Karpiowa pasja małego chłopca - P. Daniec
Pamiętacie żyłkę o nazwie Leska, produkowaną przez niezapomnianą firmę Germina ? Bo ja zapamiętałem Leskę o średnicy 0,40 mm, uciekającą w zawrotnym tempie z kołowrotka marki Czapla, wygięty do granic możliwości radziecki teleskop i dwucyfrowego karpia prującego toń Zalewu Zegrzyńskiego. I o tym będzie ten artykuł. O pięknych i silnych rybach, o całych dniach spędzanych na łowisku i następnych, które mijały w oczekiwaniu na kolejny wyjazd, o bólu ramion, o rozlatującym się hamulcu kołowrotka i o karpiowej pasji małego chłopca.

Ryby łowię od najmłodszych lat. Na początku jak wszyscy łowiłem płotki, uklejki, czy okonki. Duże ryby oglądałem jedynie w "Wiadomościach Wędkarskich". Lecz na wszystko przychodzi czas...
Był początek lat dziewięćdziesiątych, czasy wczesnej podstawówki. Czasem jeździliśmy z ojcem nad jedno z malowniczych jeziorek, położonych na południe od Warszawy. Było ono dobrze zarybione karpiami. Z tamtych wyjazdów pamiętam złotego, pełnołuskiego karpia, którego złowił ojciec, a ja pozowałem z nim do fotografii. Do końca życia zapamiętam mój krzyk do ojca, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem zjeżdżające w stronę wody wędzisko.

Mniej więcej w tym samym okresie jeździliśmy z rodzicami na wakacje w górne rejony Zalewu Zegrzyńskiego. W zasadzie to była już cofka Narwi. Całe dnie spędzaliśmy na betonowej opasce i łowiliśmy leszcze, nierzadko duże leszcze. Czasem jednak słyszało się tu i ówdzie o dużym karpiu. Któregoś dnia dane mi było ujrzeć jego prawdziwego Pana Karpia. Pamiętam go niesionego w siatce podbieraka. Karp ważył prawie 12 kg. I pamiętam emocjonującą opowieść, jak przez godzinę karp ciągnął łódkę "Stynkę" z dwoma wędkarzami na pokładzie. Z niedowierzaniem patrzyłem na delikatny kij i żyłkę 0,18 mm. A jednak tym sprzętem został on pokonany.

Ten karp mnie zafascynował, zauroczył. Do końca wakacji każde branie budziło nadzieję, że to może być taka sama ryba, jak ta niesiona przez ośrodek wypoczynkowy. Historia ze wstępu tego tekstu wydarzyła się właśnie wtedy. Szkoda tylko, że to nie była moja wędka. Niestety podczas następnych wakacji mój wyśniony karp nadal pozostawał w sferze marzeń. W Narwi ojciec złowił pięknego, kilkukilogramowego sazana, a dwukrotnie większy rozprostował haczyk Gamakatsu. Już wtedy byłem kompletnie chory na punkcie dużego karpia. Czytałem wszystkie artykuły w prasie na ten temat, książki wędkarskie. Wycinałem z gazet zdjęcia monstrualnych okazów. Zbierałem wędkarskie kasety video. To były początki zorganizowanego wędkarstwa karpiowego w Polsce. Do dziś mam z tamtego okresu w karcie wędkarskiej legitymację jednego z takich klubów.



Tego samego roku odkryłem niedaleko Warszawy niewielki stawik. Podczas pierwszej tam wizyty widziałem łowione karpie. Niedługo potem razem z ojcem wróciliśmy tam z wędkami. Pierwsze wrażenia pozostały niezapomniane. Przez cały dzień łowienia miałem dwa brania. Za pierwszym razem karp na wyjącym hamulcu kołowrotka opłynął cały staw. Po podciągnięciu go w pobliże stanowiska efektownie wywalił się na powierzchni wody, po czym na wędce czułem już tylko luz. Oceniliśmy go na trzy, do czterech kilogramów, a mi mocno drżały ręce. Za drugim razem ryba spięła się od razu po zacięciu, nie dostarczając jednak jakichś specjalnych emocji. Wystarczyło to jednak, by po kilku tygodniach wrócić na łowisko, już z mocniejszym sprzętem, w tym z gorzowską trzydziestką. Właśnie wtedy udało się! Złowiłem pierwszego karpia. Choć był typowo konsumpcyjnej wielkości, to zapamiętałem go na zawsze. I pragnąłem jeszcze większego.
Jakiś czas później w pobliżu miejsca zamieszkania mojej babci odkryłem kilkuhektarowy zbiornik, łowisko specjalne. Przez kilka następnych lat spędziłem tam wiele dni, mnóstwo godzin wysiedzianych nad wędkami, w oczekiwaniu na rybę życia. Najpierw łowiłem w towarzystwie ojca. Gdy byłem starszy zacząłem jeździć na ryby samotnie. Wtedy ta woda wydawała mi się idealna. Było tam blisko, spokojnie, bezpiecznie, co miało główne znaczenie dla rodziców. I co najważniejsze były karpie, i to duże karpie. Początki nie były łatwe. Od czasu do czasu łowiłem jakiegoś karpika, ale masa większości z nich nie przekraczała dwóch kilogramów.


Niestety, wtedy mój sprzęt był mało trafnie dopasowany. Na karpia polowałem z pickerem, czy krótką wędką od rzecznej denki. Minął pierwszy sezon, gdy moje karpiowe oszołomstwo osiągnęło punkt zenitalny. Przez całą zimę odkładałem pieniądze. Każde kieszonkowe już z góry miało swoje przeznaczenie. Powoli wzbogaciłem się o mocną wędkę Cormorana, duży kołowrotek Quick, obszerny podbierak, elektroniczne sygnalizatory brań, parę wspinających się małpek, rurki antysplątaniowe, gotowe przypony z włosem, igłę, aromatyzowaną kukurydzę, najdroższą w sklepie karpiową zanętę.
Przyszedł długo oczekiwany nowy sezon. Łowiłem karpie, mało tego - było ich naprawdę sporo. Cóż jednak począć, gdy wszystkie były wigilijnej wielkości. Regularne zwiększanie rozmiarów przynęty nie przynosiło efektu, a podczas połowów "na włos" nie mogłem zaciąć ryby! Przyznam się też, że nigdy nie łowiłem na kulki proteinowe czy pellet. Za przynęty zawsze służyły mi białe robaki, kukurydza, niedogotowane ziemniaki, czy rosówki. Kolejne niepowodzenia nie zniechęcały mnie. Wręcz przeciwnie tylko coraz bardziej wciągały i zachęcały do dalszych prób. Łowiłem coraz więcej karpi, lecz tylko takich w granicach trzech kilogramów. Choć sam nie wiem, czy mówić tu o niepowodzeniach. Przecież pamiętam ile radości dostarczał mi każdy złowiony karp, choć miał np. tylko 2,6 kg.
Nadszedł czwarty z kolei sezon nad tą wodą. Długi majowy weekend spędziłem oczywiście u babci, czyli nad stawem. Przez trzy dni nie miałem ani jednego brania. Ryby jednak były, choć brały rzadko. Łowili je inni wędkarze. Widywałem kilkukilogramowe karpie. Mój ojciec wyciągnął takiego około 4 kg. Jednak ja nie miałem żadnego brania, nawet jednego! Gdy przeminął weekend pojechaliśmy do babci w powszedni dzień tygodnia. Widok łowionych ryb ani na chwilę nie dawał mi spokoju. Żeby choć jednego, choć średniego, takiego jak tamci... W szkole, w domu wciąż krążyła w mojej głowie.
Pogoda byłą okropna, choć był maj. Temperatura nieco powyżej 10 stopni i cały czas przelotne deszcze. Jednak ani w głowie było mi zrezygnować. Gdy rozkładaliśmy sprzęt padało. Zarzuciłem zestawy i czekałem na branie. Jedną z wędek postawiłem z jednym ziarenkiem kukurydzy wiedząc, że gdy ryby słabo biorą warto zastosować mniejszą przynętę. Nie wiem czy upłynęło dwadzieścia minut, gdy bombka gwałtownie podjechała pod kij, a sygnalizator wydał upragniony dźwięk. Doskoczyłem do wędki i zaciąłem, a szpula kołowrotka odwijała się z zawrotną prędkością. Ryba stanęła może po trzydziestu metrach, a ja tylko zastanawiałem się ile może ważyć. Nogi mi się trzęsły, serce prawie w gardle, modliłem się, by go wyjść. Po dwudziestu minutach holu z pompowaniem, kilkoma ucieczkami na hamulcu, murowaniem miałem go na brzegu - pięknego karpia golca. Karpia na którego czekałem kilka lat, którego wymarzyłem, wyśniłem nocami. Codziennie wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądał ten pierwszy duży. Sprężynowa waga wskazała 9,25 kg, a miarka 76 cm. Po sesji zdjęciowej karp wrócił do wody. Gdy go złowiłem niemalże skakałem ze szczęścia. Miałem 16 lat i spełniły się moje marzenia. Godzinę później ojciec złowił karpia 4,8 kg. Jaki on nam wydawał się mały przy tym moim. A przecież gdybym to ja złowił wtedy tego 4,8 kg, byłbym nie mniej szczęśliwy.


Na to łowisko wracałem jeszcze wielokrotnie przez następne lata. Na następnej wyprawie miałem kolejne branie. Przez kilkanaście sekund grał kołowrotek, a gdy ryba stanęła, nie mogłem nawet podnieść wyżej wędziska. Po czym karp po prostu spiął się z haczyka. Póżniej złowiłem jeszcze sporo karpi. Większość konsumpcyjnej wielkości, ale zdarzyło się kilka trójek, czwórek, czy piątka z okładem Pewnie dla wielu wędkarzy nie są to okazy, ale mi te ryby przyniosły mnóstwo radości i satysfakcji. Dla mnie były one i nadal będę okazami. Kilka karpi wygrało ze mną. A to rozprostował się haczyk, a to strzeliła żyłka 0,25 mm, nie mówiąc o rybach najzwyczajniej się spinających. Wiem, że wielu z Was powie, że to tylko komercyjne łowisko i daleko tu to prawdziwego karpiowania. Jednak jak już wspomniałem, to komercyjne łowisko wtedy było najlepszym miejscem do wędkowania, a przeżyte tam przygody zostaną w moich wspomnieniach na całe życie. Do dziś chętnie tam jeżdżę, wspominam i czekam na dalsze sukcesy.


Gdy założyłem sobie stałe łącze na Internet, szukałem wszystkich dostępnych stron o wędkarstwie. Tak trafiłem na Wędkarskie Centrum Wymiany Informacji. Znalazłem tam mnóstwo ciekawych artykułów, poznałem ludzi tak samo jak ja zafascynowanych wędkarstwem. Poznałem Wędkoholika, który był pierwszą znaną mi osobą, której pasją było łowienie karpi. To z nim pierwszym dzieliłem się tym wszystkim co przeżyłem na łowisku, sukcesami i porażkami. Od niego wiele się dowiedziałem. 15 lipca 2003 roku w jego towarzystwie odbyłem wyprawę, która wrażeniami i emocjami przyćmiła wszystko, co wydarzyło się wcześniej przez 15 lat wędkowania.

Po typowym braniu i długim odzjeździe ryba dała doholować się do pomostu, z którego wędkowaliśmy. Wygięta wędka i żyłka napięta jak struna świadczyły o rozmiarach przeciwnika. Karp chodził wzdłuż pomostu, cały czas głęboko dołując. Wrażenia z holu można porównać do wciągania na balkon, za pomocą liny kilkudziesięciu kilogramów betonu. Hol ciągnął się w nieskończoność, a ryba nic nie słabła. Za to ja czułem się coraz bardziej zmęczony. Po jakimś czasie bolało przedramię, nadgarstek od kręcenia kołowrotkiem, a ból kręgosłupa stawał się nie do zniesienia. W chwilach, gdy było to możliwe siadałem na foteliku, czy gasiłem pragnienie. Po ponad czterech godzinach morderczego dla mnie przeciągania liny karp zaczął odjeżdżać w kierunku pomostu z drugiej strony zatoki. Wtedy coś we mnie pękło. Czułem się wyniszczony psychicznie przez rybę, przez poczucie bezsilności. Przygoda rodem z opowieści Ernesta Hemingwaya stała się moim udziałem. Ten hol był po prostu syzyfową pracą. Wiedzieliśmy, że ryba nie jest prawidłowo zapięta za pysk.


Oddałem wędkę w ręce Bolka i dopiero jego działania w jakiś sposób zmieniły przebieg holu. W strugach wody lejącej się z nieba, operując kołowrotkiem z kompletnie zgotowanym i już nie działającym hamulcem zatrzymał karpia i podciągnął pod pomost. Gdy stałem i trzymałem podbierak wyraźnie widziałem karpia, który przepłynął nad zanurzonym w wodzie koszem. Kosz o szerokości siedemdziesięciu pięciu centymetrów wydawał się śmiesznie mały. I obaj nie mieliśmy wątpliwości, że potężny karp ma dobry metr długości, a wagą przekracza magiczną granicę 20 kg. Wyraźnie też było widać tkwiący w wardze haczyk i przypon oplątany wokół płetwy piersiowej karpia. Ten hol nie mógł wyglądać inaczej. Już przy pomoście pękła żyłka, strzeliła tuż powyżej rurki antysplątaniowej. Natychmiast skręciła się w warkocze i pętle wokół szpuli. Często wspominam tamtą wyprawę i tego karpia. Pozostaje mi tylko nadzieja, że jeszcze kiedyś dane mi się będzie zmierzyć z tej klasy przeciwnikiem.

Sezon 2004 nie był dla mnie karpiowym sezonem. Może trochę zabrakło mi czasu. Szkoła, praca, odpowiedzialność już nie tylko za siebie i jakoś nie pod drodze było do babcinego domu i tamtego karpiowego łowiska. I muszę też przyznać, że w wędkowaniu skupiłem się na czymś zupełnie innym. Na ryby jeździłem sporo, ale praktycznie tylko nad Narew. Narew to wspaniała rzeka. Jeżdżę nad nią z drgającą szczytówką, która fascynuje mnie nie mniej niż łowienie karpi. Lubię obserwować kolorowe szczytówki i łowić leszcze, płocie, krąpie, jazie, klenie. Jazie zafascynowały mnie swoim przepięknym, złocistym blaskiem. A nad dziką rzeką odpoczywam jak nigdzie indziej.

Na karpiach byłem w tym roku tylko dwa, czy trzy razy. Złowiłem kilka, największy pełnołuski miał może niecałe 3 kg. W wrześniu zabrałem na karpiową zasiadkę moją dziewczynę Dagmarę. Choć na rybach jej rola ogranicza się do odpoczynku na kocu, lekturze książki, czy robienia zdjęć, czasem udaje mi się dać jej w rękę wędkę. Tym razem dawałem jej wędkę zaraz po zacięciu ryby. A półtora, czy dwukilogramowe karpioszki, na dość delikatnym sprzęcie (żyłka 0,20 mm i wędka typu feeder) przysparzały jej nieco zakłopotania, choć ze wszystkim radziła sobie doskonale, a ja z radością na nią patrzyłem. Mi pozostawało tylko udzielenie kilku wskazówek z zasad holu i podebranie karpia. Widok najbliższej osoby z wygiętą wędką w ręku, słuchającej tłumaczeń jak operować pokrętłem hamulca, czy trzymającej w delikatnych, kobiecych dłoniach swojego pierwszego karpia, również pozostanie dla mnie niezapomniany.

Cieszę się, że mogłem napisać ten artykuł. Dzięki temu po raz kolejny wróciły wszystkie wspomnienia. Przypominałem sobie wiele przeżyć, emocji znad wody. Kilka dni temu wyjąłem z szafki karpiowe akcesoria. Przeglądałem katalog z karpiowym sprzętem. Zatęskniłem za babcinym stawem, strzelającą żyłką, radością z udanego holu karpia, emocjami jakie towarzyszą tylko zasiadce na grubego zwierza. Być może już pod koniec kwietnia usiądę nad wodą, z którą wiąże się tyle wspomnień i wciąż niezaspokojonych pragnień. A może już najbliższej nocy, w snach....

Paweł Daniec
Szybki Kontakt
Reklama
Reklama