz kulek na nici PVA na razie nie donęcamy. Ryby dostały sporą porcję jedzonka, więc jeszcze mają co jeść. Spowrotem wracamy pod nasz parasol. Czas mija bardzo szybko. Dochodzi już prawie godzina 24:00 i tym razem to Tomek zasnął na posterunku. Ja siedzę w fotelu i wsłuchuję się w tajemnicze odgłosy nocy. Cmokanie, szelest trzcin, szczury baraszkujące przy samym brzegu. Wszystkie te odgłosy staram się zachować w pamięci, aby wracać do nich w długie zimowe wieczory. Nagle gdzieś w oddali słyszę odgłos cielska spadającego na wodę. Dobrze wiem, że to pan karp daje znać o swojej obecności. Tomek smacznie chrapie i nawet komary nie są w stanie mu przeszkodzić. Nagle piiiiiiiiiii Tym razem karp już ostro wybiera żyłkę z kołowrotka. Serce w jednej sekundzie zaczyna dudnić jak oszalałe. Wyskakuje z fotela jak z procy i w mgnieniu oka chwytam za rozpędzoną szpule. Przycinam i czuje ten przyjemny pulsujący ciężar. Gdzieś tam pod drugim brzegiem słyszę uderzenie ogona o wodę. To pewnie mój uciekinier próbuje swoich sztuczek. Czuję, że zaczyna uciekać w prawą stroną. Powoli zaczynam pompować odzyskując kolejne metry żyłki. Mija kilka minut i karpik nadal spokojnie hasa na napiętej żyłce. Jeszcze tylko parę metrów i już będzie przy podbieraku. Tomek już czeka z matnią zanurzoną w wodzie. Kilka młynków i zabawa kończy się pewnym podebraniem. Po chwili karp już spokojnie leży na macie. Idealnie zapięty w środek dolnej wargi. Jeszcze nawet dynda bałwanek na włosie. Jest trochę mniejszy od poprzedniego. Waga potwierdza nasze domysły - 6,5 kg. Maluch trafia do worka i wędruję do wody.


Zarzucam zestaw i wracam na fotel, aby urwać, chociaż ze dwie godziny snu. Teraz Tomek będzie czekał na swoje branie. Jako bracia ,,grający" w jednej drużynie ustaliliśmy, że pierwsze branie należy do Tego, który pierwszy znajdzie się przy wędkach. Następne jednak już do Tego drugiego. Adrenalina pulsująca w żyłach początkowo nie pozwala mi zasnąć. Po półgodzinie jednak sen wygrywa i słodko zasypiam wtulony w poduszkę. Budzę się dopiero z pierwszymi promieniami słońca. Chłodny ranek obudził też Tomka, który usnął chwilę po mnie. Postanawiamy donęcić z procy łowisko i zmienić kulki na naszych zestawach. Może jeszcze jakiś maluch przypłynie na śniadanko. Nam też przydałoby się coś przegryść. Dobrze, że mamy ciepłą herbatkę i kanapeczki. Do godziny 9:00 panuje zupełna cisza, więc decydujemy się zakończyć naszą zasiadkę. Najpierw składamy obozowisko i pakujemy graty do samochodu. Zostają jeszcze zarzucone kije, pokrowiec na wędki i suszący się podbierak. Oczywiście trzeba zajrzeć, co dzieję się u naszych maluchów. Powoli wyciągam pierwszy worek i oboje nie wierzymy własnym uszom. Pi Pi Piiiiiiiiii To oczywiście kolej Tomka wiec biegnie do wędki i zacina. Po krótkim holu w podbieraku ląduje najmniejszy karpik wyprawy. Waży dokładnie 4,5 kg. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie i ryby wracają do wody. My pakujemy resztę sprzętu i zmęczeni, ale uśmiechnięci wracamy do domu. Waga przechytrzonych ciprinusów nie była największa, ale nie zawsze łapiemy rekordowe sztuki i czasem trzeba długo na nie poczekać. Pewnie za dwa tygodnie znowu odwiedzimy, którąś z naszych starych miejscówek. Może znowu los się do nas uśmiechnie wtedy to może właśnie karpisko z naszych snów skusi się na naszą przynętę.


Z Karpiowym Pozdrowieniem Karol i Tomek CP - Team
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama